RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Chlorokina, „The Lancet”, WHO i nauka w czasach zarazy na ostrym zakręcie

Pod koniec maja, świat obiegła informacja, że chlorokina nie tylko nie działa, ale w dodatku jest toksyczna (fot. Shutterstock/ PhotobyTawat)
Pod koniec maja, świat obiegła informacja, że chlorokina nie tylko nie działa, ale w dodatku jest toksyczna (fot. Shutterstock/ PhotobyTawat)

3 czerwca dziennikarze śledczy „The Guardian” wykryli i opisali, że w jednym z najbardziej prestiżowych tygodników medycznych „The Lancet” 22 maja opublikowano gigantyczne badanie, którego rzetelność daje się podważyć. Ponieważ to wieloośrodkowe studium analizowało skuteczność i toksyczność słynnej terapii lekiem przeciwmalarycznym, chlorokiną, opracowanej na samym początku po ogłoszeniu pandemii w Marsylii przez prof. Didier Raoulta, rzecz natychmiast weszła na czołówki mediów.

Koronawirus: Tylko nauka ma szansę w starciu z COVID-19

Nauka „dziwna” znaczy raczej zadziwiająca niż pseudo. I taka jest ciekawa oraz może pomóc nam w zwalczeniu epidemii koronawirusa. Pseudonauka jest...

zobacz więcej

Żyjemy w przedziwnych czasach. Świat najpierw, pod koniec maja, obiegła informacja, że chlorokina (czy hydroksychlorokina, także w kombinacji z antybiotykiem azytromycyną) nie tylko nie działa, ale w dodatku jest toksyczna. Szkodzi i ma prowadzące aż do zgonu efekty uboczne. To miała być poważna arytmia serca – efekt znany dla tego 70-letniego już leku, choć występujący rzadko – zwłaszcza wobec pacjentów cierpiących na COVID-19 w afrykańskich krajach malarycznych, gdzie lek ten jest stosowany na znacznie większą skalę, niż w tzw. Pierwszym Świecie. Nie minął jednak tydzień, a tu chlorokina ponownie wchodzi na czołówki, tym razem dlatego, że badanie dowodzące owej toksyczności i wysokiej szkodliwości terapii chlorochiną pochodzi z danych zebranych przez „pana nikt”. Czyli tak jakby niebyłych.

Pikanterii sprawie nadaje fakt, że pod koniec maja, w oparciu o tę publikację „Lancetu” wstrzymało stosowanie terapii z chlorokiną jako wyboru w prowadzonym przez siebie ogólnoświatowym badaniu wieloośrodkowym testującym różne dostępne terapie przeciw COVID-19. Po czym 3 czerwca zmieniło ponownie zdanie, w oparciu o publikację „The Guardian”. Pozostaje kwestią ufać, czy tym razem WHO sprawdziła, czy dziennikarze „Guardiana” nie konfabulują, bo… przecież mogą.

Jednak trzeba sprawie się przyjrzeć od początku. „Pan Nikt” z publikacji „Lancetu” ma jednak nazwisko, a nawet tytuł doktora medycyny. Do owego bowiem badania renomowany prof. Mandeep R Mehra z Brigham and Women's Hospital Heart and Vascular Center oraz Harvard Medical School w Bostonie (USA) zaprosił dr. Sapana S. Desai z nieznanej wcześniej firmy, specjalizującej się według informacji własnych w gromadzeniu i analizie big data w sektorze medycznym, zwanej „Surgisphere” Corporation, a adres do korespondencji mającej w Chicago. Dlaczego?

Brytyjczycy mają szczepionkę na koronawirusa. Pomógł wirus od szympansa

W czwartek rozpoczną się próby kliniczne na ludziach szczepionki przeciw koronawirusowi stworzonej przez naukowców z uniwersytetu w Oxfordzie –...

zobacz więcej

By zrobić tzw. badanie wieloośrodkowe, trzeba albo nawiązać współpracę z 671 szpitalami na sześciu kontynentach, co trwałoby ze dwa lata, albo znaleźć kogoś, kto oferuje, że taką na bieżąco uzupełnianą bazę danych ma i takie współprace ma nawiązane. Znalazł się taki człowiek – nasz „pan nikt”, Sapan S Desai. Dwaj pozostali autorzy pracy, która została już oficjalnie wycofana z „Lancetu” po kilkudniowym śledztwie wewnętrznym – Frank Ruschitzka ze Szpitala Uniwersyteckiego w Zurychu oraz Amit N. Patel z Uniwersytetu Stanu Utach w Salt Lake City (USA) – nie budzą wielkich emocji. Zostali poproszeni o analizę pewnych danych za współautorstwo w publikacji, to je zanalizowali.

Co jest nie tak z „Surgisphere”? Według dziennikarzy „Guardiana” bardzo nieliczni pracownicy firmy, na podstawie informacji z ich profili na portalu LinkedIn niemający najczęściej żadnego doświadczenia ani w gromadzeniu, ani analizie big data, nie byliby w stanie uzyskać i skonstruować w ciągu kilku lat od powstania firmy takiej bazy danych. Co więcej, wyrywkowe sprawdzenie kilku jednostek medycznych, wymienionych w publikacji jako źródłowe, a rozsianych w Australii, wykazało, że żadna z nich nigdy nie miała nic wspólnego z „Surgisphere” i nie współpracuje z tą firmą w żadnym zakresie. Już po publikacji „The Guardian” podobne oświadczenie publicznie złożyły niektóre jednostki francuskie tam wymienione.

Czyli dziennikarze śledczy, wsparci przez rzeszę internautów wykryli, iż „Surgosphere” de facto nie jest żadną poważną firmą, niemal nie ma pracowników, jest nieaktywna w internecie i mediach społecznościowych, co dla firm analizy big data jest nietypowe, a oprócz tego szef założyciel ma trzy procesy o błąd w sztuce lekarskiej. Zatem można się obawiać o rzetelność analizowanych w publikacji danych.

Naukowcy wyizolowali koronawirusa z łez pacjentki

Naukowcy ze szpitala zakaźnego w Rzymie wyizolowali koronawirusa z łez pacjentki – poinformowano na łamach naukowego pisma „Annals of Internal...

zobacz więcej

Co więcej, „Surgisphere” dała dane pochodzące od pacjentów dla dwóch innych okołokowidowych publikacji. Jedna z nich została opublikowana w „The New England Journal of Medicine” (NEJM) 1 maja, także pochodzi od prof. Mandeep R. Mehra oraz Amita N. Patela, a dotyczy chorób krążenia związanych z COVID-19 i stosowania leków hamujących działanie białka ACE2, receptora dla wirusa SARS-CoV-2. I ta publikacja też została z czasopisma naukowego wycofana po krótkim śledztwie wewnętrznym.

Dr Desai zapewnia przez swego rzecznika prasowego, zwłaszcza po apelu 200 naukowców i klinicystów domagających się ujawnienia pełnej bazy danych „Surgisphere”, co pozwoliłoby na niezależną walidację uzyskanych wyników, że wspiera autorów publikacji w NEJM wspiera i ujawni źródłowe dane tam analizowane.

Kolejne badanie znane jest jedynie z reprintu i jest autorstwa badaczy z Południowej Ammeryki. Tu baza danych z „Surgisphere” posłużyła jako źródło do analizy skuteczności leku antypasożytniczego ivermectyny, która miałaby zasadniczo obniżać śmiertelność w ramach powikłań COVID-19. Co spowodowało – bez żadnej oficjalnej publikacji w czasopiśmie medycznym – zarekomendowanie tego leku w terapii zakażeń SARS-CoV-2 przez niektóre rządy w Ameryce Łacińskiej, gdzie lek ten jest powszechnie stosowany.

W każdym przypadku chlorokiny i ivermectyny istnieją i inne dane źródłowe poza tymi, w których powstawaniu (na razie fabrykacji tych danych nie udowodniono, ale…) uczestniczyła „Surgisphere”. Jednak taka historia, zwłaszcza gdy dotyczy prestiżowych pism medycznych, co najmniej zniesmacza. A może też podważa zaufanie do nauki – i to jest najgorszy możliwy skutek. Bo w czasie epidemii każda kwestia jest polityczna, nawet jaki lek stosować czy jakie środki zaradcze podjąć. Skoro zatem epidemia wygaśnie, owe polityczne kwestie zostaną zastąpione przez inne, nie mniej polityczne, i ogon dalej będzie machał psem. Nauka jednak jest zjawiskiem trwałym i ludzką aktywnością wymagającą transparentności, co ma rodzić zaufanie. To zaś, gdy raz utracone, trudno odbudować.

Koronawirus zaskakuje. Wywołuje nieoczekiwane objawy

Francuscy naukowcy są zdania, że zakażenie koronawirusem może dawać inne objawy, niż te, o których dotychczas było wiadomo. Na razie testy na...

zobacz więcej

Transparentność jednak trudno zachować, gdy trwa wyścig. Pogoń nawet nie tyle za sławą, co za publikacją, która da szansę na kolejny grant, a ten z kolei na finansowanie laboratorium na kolejne kilka lat. I tak to się kręci. Bez systemu grantów – marazm. Z grantami – wyścig. Gdzie jest złoty środek i czy da się zbudować system zrównoważony – bo nauka potrzebuje równowagi – nie wiadomo. Zwłaszcza w czasie wielkiego wyzwania, jakim jest pandemia, gdy każdy czegoś od nauki oczekuje.

Stare przysłowie mówi: co nagle to po diable. Pośpiech generalnie nie jest dobrym doradcą. Czasem spieszymy się po wynik. Czasem, nawet w tak wydawałoby się spokojnej działalności, jak poszukiwanie naukowe, wynika z tego wiele szkody. Wielkie sławy tracą dobre imię, choć być może wcale nie dopuściły się oszustwa, a jedynie… poszły na skróty, bez sprawdzenia dokładnie, z kim idą pod rękę.

Nauka jako ludzka aktywność ma jednak jedną cudowną cechę – w środowisku naukowym żadne kłamstwo się długo nie utrzyma. Po prostu inni sprawdzą to, co zaniedbali autorzy, a nawet – o zgrozo! – recenzenci. Każde zamierzone fałszerstwo, ale i prosta, choć naładowana konsekwencjami pomyłka, zostaną ostatecznie odsłonięte. A błąd da się naprawić. Rola WHO w kolejnym po ibuprofenie zamieszaniu okołolekowym w kwestii COVID-19 zasmuca. Nie zmienia to kwestii, że jak dotąd w oparciu o dane pochodzące z innych źródeł niż feralne publikacje „Lancetu” i „NEJM”, chlorokina nie okazała się żadną wunderwaffe naszej wojny z pandemią. Ale kłamać, że jest bardziej toksyczna, niż jest, generując informację dającą się łatwo wykorzystać do uderzania jak w bęben w politycznych przeciwników, jest po prostu nieuczciwie.

źródło:
Zobacz więcej