Wybory 2020

Jak głosować w specjalnym reżimie sanitarnym [PORADNIK]

Chiny idą na zwarcie. Przyczajony tygrys pokazuje kły

Pekin, podważając autonomię Hongkongu, pokazuje swoje prawdziwe – agresywne – oblicze (fot. Pixabay/MarciMarc105)

Chiny na arenie międzynarodowej przyzwyczaiły, że osiągają cele po cichu, bez rozgłosu, naciskają, ale nie pod okiem kamer. Państwo Środka, chociaż nie mniej groźne niż Rosja, wydawało się dla wielu krajów europejskich dobrym partnerem do „robienia biznesu”. Jednak zachowanie Pekinu w obliczu pandemii koronawirusa, agresywne posunięcia wobec Hongkongu i nieustanne antagonizowanie relacji z USA, sprawiają, że plany te należy odłożyć na bok. Chiny pokazują swoje prawdziwe – agresywne – oblicze.

Hongkong znów broni się przed zakusami Chin. Trump ostrzega, Pekin zgrzyta zębami

To już nie tylko wzrost napięć, ale nowa zimna wojna – tak eksperci na całym świecie zaczynają określać obecne relacje USA i Chin. Kolejnym frontem...

zobacz więcej

Zatwierdzenie przez chiński parlament decyzji, zgodnie z którą prawo o bezpieczeństwie narodowym ma zostać opracowane przez komunistyczne władze w Pekinie i narzucone Hongkongowi, bez brania pod uwagę lokalnych organów ustawodawczych – spotkało się z oburzeniem, zarówno tamtejszej opozycji, jak i m.in. USA, Wielkiej Brytanii, Kanady i Australii, które do tej pory najmocniej sprzeciwiały się ograniczaniu autonomii tego regionu.

Krokiem tym Pekin podważył prawa, które zobowiązał się wypełniać po tym, jak w 1997 roku ta była brytyjska kolonia trafiła pod zwierzchnictwo Chin.

Chociaż władze w Pekinie otrzymały jasne ostrzeżenie od większości mieszkańców Hongkongu już w zeszłym roku, gdy przez kilka miesięcy, również w obawie przed podważaniem autonomii przez chińskich komunistów, organizowali ogromne demonstracje, to jednak Państwo Środka postanowiło tym razem postawić na metody siłowe.

To zaś nie pozostawiło amerykańskiemu prezydentowi Donaldowi Trumpowi innego wyjścia, jak uznać, że została podważona autonomia Hongkongu, co będzie za sobą niosło wymierne konsekwencje.

Podczas piątkowej konferencji amerykański prezydent zapowiedział, że Stany Zjednoczone nie będą już tego terytorium traktować w sposób uprzywilejowany i że podjęte zostaną kroki, by nałożyć sankcje na przedstawicieli prochińskich władz Hongkongu, którzy mają udział w podważaniu autonomii.

Decyzja ta stanowi potwierdzenie komunikatu szefa amerykańskiej dyplomacji Mike’a Pompeo, który dwa dni wcześniej zapowiedział, że decyzja Pekinu spowoduje odebrania Hongkongowi przywilejów handlowych w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, co może zaszkodzić jego statusowi międzynarodowego centrum finansowego.

Chociaż jeszcze nie wiadomo, jak będą wyglądać zapisy przygotowywane przez władze w Pekinie, to można się domyślić, że będą one chciały użyć ich do prześladowania hongkońskiej opozycji i krytyków. To zaś znacząco ograniczy autonomię i wolność słowa w tym regionie.

Gaz na ulicach. To „koniec Hongkongu”?

Policja w Hongkongu użyła w niedzielę gazu łzawiącego do rozpędzenia antyrządowych demonstrantów sprzeciwiających się planom Pekinu bezpośredniego...

zobacz więcej

Dzięki modelowi, na który zgodził się przed laty Pekin – „jednego kraju, dwóch systemów” - Hongkong posiada m.in. odrębny wymiar sprawiedliwości, oparty na prawie brytyjskim, a jego mieszkańcy cieszą się nieporównywalnie większymi swobodami niż obywatele Chin kontynentalnych.

To, co najbardziej boli chińskich komunistów, to fakt, że w regionie tym, nie dochodzi do blokowania zagranicznych serwisów internetowych, można mówić prawdę o chińskim jednopartyjnym systemie władzy, o masakrze na placu Tiananmen z 4 czerwca 1989 roku.

Sprawa Hongkongu zaostrzyła i tak coraz gorsze relacje Chin z USA. Obok Stanów Zjednoczonych, także Wielka Brytania, Kanada i Australia jednoznacznie potępiły plany narzucenia temu regionowi prawa o bezpieczeństwie narodowym.

Pekin zaś ostro zareagował na słowa szefa brytyjskiego MSZ Dominica Raaba, który powiedział, że jeśli chińskie władze nie wycofają się z tego planu, to Londyn zmieni status około 300 tysięcy posiadaczy brytyjskich paszportów zamorskich (BNO) w Hongkongu. Dzięki temu mieliby oni prawo do dłuższego pobytu w Wielkiej Brytanii, a następnie możliwość starania się o uzyskanie obywatelstwa.

W odpowiedzi rzecznik chińskiego MSZ Zhao Lijian zapowiedział, że jeśli do tego dojdzie, to Wielka Brytania będzie musiała liczyć się z konsekwencjami. Podkreślił on przy tym, że decyzja parlamentu chińskiego nie podlega dyskusji międzynarodowej, gdyż jest to wewnętrzna sprawa Chin.

O tym, że Pekin jest zdeterminowany, by ograniczyć autonomię Hongkongu, świadczą też groźby jego przedstawicieli pod adresem kolejnego regionu posiadające specjalne prawa – Tajwanu.

Donald Trump: USA zrywają relacje z WHO

Podczas piątkowej konferencji prasowej prezydent USA Donald Trump skrytykował chiński rząd za „nadużycia”, obwiniając Pekin i Światową Organizację...

zobacz więcej

Szokujące w swojej jednoznaczności słowa wypowiedział w piątek, w trakcie wystąpienia w Wielkiej Hali Ludowej w Pekinie, jeden z najważniejszych chińskich generałów Li Zuocheng, oświadczając, że Chiny są gotowe zaatakować Tajwan, jeśli będzie to jedyny sposób, by powstrzymać jego secesję.

Przypomnijmy, że USA są uznawane za głównego sojusznika tej wyspy, a jej prezydent Caj Ing-wen znana jest ze swoich krytycznych wypowiedzi pod adresem ChRL i wspierania walczących o zachowanie autonomii opozycjonistów z Hongkongu.

Ostre postawienie sprawy przez Pekin w sprawie Hongkongu – to jasny sygnał dla całego świata: albo akceptacja albo konsekwencje. Już widać, że część państw nie ma zamiaru pogarszać swoich relacji z Państwem Środka dla obrony praw Hongkongu.

Niemcy nastawione na wzmacnianie relacji biznesowych z Chinami, niezwykle łagodnie odniosły się do zaistniałej sytuacji. Ich minister spraw zagranicznych Heiko Maas powiedział jedynie, że w tej sytuacji Unia Europejska musi utrzymać dialog z Pekinem i mówić jednym głosem.

UE zamiast jednoznacznie potępić Chiny za jej działania wobec Hongkongu i groźby pod adresem Tajwanu, krytykuje piątkową decyzję Donalda Trumpa o opuszczeniu przez USA Światowej Organizacji Zdrowia (WHO). Amerykański prezydent już wcześniej oskarżył WHO o prochińską postawę w sprawie pandemii koronawirusa, a Pekin o wywieranie presji na tę organizację i ukrywanie danych.

Informowali o koronawirusie, zniknęli bez śladu. Media o sytuacji w Wuhan

Trzej dziennikarze informujący o sytuacji w Wuhan zniknęli bez śladu – pisze portal dw.com. Jak z kolei dodaje „Daily Mail”, w czasie pierwszych...

zobacz więcej

Oskarżenia te nie spotkały się ze zrozumieniem władz UE, chociaż wiele krajów zachodnich również wyrażało swoje rozczarowanie postawą Pekinu w sprawie pandemii. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen i szef unijnej dyplomacji Josep Borrell zwrócili się jedynie do Trumpa o przemyślenie swojej decyzji i zapewnili o wsparciu dla WHO.

Kolejnym punktem zapalnym, który znów pojawił się na mapie relacji USA z Chinami jest sprawa rozlokowania amerykańskiego obszarowego systemu obrony przeciwrakietowej THAAD w Korei Południowej. Pekin już wyraził swój sprzeciw wobec tych posunięć i ostrzegł, że działania te mogą pogorszyć jego relacje z Seulem.

Chińskie władze obawiają, że wchodzące w skład systemu radary mogą obserwować terytorium ChRL. Amerykanie i Koreańczycy zapewniają zaś, że służy on jedynie do ochrony przed zagrożeniem rakietowym ze strony reżimu w Pjongjangu.

Liczba punktów zapalnych między USA i Chinami stale się powiększa, co jest bezpośrednim zagrożeniem dla światowego bezpieczeństwa. Na razie nic nie wskazuje, by mogło dojść do wygaszenia emocji. Cezurą tego okresu mogą stać się listopadowe wybory prezydenckie w USA. Czas pokaże, czy kolejne lata Trumpa w Białym Domu, czy może pierwsza prezydentura Joe Bidena, wpłyną na zmianę tychże relacji.

Petar Petrović

Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia

Zobacz więcej