Wybory 2020

Jak głosować w specjalnym reżimie sanitarnym [PORADNIK]

Bramkarz do wymiany. Legia bliżej tytułu, koniec marzeń Lecha

Legia przyjechała do Poznania i zrobiła swoje (fot. PAP)

Mickey van der Hart zawalił gola, który przesądził o wygranej Legii Warszawa z Lechem (1:0) w hicie 27. kolejki PKO Ekstraklasy. Porażka oznacza, że poznaniacy mogą właściwie pożegnać się z marzeniami o mistrzostwie. Legioniści postawili z kolei spory krok w jego kierunku...

Wraca Ekstraklasa! Legia i... walka o drugie miejsce?

PKO Ekstraklasa jako jedna z pierwszych europejskich lig wznowi w piątek rozgrywki po przerwie spowodowanej pandemią koronawirusa. Wszystkie znaki...

zobacz więcej

Legia przyjechała do Poznania z bezpieczną, pięciopunktową przewagą nad resztą stawki. Lech tracił do lidera aż osiem "oczek", więc - tu wątpliwości nie miał nawet Dariusz Żuraw, trener zespołu - ewentualna porażka przekreślałaby marzenia poznaniaków o mistrzostwie.

Spokój gości, wynikający z komfortowej sytuacji w tabeli, widać było na boisku. Piłkarze Aleksandara Vukovicia wyszli do gry skoncentrowani, skupieni, nastawieni przede wszystkim na to, by nie stracić gola. Jeśli uda się strzelić - świetnie, jeśli nie - remis w Poznaniu to nie powód do wstydu.

Wstydzić powinien się za to Mickey van der Hart. Bramkarz Lecha, jeden z najsłabszych punktów zespołu w przekroju sezonu, kolejny raz zawiódł trenera i kibiców. W 17. minucie, po dośrodkowaniu Waleriana Gwilii, tak pokracznie wychodził do piłki, że właściwie sam wbił ją sobie do bramki. Tomas Pekhart, debiutujący w pierwszym składzie Legii, strzelił jednego z najłatwiejszych goli w karierze...

Ucieszeni takim stanem rzeczy goście jeszcze bardziej się zamknęli, jeszcze chętniej "wołali" Lecha na własną połowę. Można było zachwycać się ich ustawieniem, umiejętnym "zamykaniem" skrzydłem, zagęszczaniem środka pola, ale brak choćby jednej-dwóch składnych akcji trochę raził. Tym bardziej, że mówimy o - prawdopodobnie - przyszłym mistrzu Polski.

PKO BP Ekstraklasa. Rozpacz w Łodzi, szybkie ciosy w Gliwicach

ŁKS Łódź coraz bliżej Fortuna I Ligi. W pierwszym sobotnim meczu 27. kolejki PKO BP Ekstraklasy łodzianie przegrali na własnym stadionie z...

zobacz więcej

Sposób na szczelną defensywę Legii w pierwszej części gry znalazł tylko Pedro Tiba. Prostopadłe podanie Portugalczyka do Timura Żamaletdinowa mogło i powinno zakończyć się bramką, ale sprowadzony z CSKA Moskwa napastnik nie przechytrzył wychodzącego Majeckiego.

Fanów z Warszawy oczy mogły boleć szczególnie w drugiej połowie. Lech się ożywił, regularnie atakował, w 56. minucie Crnomarković strzelił nawet gola, ale sędzia liniowy dopatrzył się (słusznie) minimalnego spalonego. Na nic jednak ich napór: w dobrych sytuacjach albo brakowało "kropki nad i", albo pewnie interweniował bramkarz Legii. W 93. minucie „piłkę meczową” miał Tymoteusz Puchacz, ale w świetnej sytuacji, kilka metrów przed bramką, strzelił bardzo niecelnie.

Goście zrobili swoje. Nie stracili gola, utrzymali korzystny wynik i z ośmioma punktami przewagi nad drugim Piastem mogą spokojnie kontynuować marsz po tytuł. Zachwycać się jednak nie ma czym.

A Lech? Wszystko wskazuje na to, że pozostała im "tylko" walka o europejskie puchary. Zabrakło dojrzałości, zabrakło też dobrej formy Daniego Ramireza, który w optymalnych okolicznościach mógłby nieco lepiej reżyserować poczynania kolegów. Zresztą, nie tylko jego. Na palcach jednej ręki można policzyć tych piłkarzy w niebieskich strojach, którzy grali naprawdę dobrze. Tiba, Jóźwiak, może Satka. Koniec listy.

Za tydzień przed Legią kolejny trudny test - mecz w Krakowie z Wisłą. Lech zagra na wyjeździe z Zagłębiem Lubin. Do końca sezonu pozostało dziesięć spotkań.

źródło:
Zobacz więcej