RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

„Świat jest o wiele lepszy, niż nam się wydaje”

Arkadiusz Winiatorski cztery lata temu kupił bilet w jedną stronę i postanowił spełnić swoje podróżnicze marzenia (fot. Stones on Travel)

Dziewięć krajów, 12 tys. km, prawie 400 dni marszu. Arkadiusz Winiatorski cztery lata temu kupił bilet w jedną stronę i postanowił spełnić swoje podróżnicze marzenia. Po Ameryce Południowej przemieszczał się autostopem. Był wolontariuszem w Brazylii, pracował na plantacji kakao w Peru i plantacji kawy w Kolumbii. Gdy dotarł do Panamy, postanowił zwolnić tempo i iść pieszo aż do Ameryki Północnej. W Meksyku spotkał miłość życia. Aleksandra Synowiec dołączyła do ukochanego i razem przeszli aż do Vancouver. Na trzykołowym wózku zmieścili cały swój dobytek. Podczas podróży niemal we wszystkich krajach spotkali się z ogromną życzliwością, a w meksykańskim miasteczku powitano ich po... polsku.

Ekstremalne temperatury, brak wody, kontuzje. „Byłem jak Indiana Jones”

Przejechał na rowerze ponad 30 krajów i dziewięć pustyń. Wybierał trasy z dala od szlaków turystycznych i dużych miast. Marcin Korzonek poprzeczkę...

zobacz więcej

Jak się czujecie po powrocie do kraju po prawie dwóch latach wędrówki?

Arek: Ciężko nam było się przestawić, ale to, co zobaczyliśmy po powrocie, bardzo nas zachwyciło. Polska stała się dla nas egzotyczna. To, co wcześniej było zwyczajne, teraz nas zachwyca. Blokowiska, targowiska, nasza rzeczywistość. Nie było mnie w kraju prawie cztery lata. Ola przeniosła się do Meksyku dziewięć lat temu.

Arek, wyjechałeś w 2016 r. do Brazylii jako wolontariusz i zostałeś. Postanowiłeś przejść pieszo obie Ameryki. Skąd ten pomysł? Jak to się zaczęło?

Podróż po Ameryce Łacińskiej zawsze była moim marzeniem. W końcu nadarzyła się okazja, żeby wyjechać jako wolontariusz przy letnich igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro. Pomyślałem, że to jest czas, żeby zrealizować swoje marzenia. Zrezygnowałem z pracy w Polsce, uściskałem rodzinę, kupiłem bilet w jedną stronę. Miałem plan zjechać obie Ameryki autostopem. I w ten sposób podróżowałem po Ameryce Południowej 18 miesięcy, pokonałem ponad 36 tys. km. To była niesamowita przygoda. Autostopem jeździło się niezwykle łatwo, bardzo polecam ten sposób podróżowania.

Ale mimo tego miałem wrażenie, że muskam tylko odwiedzane kraje, że czas zwolnić. Chciałem widzieć więcej. Postanowiłem iść pieszo. Początkowo mój plan zakładał, że przejdę „tylko” z Panamy do Meksyku, a stamtąd pojadę rowerem do Kanady. Ale zakochałem się w pieszym poznawaniu świata. Postanowiłem iść dalej. To była najlepsza decyzja w moim życiu.

Poznaliście się w Meksyku i zakochaliście się w sobie.

Arek: Kiedy wyruszałem z domu, nawet nie podejrzewałem, że spotkam na trasie miłość swojego życia. Po przekroczeniu granicy Gwatemali i Meksyku napisałem w mediach społecznościowych, że już dotarłem do Meksyku. I odezwał się nasz wspólny znajomy. Powiedział, że koniecznie muszę poznać Olę. Ola mieszkała w San Cristóbal de las Casas. Nie miałem w planach tego miasta, ale w końcu stwierdziłem, że pojadę do niego na trzy dni… Zostałem trzy miesiące.

Ola postanowiła dołączyć do wyprawy. Jak do tego doszło? Ciężko ci było podjąć tę decyzję?

Ola: Zawsze chciałam podróżować przez Meksyk, ale do niektórych miejsc bałam się jeździć sama. Arek spadł mi z nieba. Jego pomysł wydawał mi się lekko zwariowany, ale chciałam spróbować. Najbardziej bałam się, że nie podołam fizycznie, bo nie miałam żadnego przygotowania. Nie przerażały mnie trudy podróży, bo wiele razy spałam w różnych warunkach i podróżowałam na własną rękę. Pierwszy etap podróży w Meksyku był bardzo wyczerpujący. To było ogromne wyzwanie, ale potem już było łatwiej.

„Afryka mnie zmieniła”

Od ponad 10 lat podróżuje z mężem na własną rękę. Karolina Ropelewska-Perek, autorka bloga „Carola Travels The World”, do tej pory odwiedziła już...

zobacz więcej

Z jakimi reakcjami się spotykaliście? Jak ludzie reagowali na białych ludzi pieszo zwiedzających świat?

Arek: W Ameryce Łacińskiej od pierwszego kroku ludzie otwierali przede nami nie tylko swoje domy, ale i serca. Nie znali nas, a oferowali pomoc, dach nad głową i zapraszali na posiłek. Spotkaliśmy się z niezwykłą życzliwością. Świat jest znacznie piękniejszy i lepszy niż nam się wydaje. Wzbudzaliśmy sensację, bo do podróżników rowerzystów są przyzwyczajeni, ale do piechurów już niekoniecznie.

Czuliśmy się bezpiecznie. Uważać trzeba było na kierowców, bo oni bardzo szybko tam jeżdżą i zdarza się, że także pod wpływem alkoholu. Staraliśmy się unikać dużych miast, odwiedzaliśmy małe miasteczka. Ludzie byli niezwykle gościnni i serdeczni. Czasem brali mnie po prostu za sprzedawcę. Często pytali, co mam w wózku i co sprzedaję (śmiech). Na wsiach niektórzy myśleli, że porywam dzieci (śmiech). Bo w Ameryce Łacińskiej straszy się dzieci tym, że biali przyjezdni je ukradną. W Gwatemali przede mną kobiety uciekały i dzieci płakały. Ale to nie zdarzało się często.

Ola: W Ameryce Łacińskiej ludzie byli bardzo serdeczni. Zawsze gdy docieraliśmy do jakiejś miejscowości, szliśmy przedstawić się lokalnym władzom lub np. sprzedawcy w wiejskim sklepiku. Zdawaliśmy sobie sprawę, że niektórzy mogą nas się bać. Najpiękniej ludzie przyjęli nas chyba na północy Meksyku. Zabierali nas na wycieczki, a jeden z księży zaprosił nas na niedzielną mszę i przygotował nam niespodziankę. Po mszy cały kościół wyciągnął polskie flagi i wszyscy wierni krzyknęli po polsku: Witajcie! To było niezwykle wzruszające i piękne. Ludzie podchodzili, ściskali nas, wręczali cukierki i jakieś drobiazgi. Potem okazało się, że dzieci zrobiły polskie flagi na katechezie. To było niesamowite!

Dlaczego wózek?

Arek: Zanim ruszyłem pieszo, zastanawiałem się, gdzie schować mój dobytek. Myślałem o plecaku, ale to nie był najlepszy pomysł, bo moje plecy na pewno by na tym ucierpiały. I poczytałem sobie w internecie porady innych podróżników, którzy zalecali wózek. Znalezienie odpowiedniego modelu zajęło mi miesiąc. Jak sprzedawca usłyszał, po co mi on, to zaśmiał się i stwierdził, że z tym wózkiem nie dojadę nawet do najbliższej granicy. A wózek wytrzymał do końca podróży. Choć oczywiście wszystko ma plusy i minusy, bo ciężko było go pchać po polnych, nieasfaltowych drogach. Ale ogólnie byłem z niego bardzo zadowolony.

Ola: W wózku przewoziliśmy cały nasz dobytek. Mieliśmy w nim namiot, śpiwory, karimaty, garnki, naczynia, ubrania i żywność. Oprócz tego rzeczy do naprawy wózka, sprzęt elektroniczny, Całe życie na trzech kółkach. 50 kg zapakowane w wózku. Przekonaliśmy się, że niewiele nad potrzeba do życia.

Lampart wpadł do studni. Ratowanie nieboraka trwało trzy godziny

Pracownicy służb leśnych uratowali lamparta, który wpadł do studni w Indiach. Musieli użyć drabiny. Akcja ratunkowa trwała niemal trzy godziny.

zobacz więcej

Gdzie podróżowało się najciężej?

Arek: Paradoksalnie w Stanach Zjednoczonych. To nie jest kraj dla pieszych, jest stworzony pod samochody. Nie ma osiedlowych sklepików, tylko hipermarkety na przedmieściach. Dojście do nich to pół godziny samochodem, ale dla nas to cały dzień marszu. Trzeba było zaplanować na kilka dni do przodu, gdzie zrobić zakupy, przez co wózek był także cięższy. Zachwyciła nas za to przyroda. Parki narodowe są niesamowite, Amerykanie bardzo dbają o przyrodę.

Ola: Ludziom nie mieściło się w głowach, że ktoś może po prostu iść pieszo. Niektórzy myśleli, że jesteśmy bezdomnymi, bo tak im się kojarzył wózek. Albo wariatami (śmiech). Nawet przymocowaliśmy do wózka tabliczkę, że idziemy z Panamy do Kanady, ale nie bardzo nam wierzono. W jednym z parków podczas odpoczynku w ciągu dnia wezwano do nas policję. Ale ta okazała się przemiła.

Po przejściu 12 tys. km chyba mało wam było przygód, bo złapaliście autostop na koło podbiegunowe... Pokonaliście kolejne 3 tys. km.

Arek: Tak (śmiech). Musieliśmy się spieszyć, bo zbliżała się zima. W Kanadzie było nam czasem ciężko złapać stopa, bo tam praktycznie nikt nie jeździł. Zachwyciły nas przepiękne krajobrazy, dziewicza przyroda, gościnni ludzie. Do niektórych wiosek żywność dostarczał helikopter. To wszystko zrobiło na nas niesamowite wrażenie. A po dotarciu na koło podbiegunowe wspaniałe było to, że mieliśmy je tylko dla siebie.

Ola: 36 km przed naszym celem zamknięto jedyną drogę na koło podbiegunowe, bo dalej na trasie przewróciła się ciężarówka z chemikaliami. Nie chcieliśmy rezygnować, byliśmy już tak blisko celu, tak blisko spełnienia marzenia… Postanowiliśmy pokonać ten dystans pieszo, w końcu 36 km było dla nas normalnym dziennym dystansem – podczas naszej wędrówki z Panamy do Kanady w ciągu dnia pokonywaliśmy bowiem pieszo od 35 do 45 km. Wieczory i noce były już bardzo zimne. Ostrzegano nas też przed niedźwiedziami. Po kilku kilometrach spaceru zgarnęła nas jednak ekipa, która jechała do tego wypadku. Kanadyjczycy podwieźli nas na samo koło podbiegunowe, a kilka godzin później nas stamtąd zabrali.

Jak radziliście sobie z trudami podróży i chwilami słabości?

Arek: Przede wszystkim staraliśmy się dzielić naszą podróż na etapy. Od celu do celu. Nie myśleliśmy o tym, że jeszcze tyle mamy do przejścia. Nastawialiśmy się, że tego dnia dotrzemy do konkretnej miejscowości, do konkretnej góry czy zakrętu. Gdybyśmy od razu myśleli o tym, że jeszcze tyle krajów do przejścia przed nami, to pewnie by nam się nie udało dotrzeć na koło podbiegunowe.

Ta wędrówka była także testem dla naszego związku. Mówimy sobie, że jeśli udało nam się razem pokonać tyle kilometrów i pokonać wiele trudności, to pokonamy teraz wszystko. Razem. Jesteśmy zgranym zespołem i pokonamy każdą przeszkodę.

Ola: Podczas tak długich wędrówek mieliśmy też czas, żeby odpocząć i się zregenerować. Ale nigdy nie myśleliśmy o powrocie. Chodzenie dostarcza ogromnych endorfin, więc to może też dlatego udało się nam dotrwać do końca.

Pizzeria ma pomysł na przyciągnięcie klientów – przyjmuje nietypową formę płatności

Za pizzę można zapłacić płytą winylową – tę oryginalną ofertę ma pizzeria we Florencji, która chce wzbogacić swoją płytotekę. Każdy winyl jest...

zobacz więcej

Podczas podróży sezonowo pracowaliście w krajach, które odwiedzaliście czy bazowaliście na oszczędnościach?

Arek: Ja zanim wyruszyłem do Ameryki Południowej pracowałem w trzech miejscach jednocześnie, odkładałem pieniądze na wyjazd, więc miałem trochę oszczędności. Ale na miejscu podejmowałem się także dorywczych prac. Pracowałem m.in. na plantacji bananów w Brazylii, plantacji kakao w Peru, plantacji kawy w Kolumbii czy w kamieniołomie w Kostaryce. Staraliśmy się podróżować niskobudżetowo. Spaliśmy w namiocie, czasem u kogoś w domu. Szliśmy pieszo, więc odpadły nam opłaty za transport. Często byliśmy zapraszani na posiłki, ale żywność w Ameryce Łacińskiej nie jest droga, więc nie wydawaliśmy dużo.

Ola: Ja pracowałam podczas podróży, bo cały czas pisałam artykuły dla polskiej prasy. I ta wyprawa jeszcze nam pomogła, bo trafiłam na więcej ciekawych tematów, powstało kilka fajnych tekstów. Miałam też tantiemy z mojej książki „Dzieci Szóstego Słońca”.

Planowaliście marsz wokół Polski. Przez pandemię musieliście jednak zmienić plany. Ale rozumiem, że pomysłu nie zarzuciliście?

Arek: Absolutnie nie. Planujemy to zrobić w przyszłym roku. Chcemy pokazać, że Polska jest piękna.

Ola: Pomyśleliśmy, że po tylu latach za granicą bardziej znamy Ameryki niż własny kraj. Chcieliśmy spojrzeć na Polskę świeżym okiem, podzielić się doświadczeniami, naszą pasją do chodzenia i zachęcić ludzi do wspólnego marszu. Nasz marsz będzie miał charakter charytatywny, bo chcemy się odwdzięczyć za dobro, które nas spotkało podczas podróży przez Ameryki. Będziemy organizować spotkania np. w domach kultury, a pieniądze z tych spotkań przekażemy na dzieci, które chodzić nie mogą – chorują na rdzeniowy zanik mięśni. Ale to wszystko przed nami. Mam nadzieję, że uda się ten pomysł zrealizować w przyszłym roku.

źródło:
Zobacz więcej