Wybory 2020

Jak głosować w wyborach prezydenckich [PORADNIK]

Z nudnej gry uczynił show. "Nie jestem geniuszem"

Magnus Carlsen to prawdziwy fenomen w szachowym świecie (fot. PAP/EPA)

Nazywany jest "najwybitniejszym szachistą wszech czasów". Arcymistrzem został zanim skończył 14 lat. Gdy kończył 26. rok życia, cieszył się z trzeciego z rzędu tytułu mistrza świata. Uważa się, że dla swojej dyscypliny jest tym, kim dla koszykówki był Michael Jordan. I to pomimo tego, że długo za graniem nie przepadał...

Wielki sukces polskiego szachisty. Duda pokonał mistrza świata

Jan Krzysztof Duda pokonał mistrza świata Magnusa Carlsena w siódmej rundzie drugiej edycji prestiżowego turnieju online w szachach szybkich...

zobacz więcej

CZYTAJ WIĘCEJ W RAPORCIE

Gdy dziecko kończy pięć lat, ojcowie chcą najczęściej, by kopało, rzucało lub odbijało piłkę. By uczyło się jeździć na rowerze, nartach, łyżwach...

Pod tym względem, Magnus Carlsen był zwyczajnym chłopcem. Lubił układać klocki, nie stronił od wszelkich form aktywności fizycznej. Bawił się i śmiał. Jak niemal każdy w jego wieku.

Zwyczajnym ojcem nie był jednak Henrik Carlsen. Niespełniony szachista-hobbysta, z wielkim podnieceniem odkrywał w dorastającym synu kolejne cechy "nowego Kasparowa". – Był bardzo ciekawy świata. Właściwie wszystko wzbudzało jego zainteresowanie. Miał też świetną pamięć, wielką wyobraźnię i zdolność skupienia. Mógł godzinami siedzieć nad czymś i nie zorientować się, że osoba stojąca obok coś do niego mówi.

Zanim posadził małego synka przy szachownicy, wolne chwile spędzali na układaniu puzzli, zapamiętywaniu flag świata i zabawie z Lego. "Trenowali". Wytężanie mózgu spodobało się Magnusowi na tyle, że już bez ingerencji ojca uczył się liczby ludności poszczególnych norweskich gmin. Nade wszystko cenił jednak możliwość leżenia w ogrodzie i przyglądania się niebu. – Byłem typowym introwertykiem. Uwielbiałem spędzać czas w samotności. Wciąż uwielbiam. I wciąż jestem introwertykiem.

Sport wraca na dobre. Rząd odwiesza imprezy

Otwarte siłownie i kluby fitness, ale, co dla kibiców najważniejsze, powrót rywalizacji sportowej we wszystkich dyscyplinach. W ciągu kilku dni...

zobacz więcej

Pokonać siostrę

Białe i czarne figury nie zawładnęły jego życiem od razu. – Aż do ósmego roku życia zdecydowanie bardziej wolałem jeździć na nartach i grać w piłkę. Wszystko zmieniło się dopiero wtedy, gdy zobaczyłem, jak ojciec gra z moją starszą siostrą. Bardzo chciałem być wtedy na jego miejscu i ją pokonać. To był mój główny cel... – wspominał w rozmowie z magazynem "Vice".

I zaczęło się. Zamiast na boisku, młody Magnus wolny czas spędzał czytając fachową literaturę. Wyniesioną wiedzę przenosił potem na szachownicę, gdzie godzinami wygrywał i przegrywał z samym sobą. Henrik obserwował ten proces z wielką dumą i satysfakcją. – Nagle zrozumiał, że szachy są jak układanie klocków. Że stwarzają możliwość kreowania własnego świata, pełnego rozmaitych rozwiązań i możliwości. Że są źródłem, które nigdy nie wysycha.

Wystarczyło kilka miesięcy, by Ellen musiała uznać wyższość młodszego brata. Nieco ponad rok, by przegrywał również ojciec. – Gdy zaczynaliśmy, tata grał przeciwko mnie jednym pionkiem. Potem dwoma, trzema, aż w końcu całym zestawem. Po raz pierwszy pokonałem go jako dziewięciolatek.

Sukces i międzynarodowa sława przyszły może nie tyle "od razu", co na pewno bardzo szybko. Dość powiedzieć, że gdy Magnus miał 11 lat, tylko jednego z rówieśników uznawano za lepszego: Rosjanina Siergieja Kariakina, którego w środę Carlsen pokonał w finale mistrzostw świata.

Polski piłkarz rozbił lamborghini za milion

Wypadek z udziałem lamborghini wartego ponad milion złotych w Wyszogrodzie w woj. mazowieckim. Za kierownicą sportowego auta siedział młodzieżowy...

zobacz więcej

"Michael Jordan szachów"

Dziś, świeżo po swoich 26. urodzinach, Magnus Carlsen uznawany jest za najwybitniejszego szachistę w historii. Osiągnięcie to o tyle wyjątkowe, że przy sześciu Anglikach, pięciu Francuzach, siedmiu Amerykaninach i 24 Rosjaninach jest jedynym Norwegiem w gronie stu najlepszych aktywnych graczy.

– Nie mam pojęcia, jak to się wszystko stało. Mogę wyjaśnić, dlaczego byłem lepszy od wielu moich kolegów ze szkoły: oni grali raz w tygodniu, traktowali jak normalne hobby, a ja nad szachownicą spędzałem całe dnie. Ale co takiego zrobiłem, by być najlepszym na świecie? Nie jestem w stanie powiedzieć. Wiem tylko, że nie jestem żadnym geniuszem.

O skromnym, raczej zamkniętym w sobie Norwegu, już teraz mówi się, że jest dla szachów tym, kim dla golfa był Tiger Woods, a dla koszykówki Michael Jordan. Nie tylko absolutnie najlepszym przedstawicielem dyscypliny, ale też prawdziwą ikoną i magnesem na sponsorów. – Nie reprezentuje klasycznego, powszechnego wyobrażenia "szachisty", czyli pulchnego, zaniedbanego mężczyzny w okularach. Wygląda raczej jak atleta – tłumaczy Fred Friedel, współtwórca strony ChessBase, przyjaciel rodziny Carlsenów. – Poza tym, jego nazwisko nie kończy się na "ow" ani "owicz", pojawia się w mediach z Billem Gatesem i Markiem Zuckerbergiem, przyciąga ludzi i pokazuje, że granie w szachy też może być "cool". No i gra w reklamach – dodaje.



Nade wszystko jednak: Norweg to postać niezwykle fascynująca. Jedną z jego głównych porad dla aspirujących szachistów jest... niepoświęcanie zbyt wiele czasu myśleniu.

– Jeśli zastanawiam się nad jakimś ruchem więcej niż 20 minut, to jest to zwykle bez sensu. Czasami oczywiście uda się wymyślić coś wybitnego, ale zwykle to "błędne koło": rozważam ruch, odrzucam go, potem zaczynam się śpieszyć, wracam do tamtego ruchu, nie pamiętam już, czemu go odrzuciłem, więc gdy kończy mi się czas, w końcu się na niego decyduję. A potem przeciwnik wykonuje posunięcie, a ja przypominam sobie, czemu odrzuciłem tamto. (...) Kiedyś myślałem nad jednym ruchem godzinę i 15 minut. I był fatalny.
Siergiej Kariakin (L) i Magnus Carlsen (fot. Getty)

Więcej rozrywki

Nie znosi nudy. Nie ogląda filmów, bo – jak twierdzi – nie ma w sobie dość cierpliwości, by przez dwie godziny siedzieć przed telewizorem i spoglądać na zmieniające się obrazki. Woli seriale: krótsze i bardziej dynamiczne. Ulubiony – amerykański "Seinfeld" – obejrzał kilka razy.

Tak. Zawodowy szachista, arcymistrz, król dyscypliny, nie jest w stanie usiedzieć przez dwie godziny przed telewizorem. – Kiedy gram, też często wstaje, chodzę dookoła... Nie uważam, by patrzenie na szachownicę przez cały czas trwania partii było dobre. Żaden człowiek nie jest w stanie utrzymać koncentracji tak długo – tłumaczy.

Gdyby to od niego zależało, mistrzostwa świata rozgrywane byłyby systemem pucharowym, a poszczególne spotkania trwałyby znacznie krócej. – Teoria spiskowa mówi, że w finałowej partii z Kariakinem specjalnie doprowadził do dogrywki, by rozstrzygnąć wszystko w znacznie szybszych "szachach błyskawicznych" – tłumaczy mieszkający na co dzień w Norwegii Grzegorz Białecki, w przeszłości redaktor TVP Sport. – Klasyczny format meczu o mistrzostwo to już przeszłość. Tak przynajmniej widzi to Carlsen. Chciałby, żeby rywalizacja przy szachownicy dostarczała więcej rozrywki. W tym względzie bardzo przypomina Petera Northuga (wielkiego norweskiego mistrza w biegach narciarskich - red.): on przez kilkadziesiąt kilometrów schowany jest za rywalami, w środku stawki, a potem atakuje na finiszu, robi show i wygrywa – przekonuje Atle Gronn z NRK.



Atrakcyjna czy nie – formuła mistrzowskiego pojedynku z Kariakinem przyciągnęła przed telewizory miliony. Norwegowie zarywali noce, a Amerykanie (finał rozgrywany był w Nowym Jorku) zabijali się o bilety – najdroższe warte nawet kilka tysięcy dolarów.

– W czwartek spotkałem na ulicy wielu znajomych, którzy na pytanie "jak się masz?" narzekali na niewyspanie. Wszystko przez... szachy – śmiał się Białecki. – To było wielkie widowisko. Ekran podzielony na trzy części: na jednej szachownica, na drugiej stały podgląd na wydarzenia w Nowym Jorku, a na trzeciej eksperci, celebryci i rozmaici goście. Po każdym ruchu rozbrzmiewał dzwoneczek, po którym Torstein Bae, główny komentator, starał się w możliwie najbardziej łopatologiczny sposób wyjaśnić, co się dzieje i dlaczego tak, a nie inaczej.

A Carlsen? W Nowym Jorku wygrał ponad 600 tysięcy dolarów. Jak przekonuje – na najwyższym poziomie może grać nawet do "czterdziestki".

źródło:
Zobacz więcej