Wybory 2020

Jak głosować w wyborach prezydenckich [PORADNIK]

Kupić cały kraj za 200 mln euro? Rosjanie byli blisko

Nie zawsze trzeba wysyłać czołgi czy zielone ludziki, by podbijać sąsiednie ziemie (fot. Alexei Nikolsky\TASS via Getty Images)

Nie zawsze trzeba wysyłać czołgi czy zielone ludziki, by podbijać sąsiednie ziemie. Czasem wystarczy cierpliwa polityczna gra i zainstalowanie władz, które zrobią wszystko, co im każe Kreml. Widać to na przykładzie Mołdawii – niewiele zabrakło, by pod pozorem pomocy Rosja uzyskała faktyczną kontrolę nad tym krajem.

Ukryta kamera, syn chrzestny, sprawa Kozłowskiej

Do niedawna prezydent Mołdawii Igor Dodon i socjaliści kontrolowali całe państwo, zaś wskazany przez nich prorosyjski prokurator zajmował się...

zobacz więcej

W listopadzie ubiegłego roku prorosyjscy socjaliści ze swym nieformalnym liderem, prezydentem Igorem Dodonem, przejęli właściwie wszystkie ważne instytucje, od parlamentu, przez rząd, po sądownictwo. Dodon ograł zachodnich dyplomatów i ich politycznych faworytów w Mołdawii. Najpierw zawarł taktyczny sojusz z ACUM, aby usunąć głównego rywala, czyli oligarchę Vlada Plahotniuca kontrolującego większość organów państwa. Wykorzystał do tego dyplomatów z USA i UE.

Następnie przekonał ACUM i tychże zachodnich dyplomatów, by oddali mu kontrolę nad służbami specjalnymi oraz Sądem Konstytucyjnym. Następnie przeciągnął na swoją stronę część sędziów i deputowanych z frakcji Partii Demokratycznej, której wcześniej władzę odebrano. Kolejny krok nastąpił właśnie w listopadzie: zerwanie sojuszu z ACUM, obalenie prozachodniej premier i stworzenie nowego układu z osłabioną DPM.

Koalicja zamiast przynieść zmiany i deoligarchizację, przyniosła bezsilność ACUM i rosnące wpływy socjalistów. Obóz Dodona po prostu powymieniał ludzi Plahotniuca na kluczowych stanowiskach w sądownictwie i prokuraturze. Deputowany socjalistów stanął na czele Sądu Konstytucyjnego, zaś doradca Dodona został nowym szefem Narodowego Centrum Antykorupcyjnego. Rząd składał się niemal wyłącznie z ministrów z ACUM – ale szybko się okazało, że ważniejsze są stanowiska poza rządem.

3 listopada socjalista Ion Ceban nieoczekiwanie wygrał wybory na mera Kiszyniowa ze współliderem ACUM, Andrei Anastase. Dodon i socjaliści nie zamierzali i nie zamierzają zmieniać systemu. Oni go przejęli. Przykładem – obsadzenie stanowiska prokuratora generalnego. Alexandru Stoianoglo zajmuje się głównie tropieniem wszystkich przewin Plahotniuca i zamykaniem spraw prowadzonych przeciwko politycznym wrogom oligarchy, choćby Ludmiły Kozłowskiej.

„Flota Bałtycka trzyma na celowniku nuklearne plany Polski”

Rosyjska Flota Bałtycka trzyma na celowniku nuklearne plany Polski – grzmi rosyjska „Niezawisimaja Gazieta”. Komentując możliwość rozmieszczenia w...

zobacz więcej

Dodon buduje jednocześnie silne polityczne i finansowe więzi z wpływowymi grupami łączonymi z Kremlem. Jeszcze rok temu na ujawnionym nagraniu prezydent przyznał, że dostawał ok. 700 tys. euro miesięcznie od wysoko postawionych urzędników rosyjskich. Kasa miała iść na potrzeby PSRM (socjaliści). Brat prezydenta Mołdawii Alexandru Dodon wszedł w biznes z synem byłego prokuratora generalnego Rosji Igorem Czajką. Obecne władze Mołdawii zaprzestały też monitorować sytuacji w separatystycznym Naddniestrzu – Rosjanie mogą teraz przeprowadzać tam bezkarnie różne manewry, a nawet zwiększać swój kontyngent wojskowy.

Moskwa dążyła do jak najszybszego wyjaśnienia spraw w Kiszyniowie, bo rząd Mai Sandu zaczynał robić problemy. 11 września w Moskwie wizytę złożył szef MSZ Nicu Popescu. Po wizycie mołdawski resort podkreślał, że jednym z tematów rozmowy z Siergiejem Ławrowem była kwestia wycofania wojsk rosyjskich z Naddniestrza. Moskwa twierdziła coś przeciwnego, wyraźnie zirytowana ministrami z ACUM. W końcu udało się przeciągnąć większość posłów z DPM, dawniej kierowanej przez Plahotniuca, i rząd Sandu obalono. To otworzyło drogę do próby bezczelnego faktycznego kupienia Mołdawii przez Rosję.

Euro ze Wschodu

Wcześniejsze rządy Mołdawii – nominalnie proeuropejskie – używały funduszy od UE i MFW głównie na bieżącą konsumpcję, a nie rozwój. Jednym dużym wyjątkiem był grant od Amerykanów w wysokości 133 mln dolarów – na modernizację dróg. Zachodnie źródła finansowania znalazły się jednak poza zasięgiem obecnego rządu w Kiszyniowie, bo wiązały się z nimi różne wymogi wobec Mołdawii. Ale należy też przyznać, że to już poprzednicy socjalistów – przede wszystkim Plahotniuc - doprowadzili do sytuacji, w której Mołdawia nie może liczyć na finansowanie unijne. Rząd Mai Sandu nie zdążył odmrozić tego źródła pieniędzy. Więc w sytuacji problemów z budżetem można było liczyć już tylko na kierunek wschodni.

Dodon zabiegał o kredyt już w listopadzie 2019 r. podczas wizyty na Kremlu. Chciał 500 mln euro. Obiecywał „zamienić Mołdawię w jeden wielki plac budowy”. Ostatecznie Rosjanie zaproponowali w kwietniu przeszło dwa razy mniej. 23 kwietnia mołdawski parlament ratyfikował umowę o udzieleniu Mołdawii przez Rosję kredytu w wysokości 200 mln euro. Na pierwszy rzut oka, na atrakcyjnych warunkach, zarówno jeśli chodzi o oprocentowanie, jak i elastyczność wykorzystania tych środków. No i co ważne, szczególnie teraz Mołdawia potrzebuje ekstra środków finansowych. Tyle że w umowie pojawiło się też sporo zapisów, które de facto otwierały drogę Rosjanom do ekonomicznego przejęcia Mołdawii.

Kraj, w którym zniknął miliard dolarów. Ekipa „Po prostu” odkrywa mroczną stronę Mołdawii

zobacz więcej

Kredyt miał pomóc socjalistom i Dodonowi utrwalić władzę, ale też – przede wszystkim – miał zwiększyć uzależnienie Mołdawii od Rosji. Chodzi np. o zapis obciążający państwo mołdawskie zobowiązaniami z tytułu niespłaconych kredytów zaciągniętych przez miejscowe firmy w rosyjskich bankach. – Co długi prywatnych dłużników mają wspólnego z długami państwa? Co ta państwowa pożyczka ma wspólnego z jakimiś prywatnymi pożyczkami? Co kryje się za tym warunkiem? Czy w taki sposób Dodon nie próbuje otworzyć drzwi dla pewnych spółek, które pracują dla niego? – pytała na forum parlamentu Maia Sandu, była premier.

Mogłoby bowiem dojść nawet do sytuacji, w której rząd mołdawski w ramach spłaty zobowiązań podmiotów prywatnych oddaje Rosjanom kluczowe formy, choćby energetyczne. Umowa była tak niejasno skonstruowana, że nie można było też wykluczyć ryzyka, iż Mołdawia zostanie obciążona co najmniej częścią obecnego zadłużenia separatystycznego Naddniestrza wobec Rosji za dostarczany gaz – a należy pamiętać, że wynosi ono już niemal 7 mld dolarów. Suma to astronomiczna w realiach mołdawskich.

Wypłata kredytu została uzależniona od braku przeterminowanych długów mołdawskich podmiotów wobec wierzycieli rosyjskich z tytułu rosyjskich pożyczek gwarantowanych przez państwo lub ubezpieczonych przez państwo. W przypadku stwierdzenia, że takie zaległe długi istniały przed zawarciem umowy, lub jeśli powstałyby one w okresie jej obowiązywania, umowa dawała Rosji prawo do konsolidacji wszystkich takich długów mołdawskich w jeden dług państwowy oraz żądania jego natychmiastowej spłaty. W takim wypadku Rosja mogłaby żądać spłaty „w naturze” – czyli własnością mołdawskiego państwa, gdyby Kiszyniów nie miał gotówki. Według tego modelu Gazprom około 20 lat temu przejął pakiet kontrolny przedsiębiorstwa Moldovagaz.

Co więcej, umowa kredytowa nie rozstrzygała, czy prawo Rosjan do wspomnianego ściągnięcia długów odnosi się również do: zadłużenia mołdawskich prywatnych podmiotów; zaległości w spłacie zadłużenia Mołdawii za wcześniejsze dostawy rosyjskiego gazu; jakichkolwiek nieznanych lub ukrywanych długów mołdawskich, które Moskwa mogłaby nieoczekiwanie wyciągnąć na światło dzienne i zażądać spłaty. Według mołdawskiego rządu główny – niezwiązany z kwestiami gazowymi – dług wobec Rosji to stara pożyczka w wysokości 30 mln dolarów. Ale na wszelki wypadek, ratyfikując umowę 23 kwietnia, parlament dodał zastrzeżenie, że jakakolwiek konwersja mołdawskiego prywatnego długu w dług państwowy wobec Rosji musi być zaakceptowana przez parlament. Tyle że to jednostronne stanowisko niewiele zmniejsza ryzyko.

Rosyjscy deputowani poszli do prokuratury ws. publikacji o zaniżaniu liczby zgonów

Deputowani do parlamentu Rosji zwrócili się do prokuratury z wnioskiem o ocenę działań niezależnych portali rosyjskich, które przekazały informacje...

zobacz więcej

Kolejne haczyki

Należy stwierdzić, że cała ta umowa była bardzo dziwna, nie tylko dlatego, że faworyzowała stronę rosyjską. Choćby zapisem, że rząd Mołdawii postara się zapewnić rosyjskim spółkom dostęp do udziału w publicznych przetargach na dobra i usługi na warunkach takich samych, jak mają firmy mołdawskie. Nie ograniczając się przy tym wcale tylko do przetargów na inwestycje finansowane ze środków pochodzących z kredytu od Rosji. To było generalne zobowiązanie Mołdawii, dotyczące wszystkich przetargów, niezależnie od źródeł ich finansowania przez państwo.

Pierwsza transza pożyczki miała być wypłacona dopiero po zawarciu technicznego porozumienia ws. zarządzania kredytem między rosyjskimi i mołdawskimi bankami. Problem w tym, że nie określono, jakie to mają być banki i kiedy to techniczne porozumienie miałoby być zawarte. Kiszyniów chciał użyć swojego banku narodowego – ale umowa wcale tego nie przesądzała i mogło dojść do sytuacji, że strona rosyjska tak naprawdę wskazuje jakiś, na przykład prywatny, bank mołdawski, z którym chce współpracować.

Kolejna pułapka została zastawiona w części umowy dotyczącej rozwiązywania ewentualnych sporów. Zapisano, że będą one rozstrzygane na bazie dwustronnej, między Mołdawią i Rosją. Kiszyniów w ten sposób dobrowolnie zrezygnował z możliwości odwoływania się do sądów międzynarodowych. No i wreszcie kuriozum. Oto w umowie – a dokładniej w dokumencie, nad którym obradował parlament – było sformułowanie o kredycie „do wysokości 200 mln euro”. Jedno słowo, a robi różnicę. Więc tak naprawdę brak gwarancji, że właśnie taka suma trafiłaby do Mołdawii. Równie dobrze mogłoby to być 150, a może 100 mln.

Co ciekawe, umowa rzekomo podpisana 17 kwietnia, tak naprawdę nie nosi żadnej daty. Datę 17 kwietnia wpisano post factum, w tekście przedstawionym parlamentowi do ratyfikacji 23 kwietnia. Na wspomnianym dokumencie widniał podpis Andreia Neguty, ambasadora Mołdawii w Rosji. Za to podpis przedstawiciela Rosji był nieczytelny i dopiero potem Mołdawia dowiedziała się z komunikatu MSZ Rosji, że ten podpis należy do wiceministra finansów Rosji Timura Maksymowa.

Kijów: Znaleziono zwłoki ukraińskiego deputowanego. Miał ranę postrzałową głowy

W Kijowie w sobotę zostało znalezione ciało 47-letniego deputowanego Wałerija Dawydenki – poinformował wiceszef MSW Ukrainy Anton Heraszczenko....

zobacz więcej

Przeciwko ratyfikacji umowy głosowali deputowani zarówno dwóch partii wchodzących w skład bloku ACUM, jak też Pro Moldova. Premier Ion Chicu bronił umowy. – Mołdawia nie składa żadnych złych zobowiązań, jak twierdzą teraz rusofobowie. To klasyczna umowa o finansowaniu bez żadnych ukrytych warunków – mówił premier. – Mam informacje, że socjalistyczni i demokratyczni deputowani są podchodzeni coraz mocniej przez ich kolegów z innych partii. Chcę was ostrzec, że jeśli spotkacie prokuratorów, nie bądźcie zaskoczeni – tak Chicu straszył deputowanych z frakcji Pro Moldova i Shor, sugerując z ich stronę korupcję polityczną. Premier twierdził, że za zmianę stron oferuje się „kilkaset tysięcy euro”. Kto to rzekomo finansuje? Oczywiście wróg numer 1 obecnej władzy.

Dodon w defensywie

Vlad Plahotniuc przebywa obecnie w USA (a dokładniej, w Miami) i władze amerykańskie mówią, że czeka go procedura ekstradycji (czy do niej dojdzie, to inna rzecz). Shor jest w Izraelu. Mołdawia nie ma jednak umów o ekstradycji z żadnym krajem. Plahotniuc ma zresztą również obywatelstwo Rumunii i Rosji, więc w razie wydalenia z USA, może wybrać powrót niekoniecznie do Mołdawii. Co więcej, właśnie od sprawy kredytu zaczęły się polityczne problemy socjalistów i Dodona, zaś obóz Plahotniuca przeszedł do kontrofensywy (więcej o tym tu). Nagła zmiana układu sił w Sądzie Konstytucyjnym doprowadziła do utrącenia skrajnie groźnego dla Mołdawii porozumienia ws. kredytu. Umowa została uznana za sprzeczną z konstytucją – co nie powinno zaskakiwać, gdy przyjrzeć się pewnym zapisom. Nie można mieć jednak wątpliwości, że gdyby Sąd Konstytucyjny nadal był pod kontrolą Dodona, umowa by przeszła, a Rosja uzyskałaby ogromny wpływ na Mołdawię.

Tymczasem promoskiewski obóz w Kiszyniowie ma coraz więcej kłopotów – nie tylko na podwórku krajowym. Ostatnio premier Chicu rozwścieczył Rumunię, twierdząc, że to jeden z najbardziej skorumpowanych krajów w Europie. W odpowiedzi parlamentarzyści rumuńscy wezwali rząd do odebrania obywatelstwa Rumunii premierowi Mołdawii. Chicu w mało parlamentarnych słowach zaatakował na Facebooku rumuńskiego europosła Siegfrieda Muresana po tym, jak Rumun, który stoi na czele delegacji Parlamentu Europejskiego w Parlamentarnej Komisji Stowarzyszeniowej UE-Mołdawia, powiedział, że rząd mołdawski nie realizuje reform i nie walczy z korupcją. Bukareszt oświadczył, że wezwie swego ambasadora w Kiszyniowie na konsultacje.

Rosja wątpi, by doszło do umieszczenia w Polsce broni jądrowej USA

Rosja wątpi w wykonanie przez USA planu przemieszczenia z Niemiec do Polski amerykańskiej broni jądrowej; taki krok byłby jawnym naruszeniem Aktu...

zobacz więcej

Dyplomatyczna wojna z Rumunią to chyba ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje teraz obóz socjalistów. Zwłaszcza że to od Rumunii Mołdawia dostała kilka milionów euro wsparcia na walkę z koronawirusem, a od początku maja obecna jest tam misja ponad 40 rumuńskich medyków. Należy przypomnieć, że Mołdawię i Rumunię łączą szczególne więzi. Nie tylko wspólny język. Współczesna Mołdawia w międzywojniu była częścią Rumunii, do momentu aneksji przez Sowietów w 1940 r. Po uzyskaniu przez sowiecką republikę Mołdawii niepodległości, bardzo długo pojawiały się pomysły zjednoczenia z Rumunią, do dziś taki nurt jest obecny w polityce mołdawskiej. Wielu Mołdawian ma dwa paszporty – nawet 700 tys. (cała populacja to 2,7 mln) ma podwójne obywatelstwo.

W obecnej sytuacji, gdy rządząca koalicja ma już minimalną większość w parlamencie, zaś przed jesiennymi wyborami prezydenckimi nie udało się pozyskać finansowego wsparcia z Moskwy, konflikt z Zachodem jest nie na rękę Dodonowi. Rumunia zaś może mieć wpływ na stanowisko Brukseli i zwłaszcza Waszyngtonu. Dodon może chcieć więc doprowadzić do przesilenia, zanim utraci kontrolę nad sytuacją. Straszy przedterminowymi wyborami.

Sęk w tym, że konstytucja mówi wyraźnie, iż takich przedterminowych wyborów parlamentarnych nie wolno organizować w ostatnim półroczu kadencji prezydenta. Skoro Dodon został zaprzysiężony 23 grudnia 2016 r., to znaczy, że parlament może być rozwiązany najpóźniej 23 czerwca. A biorąc pod uwagę stopień skomplikowania i długotrwałości procedury rozwiązania parlamentu – już wiadomo, że groźba Dodona jest pustą groźbą.

źródło:
Zobacz więcej