RAPORT

Imigranci na granicy z Białorusią

Historyk: Podczas zimnej wojny planowano detonację bomby atomowej na Księżycu

Znakiem zimnej wojny były amerykańskie i sowieckie testy nuklearne (fot. Time Life Pictures/National Archives/The LIFE Picture Collection via Getty Images)
Znakiem zimnej wojny były amerykańskie i sowieckie testy nuklearne (fot. Time Life Pictures/National Archives/The LIFE Picture Collection via Getty Images)

Radziecki fizyk zakładał wysłanie próbnika księżycowego. Misji miała towarzyszyć detonacja bomby atomowej, pojazd miał być bowiem zaopatrzony w głowicę jądrową. Liczono, że eksplozja będzie widoczna z powierzchni Ziemi. Gdyby tak się stało, to nikt nie miałby wątpliwości, że Związek Sowiecki dominuje – mówi w rozmowie z portalem tvp.info dr Adam Buława, historyk wojskowości z UKSW, przedstawiając kulisy nuklearnego wyścigu zbrojeń pomiędzy Sowietami i Amerykanami.

Kazachstan radzieckim poligonem nuklearnym. Szokujące rozmiary tragedii

Zimna wojna pochłonęła więcej ofiar, niż komukolwiek wydawać się może. W sierpniu 1956 r. opad radioaktywny, spowodowany przez radzieckie próby...

zobacz więcej

25 maja wypadały dwie rocznice związane z amerykańskimi testami nuklearnymi: w 1951 r. przeprowadzono próbny wybuch bomby atomowej na atolu Eniwetok, a równo dwa lata później na poligonie Nevada wystrzelono po raz pierwszy pocisk atomowy. Jak wyglądały początki nuklearnego wyścigu pomiędzy USA i ZSRR?

Dr Adam Buława: Warto na początek powiedzieć, że pierwsza próbna eksplozja została przeprowadzona jeszcze przed zrzuceniem dwóch bomb atomowych na Japonię. Miała ona miejsce 16 lipca 1945 r. w Nowym Meksyku. Zanim doszło natomiast do powojennych prób na Eniwetok, to mieliśmy jeszcze serię eksplozji jądrowych na atolu Bikini. Dziś szczęśliwie kojarzy nam się on z kostiumem kąpielowym, ale w czerwcu 1946 r. odbył się tutaj pierwszy test broni atomowej po zakończeniu II wojny światowej.

W tym czasie Sowieci byli daleko za Amerykanami i przeprowadzali z początku niewiele prób jądrowych. Odpowiedź z ich strony nastąpiła dopiero w sierpniu 1949 r. na poligonie w Semipałatyńsku. Można powiedzieć, że była to kopia bomby „Fat Man”, którą Amerykanie zrzucili na Nagasaki.

W ubiegłym roku pojawiła się informacja, że NASA rozważa detonację bomb atomowych na Księżycu, aby ułatwić w ten sposób robotom wydobycie cennych surowców spod powierzchni ziemskiego satelity. Pomysł nie jest jednak nowy, bo zarówno Amerykanie, jak i Sowieci snuli takie plany już pod koniec lat 50.

Pomysł pojawił się po tym, jak Sowieci wystrzelili w kosmos Sputnika, czyli pierwszego sztucznego satelitę Ziemi. Po tym wydarzeniu w USA zaczęto mówić o „technologicznym Pearl Harbor”; była to gorzka pigułka, którą musiał przełknąć amerykański prezydent Dwight Eisenhower.

Pomysł eksplozji nuklearnej na powierzchni Srebrnego Globu wysunął węgierski fizyk Edward Teller, będący ojcem amerykańskiej bomby wodorowej. Stwierdził on mianowicie, że aby uzyskać dane o przestrzeni kosmicznej wokół Księżyca, warto zdetonować bombę atomową w niedalekiej odległości od niego. Idąc dalej w tych swoich wywodach, doszedł do wniosku, że można też spróbować przeprowadzić detonację na powierzchni ziemskiego satelity.

Oczywiście Teller podkreślał, że chodzi wyłącznie o rozwój nauki. Ponieważ trwała jednak zimna wojna, realizacja takiego planu nabierała wymiaru propagandowego.

„Bomba atomowa znów może stać się instrumentem gry politycznej”

Pół roku temu w tajemnicy wyjechał z Polski transport ze wzbogaconym uranem. W ciągu ostatnich lat wysłaliśmy do Rosji niemal 700 kg tego surowca....

zobacz więcej

Jakie kroki poczyniły w tym kierunku obie strony?

Amerykański projekt otrzymał kryptonim A119. Pomysł Waszyngtonu był odpowiedzią na plotkę, według której to Sowieci mieli planować detonację bomby atomowej na Księżycu. Zgodnie z tymi pogłoskami miało to nastąpić w rocznicę rewolucji październikowej, 7 listopada 1957 r.

W rzeczywistości projekt sowiecki zakładał jedynie wysłanie pojazdów na Księżyc. Kiedy jednak Nikita Chruszczow otrzymał informacje o planach Amerykanów, zapadła decyzja o modernizacji wcześniejszego projektu i nadaniu mu kryptonimu E-4.

Radziecki fizyk Jakow Zeldowicz zakładał wysłanie próbnika księżycowego. Misji miała towarzyszyć detonacja bomby atomowej, pojazd miał być bowiem zaopatrzony w głowicę jądrową. Liczono, że eksplozja będzie widoczna z powierzchni Ziemi. Gdyby tak się stało, to nikt nie miałby wątpliwości, że Związek Sowiecki dominuje.

Czy jednak rzeczywiście poważnie brano pod uwagę detonację bomy atomowej na powierzchni Srebrnego Globu? Może było to wyłącznie prężenie muskułów?

Już w 1958 r. Zeldowicz stwierdził, że wybuch nie zostałby dostrzeżony, dlatego że po detonacji chmura atomowa by się rozpierzchła. Wynikało to z tego, że grawitacja Księżyca jest kilkakrotnie mniejsza niż ziemska i nie ma tam tak naprawdę atmosfery.

Amerykanie przerwali z kolei swój projekt w 1959 r. Warto wspomnieć, że wbrew oczekiwaniom opinia publiczna mogła negatywnie zareagować na detonację na Księżycu. Nawet Sowieci w tym swoim szale pokazania swojej potęgi intelektualnej uznali w końcu, że rakieta z ładunkiem nuklearnym mogłaby ulec awarii i uderzyć w powierzchnię Ziemi.

Ostatecznie w 1963 r. obie strony zawarły porozumienie, które miało wykluczać podobne pomysły w przyszłości. Zgodnie z nim wprowadzono zakaz dokonywania prób jądrowych w powietrzu, pod wodą i w kosmosie.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że w pewnym momencie mieliśmy prężenie muskułów między dwoma mocarstwami, które rywalizowały ze sobą o prymat na świecie. Kiedy pojawiło się już jednak bezpośrednie zagrożenie, przyszło coś w rodzaju olśnienia czy też oprzytomnienia. Cała zimna wojna przypominała zresztą taniec stroszących pióra kogutów i w takich momentach, jak chociażby kryzys kubański, dochodziło do wycofywania się obu stron.

Znaleźli zgubioną przez Amerykanów bombę atomową?

Osobliwe znalezisko w rejonie archipelagu Haida Gwaii u wybrzeży Kanady. Nurek odkrył coś, co może być zaginioną w 1950 roku amerykańską bombą...

zobacz więcej

Zanim przyszło jednak to oprzytomnienie, Sowieci zdetonowali największą bombę wodorową w historii...

Po raz kolejny chodziło o demonstrację siły. Chruszczow chciał zdetonować potężną bombę wodorową tuż przed zjazdem partii komunistycznej, który miał odbyć się na jesieni 1961 r. Prace nad jej skonstruowaniem trwały zaledwie kilka miesięcy.

Jeśli chodzi o moc tej bomby, to Amerykanie mówili, że miała 58 Mt, a Sowieci, że 50. Ważyła 27 ton, więc była naprawdę ogromna. Odnosząc się do samej nazwy – ochrzczono ją mianem Car-bomba – to Sowieci chcieli pokazać, że mają pewne tradycje w gigantomanii. Swego czasu była Car-puszka, czyli największa armata ładowana od przodu, mieliśmy Car-kołokoł, czyli największy dzwon na świecie, był nawet Car-tank – rosyjski pojazd opancerzony stanowiący swego rodzaju praczołg.

Do przeniesienia Car-bomby użyto największego bombowca strategicznego Tu-95. Na miejsce detonacji wybrano archipelag Nowej Ziemi, leżący na Oceanie Arktycznym. Bombę zrzucono 30 października 1961 r. z wysokości 10,5 km na spadochronie ważącym niemal 800 kg. Sama detonacja nastąpiła zaś na wysokości ok. 4 km.

W wyniku eksplozji wyparowały mniejsze wysepki znajdujące się w pobliżu, a fala uderzeniowa trzykrotnie okrążyła Ziemię. Wybuch był odczuwalny aż na Alasce i widoczny z odległości ok. 900 km. Dodajmy do tego, że wytworzona wówczas energia dziesięciokrotnie przekraczała łączną energię wszystkich bomb użytych podczas II wojny światowej.

Na jaki efekt propagandowy liczyli Sowieci, dokonując tej detonacji?

Można powiedzieć, że Car-bomba miała znaczenie polityczne i wpisywała się w strategię odstraszania. W pewnym sensie miała też znaczenie badawcze, była formą eksperymentu. Jeśli chodzi jednak o zastosowanie praktyczne, była ona bezużyteczna ze względu na swoją gigantyczną masę.

Warto powiedzieć, że wśród tych, którzy podsunęli Chruszczowowi pomysł z tą bombą, był radziecki fizyk jądrowy Andriej Sacharow. Wraz z innymi prognozował on, że detonacja doprowadzi do zamknięcia zimnej wojny, gdyż to wydarzenie będzie na tyle wstrząsające, że skutecznie powstrzyma przeciwnika.

Diabelski rdzeń. Fizyk zmarł po upuszczeniu klocka na pluton

Inaczej ustawiona ręka, większa koncentracja – to wystarczyłoby, żeby 24-letni fizyk jądrowy Harry Daghlian przeżył jeszcze kilkadziesiąt lat....

zobacz więcej

Jak świat zareagował na eksplozję tak potężnej bomby?

Gdy 30 października Chruszczow odczytał telegram o pomyślnym przeprowadzeniu testu, cały świat dosłownie zamarł. Jednak panika zapanowała już wcześniej. Wizja tej eksplozji powodowała, że ludzie przeprowadzali szturm na sklepy. Wykupywano konserwy, makarony, latarki, baterie. W mediach pojawiały się natomiast informacje, że opad radioaktywny może objąć znaczną część północnej półkuli oraz że będą zgony w wyniku choroby popromiennej.

Czy to oznacza, że tym razem władze radzieckie nie trzymały informacji o planowanym teście nuklearnym w tajemnicy przed Zachodem i próbowały go straszyć?

Chruszczow bardzo obcesowo starał się straszyć Amerykanów. Pochwalił się im tą bombą, mówiąc, żeby „nie s***i po gaciach, bo wkrótce będą mieli okazję”. Było to niestosowne, ale pokazywało mentalność Chruszczowa.

Zawoalowana pogróżka pojawiła się już 17 października 1961 r., kiedy zaczął się zjazd KC KPZR. Wtedy też administracja Kennedy’ego odpowiedziała, że jest w stanie zaripostować. Zaczęły się wówczas pojawiać informacje, że Amerykanie mają przewagę w innych rodzajach broni. Stosowano więc taką wymianę pogróżek.

Przed planowanym terminem detonacji dochodziło do protestów i demonstracji, przed radzieckimi ambasadami gromadziły się tłumy, a misja sowiecka przy ONZ została obrzucona kamieniami owiniętymi w kartki.

Ostatecznie jednak po detonacji Car-bomby na Sowietów i Amerykanów spadł zimny prysznic. Gdy po stronie amerykańskiej przeprowadzono symulację bomby o wadze 100 Mt – bo taką zapowiadał z początku Kreml – to okazało się, że gdyby została ona odpalona, to mogłaby spustoszyć państwo wielkości Francji. Sowieci stwierdzili, że w tym momencie ryzyko zniszczenia własnego potencjału jest zbyt duże. Obie strony doszły do wniosku, że gdyby zdecydowały się teraz na pojedynek rewolwerowców w makroskali, to oznaczałoby to tak naprawdę koniec ludzkości.

Wracając na koniec do wykorzystywania ładunku nuklearnego w przestrzeni kosmicznej – warto zauważyć, że o ile nikt nie myśli już o detonacji mającej na celu demonstrację siły, o tyle energia jądrowa okazuje się dziś bardzo pomocna przy badaniu naszego Układu Słonecznego.

Zgadza się. Do dziś izotop plutonu używany jest jako źródło energii w sondach kosmicznych znajdujących się na tyle daleko od Słońca, że baterie słoneczne nie spełniają już swojego zadania. Wykorzystują go m.in. takie sondy jak Voyager i Viking czy łazik Curiosity, który bada powierzchnię Marsa. Używano go także w misjach programu Apollo.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej