RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Polska kraina orientu i kolorowe wioski

Zapraszam do Kruszynian – tatarskiego świata i drewnianych chałup, kolorowych cerkwi w Krainie Otwartych Okiennic (fot. Agnieszka Wasztyl)

Są takie miejsca, w których czas się zatrzymał. Życie toczy się niespiesznie, a często jedynym hałasem są odgłosy dzikich zwierząt lub koncerty ptaków. Szutrowe drogi, nieskazitelna dzika przyroda, bociany leniwie spacerujące przez pola, drewniane chałupy. Tak można opisać podlaskie wsie… A mieszkańcy różnych wyznań żyją ze sobą w zgodzie od stuleci. Zapraszam do Kruszynian – tatarskiego świata i drewnianych chałup, kolorowych cerkwi w Krainie Otwartych Okiennic.

Jachtostopem przez ocean

Pięć razy przepłynął Atlantyk, na Pacyfiku pływał z wielorybami i docierał do miejsc nieodkrytych przez turystów. Opłynął Karaiby, rajskie wyspy...

zobacz więcej

Podlasie było na mojej liście już od dawna, ale jakoś nigdy nie miałam okazji zostać tu dłużej. Teraz, dzięki pandemii i ograniczonym możliwościom podróżowania, zdecydowałam się spędzić w tym regionie kilka dni. Więc w drogę! Jadę pociągiem do Białegostoku i po dwóch godzinach jestem na miejscu. Podróżowanie podczas pandemii nie jest proste. Wiele kursów zawieszono, część zostanie przywrócona dopiero w lipcu. Niezrażona czekam na PKS do Krynek, z których odbierze mnie mój gospodarz i zawiezie do Kruszynian – tatarskiej wsi, w której spędzę dwie noce.

Kruszyniany znajdują się na końcu świata – tak czasem mówią o wiosce mieszkańcy. Nie ma tu żadnego sklepu, najbliższy jest oddalony o 10 km, ale za to świetnie sprawdza się tak zwany handel obwoźny. W mobilnym sklepiku można kupić podstawowe produkty, choć nie wiadomo dokładnie, o której przyjedzie. We wsi mieszka około 160 osób. Od wieków mieszkają obok siebie katolicy, prawosławni i muzułmanie. Domy - w większości drewniane – usytuowane są wzdłuż ulicy. Wiele z nich oferuje turystom pokoje gościnne.

– Na początku pandemii przyjeżdżało tu sporo ludzi. Szukali bezpiecznej przystani z dala od wirusa – mówi z uśmiechem mój gospodarz. - Można tu odpocząć. Okolicę docenia się bardziej, gdy spędzi się tu dłuższy czas. Od czasu do czasu można obserwować dzikie zwierzęta, które wychodzą z puszczy, a zimą nawet żubry – dodaje.

Wieś pachnie lasem i drewnem. Wchodzę do jednej z restauracji. I mam wrażenie, jakbym znalazła się w Turcji. Wystrój jest bardzo orientalny, w menu tradycyjne tatarskie dania. Ceny dość wysokie – zważywszy, że jestem na końcu świata. Z głośników leci egzotyczna muzyka.

Największą atrakcją Kruszynian jest drewniany, pomalowany na zielono meczet. To najstarsza muzułmańska świątynia w Polsce. Liczy ponad 300 lat. Gdyby nie półksiężyce, to można by było pomyśleć, że to katolicki kościółek. Do meczetu prowadzą dwa oddzielne wejścia – jedno dla mężczyzn, a drugie dla kobiet. Podczas II wojny światowej w świątyni znajdował się niemiecki szpital polowy. W meczet trafiła bomba, ale nie wybuchła. W 2010 r. świątynię zwiedzał książę Karol, co z dumą podkreślają mieszkańcy. Niedaleko znajduje się muzułmański cmentarz - mizar.

Najstarszy nagrobek pochodzi z 1699 r. Wiele rodzin tatarskich z całej Polski chowa tu swoich bliskich lub ich odwiedza. Z mizarem związana jest legenda o gawronie. Podobno wielkie stado tych ptaków zrobiło sobie gniazda na cmentarzu i nie można ich było się pozbyć. Wtedy imam przeszedł na mizar i modlił się cały dzień. Nazajutrz nie było już ani jednego ptaka.

Ekstremalne temperatury, brak wody, kontuzje. „Byłem jak Indiana Jones”

Przejechał na rowerze ponad 30 krajów i dziewięć pustyń. Wybierał trasy z dala od szlaków turystycznych i dużych miast. Marcin Korzonek poprzeczkę...

zobacz więcej

Tatarzy zamieszkują Podlasie od XVII wieku. Szlak Tatarski liczy 150 km. Biegnie przez Białystok, Sokółkę, Bohoniki (tu także znajduje się drewniany meczet), Krynki, Kruszyniany i Supraśl. Znani z odwagi i honoru bojownicy wielokrotnie byli żołnierzami polskiej armii. Król Jan III Sobieski w podzięce za służbę podarował Tatarom ziemie. Obecnie w Polsce mieszka ok. 3 tys. Tatarów, z czego najwięcej na Podlasiu. W samych Kruszynianach jest 8 rodzin.

– Często ktoś pyta nas, czy czujemy się Polakami. My się nie czujemy, my nimi po prostu jesteśmy. Walczyliśmy na wielu frontach w polskiej armii. Od Grunwaldu, przez walkę z Turkami, bolszewikami, po Monte Casino. Ale kultywujemy tradycję, jest dla nas bardzo ważna – zapewnia charyzmatyczny przewodnik Dżemil.

W Kruszynianach jest także cmentarz prawosławny i cerkiew. Dawniej była to drewniana świątynia unicka, ale spłonęła w 1983 r. Dziś jest murowana.

„Świat jest o wiele lepszy, niż nam się wydaje”

Dziewięć krajów, 12 tys. km, prawie 400 dni marszu. Arkadiusz Winiatorski cztery lata temu kupił bilet w jedną stronę i postanowił spełnić swoje...

zobacz więcej

Drewniane rzeźby, leśne legendy i potwory

Wsiadam na rower i postanawiam zwiedzić okolicę. Przez Puszczę Knyszyńską wokół jeziora Ozierany biegnie szlak ekumeniczno-historyczno-przyrodniczy. Ma ponad 5 km. Legenda głosi, że dawniej akwen zamieszkiwał wężowaty potwór – Łoboda. Był widziany w bezksiężycowe noce. Pokazywał się głównie wędkarzom. Na szlaku – który upamiętnia zamieszkujących te tereny Żydów, Tatarów i chrześcijan - znajdziemy krzyże, drewniane kapliczki i pomniki. Ale nie tylko. Na trasie są także pogańskie postaci. Mi najbardziej spodobał się lokalny diabeł Kuwas w kamieniu. Podobno zamieszkiwał puszczę, ale uciekł, gdy zaczęto wycinać las. Jednak niedawno powrócił, aby chronić puszczę. Mój wzrok przyciągnęła także trzymetrowa bogini łowów Dziewanna – córka boga Peruna, i Lasowid – słowiańskie bóstwo, które opiekuje się lasem. Miałam wrażenie, że postaci z legend i leśne rusałki za chwilę pojawią się na szlaku. Ach ta moja wyobraźnia... Najważniejszym punktem na szlaku jest Góra Ekumeniczna, na której znajdują się krzyż katolicki, krzyż prawosławny i muzułmański półksiężyc.

Zauroczona ciszą i piękną przyrodą ruszam dalej, do rezerwatu Nietupa. Prowadzi do niego droga szutrowa. Kamienista, piaszczysta, czasem wyboista. Po drodze mijam maleńką wieś Sanniki i małe drewniane studnie. Zastanawiam się, czy korzysta się z nich do dziś. Jestem sama na szlaku. Przez 7 km nie mija mnie żaden samochód ani rowerzysta.

- Pani, teraz to już i tak jest tu ruch. Kiedyś, jak przez naszą wieś przejechał samochód, to wszyscy o tym wiedzieli, bo było to rzadkie. Teraz jest ich całkiem sporo. Tak samo jak rowerzystów - mówi mieszkanka Nietupy. - Tędy jeżdżą do Kruszynian. A wie pani co jeszcze? Tam ziemia jest coraz droższa, bo jest coraz więcej turystów – podkreśla starsza kobieta.

Po miłej pogawędce wracam do Kruszynian. W lokalnej restauracji zamawiam manty – pierogi na słodko i czeburaka z indykiem i czosnkiem. Palce lizać!

(fot. Agnieszka Wasztyl)

Lyon – miasto Małego Księcia i narodzin kina

Perełka środkowo-wschodniej Francji. Położony nad dwiema rzekami, zachwyca romantycznymi zaułkami, pięknymi kamienicami, urokliwymi placami i...

zobacz więcej

Polska Amazonia, bociany i żubry

O świcie ruszam z Krynek do Białegostoku, żeby tam złapać autobus do Trześcianki – jednej z trzech wsi położonej na szlaku Krainy Otwartych Okiennic. Z Kruszynian nic tam nie jeździ, więc muszę cofnąć się do stolicy regionu. Krynki też warto odwiedzić. Kirkut w tej małej miejscowości jest największą żydowską nekropolią w północno-wschodniej Polsce. Do dziś znajduje się na nim ok. 3 tys. macew. PKS podjeżdża punktualnie. Po drodze mijam Supraśl. Monaster Zwiastowania Przenajświętszej Bogurodzicy i św. Apostoła Jana Teologa robi wrażenie. To jeden z pięciu prawosławnych męskich klasztorów.

Tym razem jednak nie mam czasu zajrzeć do środka. Z Białegostoku do Krainy Otwartych Okiennic jest około 30 kilometrów. Umownie tworzą ją 3 wsie: Soce, Puchły i Trześcianka. Podobnych wiosek w regionie jest oczywiście znacznie więcej, ale to te uznano za najciekawsze. Każdą dzieli od siebie kilka kilometrów. Rezygnuję z autobusu i biorę taksówkę. Zapowiadają burzę, a nie chcę, aby złapała mnie w lesie na szlaku pomiędzy wioskami. Kierowca opowiada mi o regionie i podkreśla, jak bardzo się rozwija.

- Widzi pani te drogi? Dużo się inwestuje, powstają nowe firmy. Teraz budowana jest droga z Białegostoku do Białowieży i ścieżka rowerowa. Rowerzyści mają tu gdzie jeździć. A tereny piękne. Północno-wschodnia Polska to najbardziej zalesiony obszar w kraju. W tym roku mamy bardzo dużo dzików – podkreśla sympatyczny taksówkarz. Ja z kolei nie mogę oderwać wzroku od bocianów. Już teraz rozumiem, co miał na myśli Cyprian Kamil Norwid. Te piękne ptaki są niemal na każdej polanie, na słupach, a czasem leniwie spacerują leśnymi ścieżkami nie zwracając uwagi na turystów. Bocian to narodowy ptak Litwy, my mamy orła – który, jak twierdzi mój rozmówca - występuje właśnie w Puszczy Knyszyńskiej. Turyści chętnie przyjeżdżają także zobaczyć żubry w Puszczy Białowieskiej, penetrują rozlewiska Biebrzy i Narwi – nazwanej „polską Amazonią”.

„Afryka mnie zmieniła”

Od ponad 10 lat podróżuje z mężem na własną rękę. Karolina Ropelewska-Perek, autorka bloga „Carola Travels The World”, do tej pory odwiedziła już...

zobacz więcej

Kraina Otwartych Okiennic, czyli 3 malownicze wsie

Wysiadam we wsi Soce. To mała wioska, w której nawet w dzień nie widać żywego ducha. Cisza spokój i...bociany. Chałupy w tym regionie, a także piękne zabytkowe pomalowane cerkwie, są wyjątkowe. Drewniane chaty wyróżniają zdobienia snycerskie – typowe dla budownictwa ludowego, które występuje w Rosji i na Białorusi. Soce zamieszkują autochtoniczni Rusini podlascy. Żyje tu około 100 osób.

Legenda głosi, że nazwa wioski wywodzi się od sączenia, czyli wg tutejszego dialektu „socenia”, gdyż pierwsi mieszkańcy zauważyli tu źródełko sączącej się wody. Oprócz drewnianych chałup znajduje się tu klimatyczna drewniana kaplica pod wezwaniem św. proroka Eliasza z początków XX wieku, a także kute z żelaza cztery krzyże wotywne. Można je zobaczyć na każdym końcu wsi.

Według legendy pod koniec XIX wieku Soce nawiedziła epidemia, a zmarłych nie nadążano grzebać. Jeden z mężczyzn we śnie usłyszał głos, który kazał mu w ciągu doby wybudować kamienne krzyże na czterech krańcach wsi. Kobiety miały je połączyć uprzędzoną nicią. Polecenie wykonano i epidemia ustała.

Opuszczam Soce i kieruje się do kolejnej wioski. Puchły oddalone są o 4 kilometry. Wieś zamieszkuje niewiele ponad 40 osób - głównie mniejszość białoruska. Idę szutrową drogą przez las. Udaje mi się złapać stopa. Turystki z Dolnego Śląska podwożą mnie pod okazałą cerkiew pod wezwaniem Opieki Matki Bożej. To chyba najpiękniejsza drewniana świątynia, jaką widziałam. Pomalowana na niebiesko robi wrażenie. Dla wyznawców prawosławia jest ważnym miejscem kultu Maryi. Nie brakuje oczywiście związanych z nią legend - ja przytoczę tylko jedną.

W XVI wieku jeden z mieszkańców cierpiał na obrzęki i opuchnięcia. Gdy pewnego dnia modlił się o zdrowie, zobaczył nad wierzchołkiem lipy obraz Matki Boskiej i wyzdrowiał. Opuchlizna zeszła. Odtąd miejscowość nazwano Puchły, a w miejscu, w którym doszło do objawienia, wybudowano cerkiew. Świątynia jednak spłonęła, a wraz z nią oryginalna ikona Matki Boskiej. Obecny wygląd cerkwi datowany jest na 1918 r. Obecnie czczona ikona powstała po 1781 roku. Lipa przetrwała do naszych czasów i razem z dębami tworzą grupę 15 pomników przyrody. Obok cerkwi znajdują się kamienne krzyże z końca XIX w. Do świątyni niestety, z powodu pandemii, nie można wejść.

– Człowiek jedzie z daleka i takie rozczarowanie. Ta pandemia wszystkim pokrzyżowała plany. Nie rozumiem, dlaczego jest zamknięta, jak inne obiekty są pootwierane – narzeka napotkany turysta.

(fot. Agnieszka Wasztyl)

Male – zatłoczona stolica Malediwów

Bielutki piasek, turkusowa woda, rajskie plaże i lasy palmowe. Ponad 1200 rajskich wysepek rozrzuconych na Ocenie Indyjskim tworzy archipelag...

zobacz więcej

Też czuję niedosyt. Zauroczona cerkwią wchodzę w głąb wsi. Przed drewnianymi chatami, wzdłuż drogi, postawione są ławeczki. Miejscowi chętnie na nich spędzają czas. Puchły są maleńkie, bardzo zadbane – jak wszystkie wioski w okolicy, przez które miałam okazję przejechać. Czysto, schludnie i - wbrew stereotypom – nie widać biedy. Puchły to moja ulubiona wioska. Mam wrażenie, jakbym cofnęła się w czasie albo znalazła się na planie filmu. I te gniazda bocianie - niemal na każdym słupie. Ale nie ma się co dziwić, w końcu znajduję się na Podlaskim Szlaku Bocianim.

Na deser została mi ostatnia i największa wioska – Trześcianka. To staroruska wieś z piękną drewnianą zabudową z XIX i XX wieku, choć pierwsze wzmianki o wiosce pochodzą już z XV wieku. Dochodzę do niej po czterokilometrowym spacerze. Drewniane chałupy z kolorowymi okiennicami wyglądają bardzo ładnie, ale sama wieś nie ma już sielskiego klimatu. Biegnie przez nią główna droga prowadząca do Białegostoku i Hajnówki.

W XIX i XX wieku Trześcianka była prężnym ośrodkiem szkolnictwa cerkiewnego. Dziś turyści chętnie przyjeżdżają zobaczyć drewnianą, pomalowaną na zielono cerkiew św. Michała Archanioła. Została odbudowana po pożarze w XIX wieku, a w 2015 r. przeszła renowację. Niestety jest zamknięta. Pozłacane kopuły błyszczą w słońcu już z daleka. W prawosławiu kolor niebieski oznacza powierzenie świątyni i wsi Matce Boskiej, brązowy świętemu lub męczennikowi, a zielony Duchowi Świętemu – choć patrząc na cerkiew w Trześciance widać, że nie zawsze jest to reguła.

Zachwycona drewnianą architekturą i sielskim klimatem Podlasia łapię autobus do Białegostoku, w którym warto zobaczyć Pałac Branickich. Pałacowe ogrody są zadbane i otaczają je Planty. A z nich już rzut beretem do Parku 3 Maja, Archikatedry Białostockiej i tętniącego życiem Placu Kościuszki. Białystok to bardzo zielone miasto i na pewno dobra baza wypadowa do pobliskich puszcz, rezerwatów i klimatycznych wiosek. Myślę, że jeszcze tu wrócę...

źródło:
Zobacz więcej