RAPORT

Prorosyjska era Tuska

Strategia salami

Chiny prowadzą agresywną politykę (fot. PAP/EPA/ANDY WONG / POOL)
Chiny prowadzą agresywną politykę (fot. PAP/EPA/ANDY WONG / POOL)

Dżammu i Kaszmir to ponury górzysty region w Azji, do którego prawa roszczą sobie aż trzy państwa dysponujące bronią jądrową. Regularnie staje się on punktem zapalnym konfliktów między Indiami a Pakistanem i Chinami. Walczący o odzyskanie twarzy po wybuchu pandemii koronawirusa prezydent Chin Xi Jinping postanowił pokazać siłę i zaatakował Indie, i może mu to nawet ujść na sucho.

Chiny idą na zwarcie. Przyczajony tygrys pokazuje kły

Chiny na arenie międzynarodowej przyzwyczaiły, że osiągają cele po cichu, bez rozgłosu, naciskają, ale nie pod okiem kamer. Państwo Środka, chociaż...

zobacz więcej

Prezydent Chińskiej Republiki Ludowej nie miał ostatnio dobrej passy. Epidemia koronawirusa podkopała jego autorytet na arenie międzynarodowej. Nie ma znaczenia, czy SARS-CoV-2 sam ewoluował i jakimś sposobem przedostał się na targ rybny w Wuhanie, czy też został wyhodowany w laboratorium i przypadkiem wydostał się na zewnątrz, gdy komuś stłukła się pipeta z mikrobami albo w innych okolicznościach, których nie poznamy.

O wybuch gigantycznego kryzysu gospodarczego zawsze już będą obwiniane Chiny. Gdy mleko się rozlało, prezydent tego kraju, wcześniej tak chętny do pokazywania się przy każdej sposobności w ramach budowania kultu jednostki – zniknął. Przez długie tygodnie nie pokazywał się.

Możemy się domyślać, że przywódca nie chciał psuć swojego wizerunku – niech inni pokazują się i biorą winę na siebie. Działanie w pewnym stopniu zrozumiałe, ale Xi przesadził. Nieobecność szybko zaczęła mu szkodzić, gdyż ludzie zaczęli zwracać uwagę, że nie ma go w tak kryzysowym czasie. Dopiero po pewnym czasie lider chińskich komunistów zaczął się pokazywać, a to odwiedził szpital, a to na wideokonferencjach pouczał partyjnych bonzów, jak należy wyjść z kryzysu.

Ludowa wojna

Xi głośno wzywał do zwycięstwa w „ludowej wojnie” przeciwko epidemii. Wierchuszka Komunistycznej Partii Chin zaproponowała zresztą osobliwe rozwiązanie problemu. Ustalono, że priorytetem ma być „prewencja epidemiologiczna i propagandowa kontrola”. Prezydent nakazał przy tym urzędnikom „wzmocnienie zarządzania i kontroli mediów internetowych” oraz „walkę z tymi, którzy wykorzystują okazję do tworzenia plotek”. Zalecił też kampanię przeciwko działaniom, które „zakłócają porządek społeczny”.

Efekty takich działań widzimy na co dzień. Kiedy na całym świecie przybywa osób zakażonych i ofiar koronawirusa – w wielu miejscach lawinowo jak obecnie w Brazylii – w Chinach nowych przypadków zakażeń jest raptem po kilka dziennie, a i to w większości osoby, które przybyły z zagranicy. Biorąc pod uwagę zalecenia Xi oraz tendencję reżimów do manipulowania prawdą, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że statystyki mogą być naciągane.

Hongkong znów broni się przed zakusami Chin. Trump ostrzega, Pekin zgrzyta zębami

To już nie tylko wzrost napięć, ale nowa zimna wojna – tak eksperci na całym świecie zaczynają określać obecne relacje USA i Chin. Kolejnym frontem...

zobacz więcej

Xi wie, że budowanie autorytetu przywódcy nie może sprowadzać się tylko do zarządzania kryzysowego. To nie demokracja. Trzeba pokazać siłę. Zwykle Państwo Środka działa powoli, nastawiając się na dalekosiężne cele. Buduje drogi i stadiony w Afryce czy Ameryce Środkowej. W ten sposób tworzy przyczółki ekonomicznej ekspansji.

Często także w Europie jest postrzegane jako w pierwszej kolejności partner w interesach. Sęk w tym, że w przypadku Chin doraźny zysk to jedno, tymczasem równolegle odbywa się rozszerzanie wpływów i uzależnianie od siebie obcych państw. Ostateczny bilans nie musi oznaczać układu win-win.

Rozpychanie łokciami

Ostatnio Chiny stawiają również na rozpychanie się łokciami. Zwykle odbywa się to zgodnie ze strategią salami – czyli metodą małych kroczków, tak małych, że nie mogą wzbudzić zdecydowanej reakcji opinii międzynarodowej, głównie Stanów Zjednoczonych. W ten sposób Pekin stopniowo przejął kontrolę nad znaczną częścią Morza Południowochińskiego.

Mechanizm jest prosty. Najpierw wysyła się coraz dalej rybaków, żeby sygnalizować, które rejony będą celem ekspansji, w ślad za nimi płyną okręty wojenne, niby na ćwiczenia, ale było to już położenie łapy. Dalej budowano sztuczne wyspy, coraz dalej od własnego terytorium, a następnie instalowano tam bazy wojskowe. W ten sposób udało się opanować kontrolę nad akwenem, przez który przepływają towary warte biliony dolarów.

Xi Jinping jest nieustępliwym politykiem (fot. PAP/EPA/ROMAN PILIPEY / POOL)
Xi Jinping jest nieustępliwym politykiem (fot. PAP/EPA/ROMAN PILIPEY / POOL)

Zarzut za zarzutem. Chiny w ogniu koronaoskarżeń

Chiny są coraz bardziej krytykowane za swoją postawę wobec pandemii koronawirusa. Komunistyczne władze w Pekinie dwoją się i troją, by oddalić od...

zobacz więcej

Amerykanie, toczący z Chinami również wojnę handlową, przespali właściwy moment i już nie mogą się zdecydować na odważniejsze działania w tym regionie. Wysyłają własne okręty, które przepływają w pobliżu chińskich instalacji, co powoduje krótkotrwały wzrost napięcia i sytuacja wraca do normy. Ekspansja ChRL w tym regionie spowodowała pogorszenie stosunków również między innymi z Indonezją, ale Chiny pewne swojej przewagi nad tym państwem nie będzie się cofać. Brunei, Malezja i Wietnam, inne poszkodowane państwa, w tej rozgrywce się w zasadzie nie liczą.

Nieliczenie się ze społecznością międzynarodową Pekin pokazał również rozwiązując siłowo wewnętrzny konflikt w Hongkongu. Było to jednocześnie grożenie palcem Tajwanowi, który ChRL uznaje za zbuntowaną prowincję i rości sobie do niej prawo.

Przymiarki do inwazji

Zarówno Chińska Republika Ludowa, jak i Republika Chińska na Tajwanie uważają się za jedyne prawowite państwa reprezentujące naród chiński. Od ponad 70 lat Pekin robi przymiarki, żeby zająć wyspę. W 1992 roku wprawdzie udało się wypracować jako takie zasady współistnienia, ale to nie mogło sprawić, żeby Pekin zrezygnował ze swoich dalekosiężnych planów. Zwykle przed wyborami na Tajwanie wysyła w okolice wyspy swoje okręty wojenne.

Ostatnio ChRL posunęła się do otwartej groźby. Generał Li Zuochengs, szef wydziału połączonych sztabów chińskiej armii i członek Centralnej Komisji Wojskowej, jeden z najważniejszych przedstawicieli wojska, wywołał zamieszanie przemówieniem z okazji 15-lecia wprowadzenia prawa antysecesyjnego, które przewiduje użycie siły przeciwko Tajwanowi, jeśli władze na wyspie będą chciały proklamować formalną niepodległość.

– Jeśli możliwość pokojowego zjednoczenia będzie utracona, wówczas ludowe siły zbrojne wraz z całym narodem, w tym mieszkańcami Tajwanu, podejmą wszelkie konieczne kroki, by stanowczo rozprawić się ze wszelkimi spiskami i działaniami separatystycznymi – powiedział gen. Li. – Nie obiecujemy wykluczenia użycia siły i pozostawiamy sobie możliwość podjęcia wszelkich niezbędnych środków, by ustabilizować i kontrolować sytuację w Cieśninie Tajwańskiej – dodał.

Putin przegrywa z koronawirusem

Epidemia koronawirusa mało komu pokrzyżowała plany jak Władimirowi Putinowi. Prezydent Rosji miał w tym roku, w 20. rocznicę przejęcia władzy na...

zobacz więcej

W podobnym tonie wypowiedział się przewodniczący chińskiego parlamentu Li Zhanshu, choć zapewnił, że takie działanie jest brane pod uwagę tylko w ostateczności. – Dopóki istnieje choćby najmniejsza szansa na pokojowe zjednoczenie, wykonamy te wysiłki po stokroć – przekonywał wysokiej rangi działacz KPCh. Oczywiście miał na myśli zjednoczenie pod dyktando Pekinu.

Ślepy zaułek

Li przestrzegł jednocześnie „tajwańskie siły niepodległościowe i separatystyczne”, że „ścieżka niepodległości Tajwanu to ślepy zaułek”. Przekonywał, że „każda próba podważenia tego prawa będzie surowo ukarana”. Tajwan jest bliskim sojusznikiem USA, więc wydaje się, że słowa generała i przewodniczącego parlamentu są tylko sprawdzaniem wytrzymałości Waszyngtonu.

W ostatnich dniach nasila się kolejny konflikt, w którym jedną ze stron jest Chińska Republika Ludowa. Rywalem jest inne mocarstwo posiadające broń jądrową – Indie. Dochodzi już do utarczek na granicy w regionie Ladakhu i tym razem sprawa może nie rozejść się po kościach jak w 2017 roku. W tym przypadki Delhi też ma wiele do udowodnienia.

Spory graniczne między tymi krajami mają długą tradycję. W październiku 1962 roku Chiny zaatakowały południowych sąsiadów, żeby przejąć rejon Aksai Chin, który Indie uważają za część swojego Kaszmiru. Leżący w pasie Himalajów i Karakorum jest całkowicie pozbawiony znaczenia gospodarczego, ale także większego znaczenia strategicznego, mimo to Pekin wysłał tam 80 tysięcy żołnierzy. Trwająca miesiąc wojna wprawdzie przyniosła Chinom zwycięstwo, ale kosztowała życie około dwóch tysięcy osób i zaowocowała dla młodej komunistycznej republiki potępieniem ze strony opinii międzynarodowej.

Premier Indii Narendra Modi ma mocarstwowe ambicje (fot. PAP/EPA/LUKAS COCH)
Premier Indii Narendra Modi ma mocarstwowe ambicje (fot. PAP/EPA/LUKAS COCH)

Trump o pandemii koronawirusa: Chiny powinny ponieść konsekwencje

Chiny powinny ponieść konsekwencje wybuchu pandemii koronawirusa, jeśli byłyby za nią „świadomie odpowiedzialne” – oświadczył Donald Trump....

zobacz więcej

Porażka Indii zaostrzyła potrzebę władz tego kraju pokazania siły i była jednym z zarzewi trwającego do dziś konfliktu z Pakistanem o Kaszmir. Pod wieloma względami Indie poszły śladem swoich sąsiadów z północy. Podobnie jak Chiny skorzystały z nieograniczonych zasobów taniej sile roboczej i wprawdzie później, ale zaczęły wyrastać na czołowego gracza w regionie.

Ambicje mocarstwowe

Delhi ma znacznie większe ambicje, mocarstwowe. Służy temu choćby własny program kosmiczny. Premier Narendra Modi chce być odbierany jako przywódca, za którym stoi konkretna siła – nie tylko potencjał ekonomiczny, ale również wojsko potrafiące wygrywać. Zarówno Modi jak i Xi traktują konflikt o Ladakh w kategoriach prestiżowych. Premier Indii wie, że w jego przypadku zwycięstwo może oznaczać przepustkę do światowej ekstraklasy przywódców.

Chiny mają miażdżącą przewagę nad Indiami, jeżeli chodzi o potencjał militarny, ale w przypadku zmagań o górzysty region położony na wysokości powyżej pięciu tysięcy metrów nad poziomem morza nie ma to większego znaczenia. Czołgi czy całe dywizje piechoty nie mają szansy odegrać znaczącej roli.

Jak to w przypadku wojen bywa, nie można jednoznacznie stwierdzić, jak przebiegają działania wojenne. Wiadomo, że toczą się obecnie w pobliżu jeziora Panglong Tso oraz w dolinie rzeki Galwan. Do pierwszych utarczek doszło na początku maja. Rzecznik indyjskiego ministerstwa obrony przyznał, że były one efektem agresywnego działania obu stron.

Wiadomo, że doszło do bójki na pięści między żołnierzami, którzy obrzucali się również kamieniami, co akurat jest zrozumiałe, gdyż takiej amunicji obie strony mają tam pod dostatkiem. Rannych zostało co najmniej dziesięciu wojskowych. Co ciekawe, żadna ze stron nie użyła broni palnej. Chińczycy mieli wziąć do niewoli indyjskich żołnierzy, co Delhi zdementowało i zarzuciło przeciwnikom, że wysłało do walki żołnierzy uzbrojonych w kije nabijane gwoździami.

Nowe dane z Chin wywołały burzę. Niemcy zaniepokojeni

Niemcy krytykują Chiny za politykę informacyjną dotyczącą koronawirusa. Szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas zabrał głos w tej sprawie po tym,...

zobacz więcej

Poważny błąd

Wydaje się, że indyjscy wojskowi popełnili poważny błąd. Najwyraźniej uznali, że Chińczycy przeprowadzają jedynie rutynowe ćwiczenia. Zlekceważyli wnioski płynące z zajmowania przez Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą przyczółków na Morzu Południowochińskim. Przeciwnik w liczbie kilku tysięcy zdążył się okopać na zajętych pozycjach leżących około trzech kilometrów wgłąb terytorium Indii.

Chińscy wojskowi ani myślą o negocjacjach i wydaje się, że ich celem jest zajęcie całej doliny rzeki Galwan. Dziennik „Global Times”, będący nieoficjalnym głosem Pekinu, wskazał wprost: „Region doliny Galwan to terytorium Chin, a sytuacja w zakresie lokalnej kontroli granicznej była bardzo jasna”.

Należy przypuszczać, że zgodnie ze strategią salami, choć w tym przypadku są to już potężne płaty, Chińczycy nie będą chcieli poprzestać tylko tej dolinie. Rejony, o które spierają się Pekin i Delhi mają łączną powierzchnię przeszło 90 tysięcy kilometrów kwadratowych, a więc ponad jedną czwartą powierzchni Polski. Można się spodziewać, że podobne konflikty jak o Aksai Chin, będą coraz częstsze i nie będzie dochodziło jedynie do pokazów siły.

Oba kraje mają wiele do ugrania. Indie walczą o prestiż, ale dysponują słabszymi kartami. Brakuje im determinacji i siły, żeby twardo postawić się Chinom. Te dodatkowo sprzymierzyły się z ich największym wrogiem – Pakistanem, również posiadającym broń jądrową.

O Kaszmir rywalizują Indie, Pakistan i Chiny (fot. PAP/EPA/FAROOQ KHAN)
O Kaszmir rywalizują Indie, Pakistan i Chiny (fot. PAP/EPA/FAROOQ KHAN)

„Chiny powinny wypłacić odszkodowanie z powodu koronawirusa”

Peter Navarro, kluczowy doradca ekonomiczny prezydenta USA Donalda Trumpa, uważa, że Chiny powinny wypłacić Stanom Zjednoczonym odszkodowanie z...

zobacz więcej

Autostrada Karakoram

Pekin zainwestował około 60 miliardów dolarów w pakistańską infrastrukturę i przez podległą sobie część Kaszmiru puścił autostradę Karakoram łączącą oba kraje. Tędy jadą towary z oraz do portu w Gwadarze, będącego oknem Chin na Morze Arabskie. Pekin nie może sobie pozwolić, żeby w okolicach tej drogi kręcili się indyjscy żołnierze.

W tym przypadku groźniejszym dla Chin przeciwnikiem mogą być wskaźniki ekonomiczne. Już przed wybuchem epidemii koronawirusa chińska gospodarka zwalniała, ale w pierwszym kwartale tego roku PKB Chin skurczyło się aż o 6,8 proc. i był to pierwszy spadek przynajmniej od 1992 roku, gdy zaczęto publikować oficjalne kwartalne dane.

Może to oznaczać mniej pieniędzy także dla wojska, a ten rok jest szczególnie ważny – kończy się bowiem pięcioletni plan rozwoju sił zbrojnych i ma zostać ogłoszony zostanie kolejny. – Należy poczynić naukowe przygotowania i skrupulatne obliczenia, aby każdy grosz został wydany w najefektywniejszy sposób – wskazał prezydent Xi cytowany w depeszy agencji Xinhua.

Skutki koronawirusa już widać. Oficjalny budżet ChRL na obronność ma wynieść w tym roku 1,268 biliona juanów (178 miliardów dolarów), czyli o 6,6 proc. więcej niż w ubiegłym roku. Jest to najmniejszy procentowy wzrost oficjalnych wydatków na wojsko od ponad 20 lat. Wydaje się jednak, że na rozpychanie się łokciami w regionach przygranicznych pieniędzy nie zabraknie.

Ponieważ świat jest zajęty walką z koronawirusem, przynajmniej też na razie Pekin będzie pozostawał bezkarny. O ile konflikt z Indiami nie eskaluje. Zresztą światu uzależnionemu od chińskich towarów nie będzie zależało na czymś więcej niż nic nieznaczącym grożeniem palcem i słowami potępienia wartymi tyle co papier, na których zostaną spisane. A Pekin będzie mógł myśleć o ukrojeniu kolejnego plastra salami.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej