Wybory 2020

Jak głosować w wyborach prezydenckich [PORADNIK]

Afrykańscy dilerzy i czeczeńska zemsta

Dijon stanęło w ogniu (fot. PAP/EPA/VINCENT LINDENEHER)

Wojna gangów – tak francuskie media określają to, co dzieje się w ostatnich dniach w Dijon. Nie jest to zbyt trafne określenie. Z jednej strony bowiem faktycznie mamy gangi handlarzy narkotyków z Maghrebu. Z drugiej, czeczeńska przemoc nie wynika z lojalności typowej dla świata przestępczego, ale mającego klanowy charakter dążenia do pomszczenia krzywdy członka swojej wspólnoty.

Zdrady, zamachy, koledzy z KGB

Od lat wiadomo, jakie są słabości Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Od lat mówi się o potrzebie zmian w SBU. Od lat kolejni rządzący Ukrainą politycy...

zobacz więcej

Dijon liczy około 150 tysięcy mieszkańców. To malownicze miasto z bogatą historią, stolica historycznej Burgundii. W ostatnich dniach, a właściwie nocach, bardziej przypominało pole wojny religijno-etnicznej z rytualnymi ceremoniami i okrzykami „Allah akbar!” – jak opisują to w mediach społecznościowych sami mieszkańcy Dijon.

Musiało minąć kilka nocy podpalania samochodów, plądrowania sklepów i starć ulicznych, zanim lokalne władze dostały wsparcie z Paryża. Choć przemoc panowała już w nocy z piątku na sobotę, to oddziały policji do walki z przestępczością zorganizowaną kontrolę nad najbardziej niespokojną dzielnicą Les Gresilles odzyskały dopiero w nocy z poniedziałku na wtorek.

Choć zamieszki w Dijon na pierwszy rzut oka wpisują się w falę rozruchów na tle rasowym, które wybuchły w USA i szybko dotarły do Europy, to w rzeczywistości nie chodzi o rasizm i historię. Biali nie mają tu nic do rzeczy. To wojna dwóch silnych imigranckich społeczności. Obu muzułmańskich zresztą. Do napięć dochodzi od czasu napadu algierskich dilerów narkotykowych na 16-letniego chłopca ze społeczności czeczeńskiej.

Wydarzenie to doprowadziło do porachunków między członkami wspólnoty czeczeńskiej a lokalnymi gangami złożonymi z przybyszów z Maghrebu. 10 czerwca pobity 16-latek w stanie ciężkim trafił do szpitala, zaś w mediach społecznościowych – wśród Czeczenów – natychmiast pojawiły się wezwania do ukarania winnych. Do Dijon zaczęli zjeżdżać Czeczeni nie tylko z Francji, ale też Belgii i Niemiec.

Zamieszki w Dijon. Francja myśli, co zrobić z wojną gangów

Pałac Elizejski poprosił ministerstwo spraw wewnętrznych o zbadanie możliwości wydalenia z Francji uczestników wojny gangów w Dijon – poinformowała...

zobacz więcej

„Znieważyli nas”

Napięcie między Czeczenami a mieszanką Algierczyków i urodzonych we Francji mieszkańców arabskiego pochodzenia narastało od dawna. Algierskie grupy przestępcze kontrolują znaczną część handlu narkotykami we Francji. Żyjący we Francji Czeczeni mówią z kolei, że problemy z imigrantami z Maghrebu pojawiły się dlatego, iż uchodźców z Kaukazu osiedlano w tanich i niebezpiecznych dzielnicach w sąsiedztwie Afrykańczyków. Ci ostatni zaprowadzają swoje porządki i ograniczenia, choćby rewidując mieszkańców domów, w których znajdują się punkty dystrybucji narkotyków, poszukując policyjnych informatorów. Czeczeni nie pozwalają sobie jednak w kaszę dmuchać – więc napięcie tylko rosło.

Nie są znane dokładne okoliczności pobicia 16-letniego Czeczena przez członków algierskiego gangu narkotykowego, ale dużo wskazuje na to, że mogło to mieć związek ze wskazanymi wcześniej napięciami między obu społecznościami. Czeczeni mówią, że dilerzy pobili go, a potem grożąc pistoletem, powiedzieli: „Zostawiamy cię przy życiu, żebyś przekazał swoim: tak będzie z każdym od was”.

Nastolatek przekazał przesłanie „swoim”. Jak zareagowali? W pierwszy wieczór do Dijon zjechało pół setki Czeczenów. Następnego dnia kolejna setka, a jeszcze następnego – dwie setki. W wywiadzie dla lokalnej gazety „Le Bien Public” mężczyzna, który przedstawił się jako Czeczen, potwierdził, że ostatnie wydarzenia w Dijon miały pomścić 16-letniego chłopca z jego społeczności, zaatakowanego przez dilerów narkotyków. Czeczeni w Dijon mówią dziennikarzom, że nie mają żadnych problemów z białymi mieszkańcami.

We francuskich mediach cytowano szeroko wypowiedź jednego z Czeczenów: „Francuskie prawo nie pozwala nam strzelać do ludzi i pojawiliśmy się nie po to, by ich zabijać. Znieważyli nas, pobili jednego z naszych, dlatego jesteśmy tutaj po to, żeby ich pobić”. Nawet prokurator Dijon przyznał, że „ta ekspedycja w żaden sposób nie była wymierzona w siły porządkowe”. Czeczeni chcieli załatwić sprawę tak, jak się to robi w górach Kaukazu: na ubitej ziemi. Tyle że Afrykańczycy oczywiście nie poszli na takie honorowe zakończenie sporu.

Kto zmasakrował blogera?

Krwawa łaźnia – tak w skrócie można opisać zbrodnię, do której doszło w jednym z hoteli w Lille. Ofiara to 44-letni Imran Alijew, czeczeński...

zobacz więcej

Czeczeńskie patrole

Pierwsza „ekspedycja karna” Czeczenów wyruszyła w nocy z piątku na sobotę. Grupa około 100 zamaskowanych osób, uzbrojonych w żelazne pręty, młoty, noże i kije bejsbolowe na Placu Republiki w centrum miasta sprowokowała bójki. – Byliśmy setkami z całej Francji, ale także z Belgii i Niemiec – mówił Czeczen cytowany przez lokalny dziennik „Le Bien Public”. – Nigdy nie zamierzaliśmy splądrować miasta ani zaatakować ludności” – zapewnił.

Tłum zdemolował palarnię sziszy „Le Black Pearl”, kontrolowaną przez Marokańczyków i Algierczyków. Ponad 10 osób zostało rannych w bijatyce i w starciach z policją. Niektórzy poważnie. Funkcjonariusze rozpędzili napastników, ale wojna przeniosła się do dzielnicy Les Gresilles, zdominowanej przez imigrantów z Maghrebu, w północno-wschodniej części miasta.

Wieczorem w sobotę 13 czerwca było słychać na ulicach wystrzały. Patrole czeczeńskie wjechały do dzielnicy Les Gresiller. Próba rokowań zakończyła się strzelaniną. Według informatora France Info, w nocy z niedzieli na poniedziałek doszło do spotkania przedstawicieli społeczności czeczeńskiej i narkotyków gangów z Maghrebu. Miano negocjować załatwienie sprawy, ale w trakcie rozmowy nieznany napastnik zaczął strzelać do samochodu. Ranny został 40-letni mężczyzna, właściciel pizzerii.

Tej samej nocy grupa około dwustu Czeczenów zaatakowała lokalne gangi maczetami i kijami bejsbolowymi, doszło również do strzelaniny. Rannych zostało sześć osób – informował prokurator Dijon Eric Mathais. W mediach społecznościowych opublikowano nagranie, na którym widać samochód należący do członków gangu, który wjechał w tłum osób, a następnie dachował.

W poniedziałek późnym popołudniem grupa około 150 zamaskowanych mężczyzn zgromadziła się w Les Gresilles. Mężczyźni uzbrojeni w broń maszynową i żelazne pręty zniszczyli miejski monitoring, podpalali samochody i pojemniki na śmieci. Zespół dziennikarzy z telewizji Francji 3 został zaatakowany, a należący do stacji samochód został podpalony i wykorzystany jako uliczna barykadę. Mer Dijon Francois Rebsamen w poniedziałek wieczorem zaapelował do ministra spraw wewnętrznych Francji Christophe’a Castanera o pomoc w odzyskaniu kontroli nad miastem.

Frontex: liczba migrantów ciągnących do Europy znów rośnie

Koronawirus przestał odstraszać nielegalnych migrantów ciągnących do Europy. W kwietniu agencja Frontex odnotowała spadek liczby uciekinierów, ale...

zobacz więcej

Policyjne posiłki przybyły do miasta tego samego dnia. Do akcji przystąpiło 60 żandarmów, 40 funkcjonariuszy policyjnych oddziałów prewencji CRS oraz brygady ds. walki z przestępczością zorganizowaną (BAC). Około stu zamaskowanych mężczyzn stanęło naprzeciw około 150 funkcjonariuszy służb – informował media prefekt departamentu Cote d'Or Bernard Schmeltz. Batalia trwała półtora godziny. Policja opanowała sytuację, aresztowano cztery osoby.

Według Schmeltza zatrzymani nie należą do społeczności czeczeńskiej, mimo że w ostatnich dniach setki Czeczenów gromadziły się w centrum Dijon, a następnie w Les Gresilles, aby przeprowadzić ataki w ramach porachunków za napad na czeczeńskiego nastolatka. – Nie zidentyfikowaliśmy nikogo z zewnątrz, to ludzie z Dijon – przekazał prefekt.

Niewygodna diaspora

Zapewne nie doszłoby do tych kilku nocy bezprawia na ulicach, gdyby władze Dijon miały wystarczające środki. Mer ubolewał nad zbyt małą liczbą policjantów, gdyż funkcjonariusze „zostali przydzieleni do Paryża, aby zabezpieczyć demonstracje, a my jesteśmy zapomniani”. W końcu odsiecz przyszła, a teraz przyjdzie czas na rozliczenia. Jak podają media, w związku z walkami zorganizowanych uzbrojonych grup Czeczenów z lokalnymi handlarzami narkotyków, w większości pochodzenia algierskiego, aresztowano cztery osoby.

Już wcześniej mówiono, że nie są to Czeczeni. A więc to zapewne ich przeciwnicy. Problem w tym, że zamieszki w Dijon władze francuskie mogą wykorzystać jako pretekst do pozbycia się choć części czeczeńskiego problemu. Bo wiadomo, że społeczności z Maghrebu nie tkną. Władze nie wykluczają wydaleń z Francji osób, które dopuszczają się samosądów. Większość Czeczenów, uczestniczących w wojnie ulicznej w Dijon, ma status uchodźców i znana jest policji.

Władze szacują, że na terytorium Francji przebywa około 30 tysięcy Czeczenów. Diaspora koncentruje się w regionie Ile-de-France oraz w okolicach Strasburga i Nicei (tutaj zresztą doszło w ostatnich dniach także do rozruchów z udziałem Czeczenów). Członkowie społeczności czeczeńskiej pochodzą głównie z Groznego.

Jak nie ISIS, to Turcja, kwarantanna w trumnie

Pandemia koronawirusa nie tylko nie powstrzymała aktywności Państwa islamskiego (ISIS), ale spowodowała, że ataki tej organizacji w Syrii i Iraku...

zobacz więcej

Czeczeńska diaspora w Dijon, jak też w całej Francji i generalnie, na Zachodzie, pojawiła się na przełomie lat 90. XX wieku i pierwszej dekady XXI wieku. Wtedy to bowiem Rosja zaatakowała niepodległe państwo czeczeńskie, dokonując masowych zbrodni na ludności cywilnej. Tysiące Czeczenów uciekły za granicę – przyjmowano ich jako politycznych uchodźców. Rosyjska propaganda dba o to, by zrobić z nich potencjalnych dżihadystów. Wystarczy, że trafia się wśród Czeczenów jednostki dokonujące zamachów.

Na celowniku służb

Wielu z mieszkających we Francji Czeczenów stało się przedmiotem zainteresowania służb specjalnych po serii zamachów w Paryżu w listopadzie 2015 roku. W ramach śledztwa przesłuchano przedstawicieli 20 czeczeńskich rodzin. Wszystkich wypuszczono bez postawienia zarzutów. Wtedy okazało się, że Czeczeni nie byli w ten terror zamieszani. Zdaniem lokalnych działaczy diaspory, w 2017 roku Francja zaostrzyła jednak politykę wobec Czeczenów. Ma to związek także z wojną w Syrii.

W Dijon w areszcie znajduje się, czekając na ekstradycję do Rosji, Czeczen oskarżony przez rosyjskie władze o przynależność do islamistycznych bojowników w Syrii. Jeden z portali specjalizujących się w problematyce Kaukazu pisał, że 12 maja w Paryżu młody mężczyzna napadł z nożem w ręku na przechodniów, zabijając jednego i raniąc czterech.

Zastrzelony przez policjantów napastnik został zidentyfikowany jako Chamzat Azimow, osoba pochodzenia czeczeńskiego, a odpowiedzialność za atak wzięło na siebie Państwo Islamskie. Prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow potwierdził pochodzenie Azimowa, ale odpowiedzialnością za jego czyn obarczył Francję. Minister spraw zagranicznych Jean-Yves Le Drian ostro skomentował oświadczenie Kadyrowa, nazywając go dyktatorem i wskazując na naruszenia praw człowieka w tej kaukaskiej republice wschodzącej w skład Federacji Rosyjskiej.

Choć ostatnie wydarzenia w Dijon są winą, w najgorszym razie, obu stron, to władze francuskie mogą odgrywać się bardziej na Czeczenach. Tym bardziej, że jest to dla Paryża niewygodna diaspora. Niewygodna ponieważ to wrogowie Putina, z którym Emmanuel Macron chciałby się układać.

źródło:
Zobacz więcej