Wybory 2020

PKW: Andrzej Duda: 43,50, Rafał Trzaskowski: 30,46

Zakaz handlu nie spowodował kryzysu. Nakaz nie uczyni koniunktury

Gdyby zakazy handlu determinowały zapaść na rynku pracy, widzielibyśmy jakiś chronologiczny i lokalizacyjny związek między tymi wydarzeniami (fot. John Guillemin/Bloomberg via Getty Images)

Powszechnie uważa się, że zamknięcie sklepów, hoteli i restauracji oraz ograniczenie ruchu na ulicach spowodowało, że miliony ludzi straciły prace. Podobnie uważa się że ponowne otwarcie handlu przywróci te wszystkie miejsca pracy. I jedno i drugie to nieprawda.

Przedsiębiorcy o tarczy antykryzysowej. Mówią, jak jest

Eksperci banku ING ocenili, że Polska wprowadziła najsilniejszą tarczę antykryzysową w regionie, opartą na luzowaniu ilościowym. Środki pomocowe...

zobacz więcej

W świat idą kolejne klisze z USA, na których często uzbrojeni aktywiści ruchów „reopen” domagają się przywrócenia pełnej wolności zarówno osobistej jak i gospodarczej, którą zabrała im zła władza. Idealizuje te obrazki przede wszystkim indywidualistyczna prawica. Obce mi jest używanie tego terminu jako epitetu, ponieważ sam utożsamiam się z indywidualistyczną prawicą. Tym bardziej przykro jest patrzeć na to, że ludzie dobrej woli dają się tak ogłupić.

Cała ta histeria wokół „reopen” nie powinna mieć zresztą bandery politycznej. Pandemia koronawirusa i szkody gospodarcze nią wywołane tną równo etatystów i libertarian i to nie dlatego, że ci pierwsi zmówili się przeciwko tym drugim.

Gdyby zakazy handlu determinowały zapaść na rynku pracy, widzielibyśmy jakiś chronologiczny i lokalizacyjny związek między tymi wydarzeniami. Nie widzimy takiego związku.

Zapaść na rynku pracy nie pokrywa się ze strukturą restrykcji dotyczących handlu ani w czasie, ani w przestrzeni

W pracy opublikowanej przez amerykańskie Narodowe Biuro Badań Ekonomicznych, o tytule „Labor Demand In Time Of COVID-19: Evidence from vacancy postings and UI claims” autorstwa trójki ekonomistów: Lisy B. Kahn (USA), Fabiana Langego (Kanada) i Davida Wiczera (USA), widzimy podział stanów na cztery grupy:

W Kalifornii, Nowym Jorku, New Jersey i Nowym Jorku, gdzie wirus dostał się najprędzej, restrykcje wprowadzono między 19 a 22 marca.

Znakomita większość stanów wprowadziła podobne kroki w ostatnim tygodniu marca. W tej drugiej grupie jest m.in. Michigan, Wisconsin, Północna Karolina, Hawaje, Virginia czy Arizona.

Kwarantanna nie oznacza stagnacji. Rekordowy wzrost zapotrzebowania na ryż

W tygodniach narodowej kwarantanny we Włoszech zanotowano rekordowy wzrost konsumpcji ryżu - o 47 procent. Eksperci informując o tym zjawisku...

zobacz więcej

Z kolei Południe reagowało w większości w kwietniu: Texas – 02.04, Floryda – 03.04, Alabama – 04.04., Południowa Karolina – 07.04. Mniej więcej w tym samym czasie zamknięto handel w Missouri, w Nevadzie, a także w Maine czy w robotniczej Pensylwanii.

Inne jeszcze stany, jak Arkansas, Nebraska i obie Dakoty oddały decyzje w ręce biznesmenów. Żadnego lockdownu tam nie było, restauracje pozostały otwarte.

Czy rynek pracy zaczął się kurczyć, bo władza zamknęła sklepy? Nie. Firmy zaczęły redukcje planowanych zatrudnień około połowy lutego, kiedy żadna administracja jeszcze niczego nie zakazywała. Stany, które odkładały lockdown do kwietnia, nie wyszły na tym nijak lepiej niż te, które działały w marcu. Rynek pracy pikował w różnych stanach w tym samym czasie, mimo że handel i gastronomię zamykano w różnych momentach. Odroczenie lockdownu nie uratowało pracowników, w większości stanów nawet nie odroczyło problemu w czasie. Stosunek do roli państwa i tradycje indywidualizmu też niczego nie różnicowały. „Socjalistyczny” Nowy Jork i „leseferystyczny” Texas zjeżdżały po takiej samej równi pochyłej.

Od lockdownów nie zależała również dynamika, z jaką zwijał się rynek. Kalifornia, która zamknęła restauracje i handel „niekonieczny” najszybciej w USA, w samym marcu straciła 27 proc. nowych ofert. Natomiast Nebraska, która nie zamknęła restauracji ani handlu do dzisiaj, w samym marcu straciła 36 proc. ofert.

Londyn i Waszyngton negocjują umowę o wolnym handlu

Wielka Brytania i Stany Zjednoczone rozpoczęły pierwszą rundę negocjacji w sprawie umowy o wolnym handlu. Z powodu pandemii koronawirusa w całości...

zobacz więcej

Zapaść na rynku pracy dotknęła prawie wszystkie branże bez względu na to, czy były objęte zakazami administracyjnymi, czy nie.

Zakazy i ograniczenia dotyczyły następujących branż: hotelarstwo, gastronomia, handel poza artykułami pierwszej potrzeby. Te branże ucierpiały najbardziej. Ale nie tylko one. W marcu w USA, poza tymi branżami, najwięcej ludzi straciło prace w: służbie zdrowia oraz w usługach profesjonalnych. Trudno przypisywać zwolnienia w szpitalach i gabinetach lekarskich nieczynnym sklepom odzieżowym, a zwolnienia np. w kancelariach prawnych tłumaczyć decyzjami rządu o odwołaniu koncertów masowych.

W Wielkiej Brytanii, zgodnie z danymi firmy badawczej Burning Glass Technologies, spadek nowych ofert pracy był niewiele mniejszy w branżach „otwartych” niż w zamkniętych oraz – podobnie jak w USA – upadek kroczył przed zakazem, a nie – zakaz przed upadkiem. Pamiętajmy, że Borys Johnson początkowo postawił na odporność stadną i nie spieszył się z zakazami. Gastronomię zamknięto dopiero 20 marca, gdy premier Johnson poznał na własnej skórze, jak to jest budować tę odporność stadną i uznał, że chyba raczej trzeba działać inaczej.

Od początku marca do początku kwietnia spadek ofert pracy w budownictwie sięgnął 76 proc., a w pośrednictwie nieruchomości 72. Ani w jednym, ani w drugim przypadku nie zostały wydane żadne administracyjne zakazy, natomiast te wydane w handlu nie zdążyły jeszcze wygasić zapotrzebowania na usługi budowlane. Popyt na pracowników produkcyjnych z kolei spadł o 65 proc. już w marcu, kiedy zakazy w handlu nie zdążyły jeszcze przenieść tąpnięcia popytowego nawet na hurt, nie mówiąc o produkcji.

Wreszcie, aż o 58 proc. spadło zapotrzebowanie na pracowników usług finansowych i ubezpieczeniowych. Można argumentować, że bankowość detaliczna została dotknięta bezpośrednio zakazem, jednak udowodnienie, że 58 proc. bankierów zajmuje się klientami z ulicy jest dość karkołomne. Spadek w tych branżach nie wynikach z tego, że rząd czegoś zabronił.

Koronawirus uderza w rolników. Utrudniony jest handel świeżymi produktami

Pracujemy nad rozwiązaniami ułatwiającymi pomoc dla gospodarstw dotkniętych kryzysem. 25 marca mam w tej sprawie konferencję z ministrami rolnictwa...

zobacz więcej

Zakazano kontaktów osobistych, ucierpiały usługi zdalne.

Ograniczenie bezpośrednich kontaktów osobistych z definicji najmniej powinno wpływać na branże oparte na braku bezpośrednich kontaktów osobistych. Klasycznym przykładem takiej branży są tzw. usługi wspólne (shared services), czyli usługi kadrowe, księgowe, informatyczne, które jedne firmy świadczą masowo innym, zlokalizowanym często w innym kraju lub na innym kontynencie. Rynek tych usług rozwija się szybko dobrych 20 lat na świecie z korzyścią dla krajów takich, jak Indie, Filipiny, a potem – Irlandia czy Polska. Ta branża jest kwintesencją pracy zdalnej, nie została sponiewierana żadnymi zakazami rządowymi. Rządy zwykle lubią tę branże, czasami ją faworyzują. Powinna kwitnąć.

Tymczasem, według danych Cityglobe Inc., na rynku ofert pracy w centrach usług wspólnych, między połową lutego i kwietnia duże spadki ofert pracy zanotowały: Londyn (-70 proc.), Dublin (-58), usługowe centra Indii: Hyderabad (-45) i Bangalore (-43). Umiarkowane straty poniosły: Singapur (-21) i Hong Kong (-20 proc.). Co ciekawe, Warszawa w zasadzie utrzymała pozycję (-2 proc.), natomiast Praga i coraz silniej zyskujący na znaczeniu w tej branży Bukareszt zanotowały wzrosty ofert pracy (odpowiednio: +14 proc. i +17 proc.).

We wszystkich wcześniej powołanych przypadkach, firmy różnych sektorów i w różnych punktach globu cięły zatrudnienie nie dlatego, że zła władza zamknęła siłownie i hotele, tylko dlatego, że przewidywały, że nadchodzi poważny problem. Coś większego niż zwykła recesja. I że wydarzy się to niezależnie od administracyjnych pozwoleń czy niedozwoleń. Tak się też stało.

Rycerze ruchów „reopen” wyglądają krzykliwie i dobrze sprzedają się na ekranach, ale nie reprezentują Ameryki. Większość Amerykanów, tak – również tych indywidualistycznych konserwatywnych Amerykanów – myśli inaczej. Pew Research pokazuje, że 65 proc. respondentów bardziej boi się zbyt szybkiego poluzowania lockdownu, czyli właśnie takiego „reopen na pałę”, niż tego, że zakazy będą trwały zbyt długo. To ludzie tak myślą, a nie – rządy każą się bać.

Kryzys, który obserwujemy na świecie nie wynika z zakazów. Zakazy są tylko jednym z jego przejawów. To wielopoziomowa zmiana w funkcjonowaniu gospodarek, która jest pochodną zmian motywacji i kalkulacji ryzyka przez każdego pojedynczego człowieka. Dlatego też, samo otwarcie sklepów i kafejek nie przywróci automatycznie miejsc pracy w całej gospodarce ani nie cofnie świata do wariantu sprzed pandemii. Musimy sobie układać nowy.

źródło:
Zobacz więcej