RAPORT

Kampania 2020

Grypa hiszpanka – pandemia groźniejsza od wojny

Szacuje się, że na grypę hiszpankę mogło zachorować nawet 30 proc. ludzi na świecie (fot. arch.PAP/Newscom)

Historia śmiercionośnej grypy sprzed stu lat uświadamia nam ponadczasowość problemów, z jakimi przychodzi mierzyć się ludzkości w dobie pandemii. Pokazuje również, jak katastrofalne mogą być skutki lekceważenia zagrożenia oraz szerzenia dezinformacji.

Historyk: Przeszłość pokazuje, że w czasie pandemii niezwykle groźne są fake newsy

W latach 1918-1919 świat zmagał się z pandemią śmiercionośnej grypy hiszpanki. Zaraza rozprzestrzeniała się w bardzo szybkim tempie, zabijając w...

zobacz więcej

CZYTAJ WIĘCEJ W RAPORCIE

(…) odkąd ludzie zaczęli zachowywać pewną ostrożność, byli mniej narażeni na niebezpieczeństwo, zaraza nie mogła wtargnąć do takich domów z równą siłą jak niegdyś. Tysiące rodzin zdołało się uchronić

– Daniel Defoe, Dziennik roku zarazy.

Był 4 marca 1918 r. Albert Gitchell pełniący rolę wojskowego kucharza w ośrodku szkoleniowym Camp Funston w stanie Kansas obudził się z silnymi bólami gardła i głowy. Miał wysoką gorączkę: słupek rtęci wskazywał 39,5 stopnia Celsjusza.

Do południa podobne symptomy zaobserwowano u ponad 100 innych żołnierzy. Dwa dni później w lazarecie leżało już 522 pacjentów, a po trzech tygodniach – 1100.

Nikt nie przypuszczał wtedy, że ma do czynienia z zupełnie nową grypą, która rozleje się wkrótce na cały świat.

Trzy fale zarazy

Grypa uderzała falami. Pierwszą wyróżniała duża liczba przypadków, ale też łagodny przebieg, co sprzyjało bagatelizowaniu choroby. Druga wybuchła w sierpniu 1918 r. i odznaczała się znacznie większą śmiertelnością, zmuszając rządy wielu państw do podjęcia restrykcyjnych działań.

Trzecia fala pojawiła się pod koniec 1918 r. i trwała do marca 1919 r. (chociaż w niektórych częściach świata, jak chociażby w Hiszpanii, utrzymywała się jeszcze do 1920 r.).

Jakby tego było mało, wywołujący silne zapalenie płuc wirus zbierał śmiertelne żniwo zwłaszcza wśród młodych osób w wieku pomiędzy 20. i 40. rokiem życia.

Szacuje się, że w ciągu roku grypa zwana hiszpanką lub influenzą hiszpańską mogła uśmiercić nawet 50 mln ludzi – ponad trzykrotnie więcej niż trwająca kilka lat I wojna światowa. Najbardziej dotknięte były Indie, gdzie mogło umrzeć od 12 do nawet 18 mln ludzi oraz Iran, gdzie epidemia pochłonęła od ok. 900 tys. do ok. 2,4 mln ofiar śmiertelnych.

Na Starym Kontynencie plaga szczególnie mocno przetrzebiła społeczeństwo francuskie, doprowadzając do śmierci ponad 400 tys. ludzi.

Równie zatrważająca była skala rozprzestrzeniania się patogenu – od momentu stwierdzenia pierwszych przypadków do jego całkowitego wygaszenia zostało zainfekowanych ok. 500 mln osób, co stanowiło w przybliżeniu jedną trzecią populacji ówczesnego świata. Wszystko to czyni z influenzy hiszpańskiej największą znaną pandemię w dziejach ludzkości.

Na cenzurowanym

Erich von Ludendorff, jeden z czołowych niemieckich dowódców w czasie Wielkiej Wojny był przekonany, że gdyby nie epidemia grypy, udałoby mu się wygrać wiosenną ofensywę z 1918 r. Jego armia zasilona dodatkowym milionem żołnierzy przerzuconych z frontu wschodniego miała już w maju ostrzeliwać Paryż. Plany te zostały jednak pokrzyżowane przez wirusa dziesiątkującego niemieckie oddziały.

W podobnym czasie przypadki choroby stwierdzono u żołnierzy walczących w szeregach państw Ententy. Sprzyjało to rozpowszechnianiu teorii spiskowej, jakoby Niemcy stworzyli broń biologiczną, która wymknęła się spod kontroli i zaczęła atakować również ich samych.

Demonstracja postępowania z pacjentami chorującymi na hiszpankę na pogotowiu Czerwonego Krzyża w Waszyngtonie (fot. wikimedia commons)

Koronawirus – relacja 10.04. Procesja Drogi Krzyżowej w Jerozolimie bez wiernych

Świat zmaga się z epidemią koronawirusa. Groźny wirus wywołujący zapalenie płuc rozprzestrzenił się z Chin i pojawił się w większości państw...

zobacz więcej

Do dziś nie wiadomo właściwie, gdzie wirus pojawił się po raz pierwszy. Chociaż wielu badaczy wskazuje, że pierwotnym ogniskiem epidemii był najprawdopodobniej wspomniany już ośrodek wojskowy w Stanach Zjednoczonych, nie brakuje opinii, iż – podobnie jak w przypadku obecnego koronawirusa SARS CoV-2 – choroba przywędrowała na inne kontynenty z Azji.

Według jednej z teorii grypa miała pojawić się w chińskim mieście Kanton, skąd przedostała się do innych państw wraz z pochodzącymi stamtąd robotnikami.

Wiele wskazuje na to, że wbrew powszechnie stosowanej nazwie groźny wirus nie narodził się w Hiszpanii. Etymologia tej choroby ma ścisły związek ze zjawiskiem, które – niestety – sprzyjało szerzeniu się epidemii: medialną dezinformacją.

Ponieważ pierwsza fala hiszpanki wybuchła jeszcze w trakcie globalnego konfliktu, państwa biorące w nim udział stosowały cenzurę, nie dopuszczając do publikacji informacji, które mogłyby osłabić morale żołnierzy lub wywołać panikę wśród cywilów. Prasa wspominała więc o grypie zdawkowo, poświęcając znacznie więcej uwagi sytuacji na frontach oraz sprawom politycznym.

Tymczasem nieskrępowane wojennym interesem media neutralnej Hiszpanii otwarcie informowały o udokumentowanych przypadkach rosnącej w błyskawicznym tempie epidemii.

Stąd powszechne stało się przekonanie, że to właśnie tam znajduje się ognisko choroby. Po raz pierwszy określenie „grypa hiszpanka” zostało użyte w prasie 2 czerwca 1918 r. przez korespondenta „The Times”, relacjonującego rosnącą liczbę zachorowań w Madrycie.
Policjanci z miasta Seattle w USA pełniący służbę podczas epidemii hiszpanki, grudzień 1918 r. (fot. wikimedia commons)

Grypa groźniejsza od koronawirusa – sugeruje Grodzki. FAKE NEWS. Jakie są fakty?

Marszałek Senatu to kolejny polityk Platformy Obywatelskiej, który postanowił połączyć temat koronawirusa z bieżącymi sporami politycznymi. Tomasz...

zobacz więcej

Niewidzialny Don Juan

Podawanie przez hiszpańskie gazety wiarygodnych informacji o nowej grypie nie oznaczało bynajmniej, że Madryt potraktował ją poważnie. O ile w państwach zaangażowanych w wojnę influenzę starano się z początku przemilczać, o tyle w Hiszpanii po prostu ją wyśmiewano.

Podejrzewa się, że na Półwysep Iberyjski plaga przedostała się z Francji, być może za sprawą wzmożonej migracji zarobkowej hiszpańskich i portugalskich robotników.

22 maja 1918 r. na pierwszej stronie dziennika „ABC” informowano o nowej chorobie zakaźnej „podobnej do grypy, ale z łagodnymi objawami”. W tym samym miesiącu w gminie San Isidro zorganizowano coroczne uroczystości, które – ze względu na gromadzenie się na nich dużych skupisk ludzkich – stwarzały idealne warunki do szerzenia się zarazy. Z tych samych powodów rozwojowi epidemii sprzyjały parady, które odbyły się w wielu europejskich miastach z okazji zakończenia Wielkiej Wojny.

Co ciekawe, w samej Hiszpanii nazywano tę chorobę inaczej – mawiano, że naród zetknął się z „żołnierzem z Neapolu”, co było jednoznacznym nawiązaniem do postaci amanta Don Juana ze słynnej wówczas operetki. Ryan Davis, znawca hiszpańskiego folkloru, wyjaśnia, że gdy grypa pojawiła się na Półwyspie Iberyjskim, popularny stał się żart, że „rozprzestrzenia się ona niczym serenady Don Juana, lecz jest nieco bardziej zabójcza”.

Odzwierciedleniem beztroskiego podejścia Hiszpanów do influenzy było określanie jej przez prasę mianem „modnej choroby”. Duży wpływ na ten stan rzeczy miał oczywiście łagodny przebieg pierwszej fali – w rezultacie skutki grypy okazały się dla Hiszpanii bardzo dotkliwe.

Do czasu ustania pandemii zachorowało na nią ok. 8 mln obywateli, co stanowiło 40 proc. ówczesnej populacji tego państwa. Wśród zarażonych znalazł się sam monarcha Alfons XIII. Z powodu hiszpanki zmarło w tym kraju ok. 187 tys. ludzi, chociaż niektóre szacunki wspominają nawet o 300 tys.

Tymczasem prasa w państwach należących do bloków I wojny światowej donosiła przeważnie o jednostkowych przypadkach zachorowań i zgonów na nieznaną jeszcze grypę. Dramatyczne informacje o masowych infekcjach – jeśli już się pojawiały – dotyczyły z reguły tylko sytuacji w Hiszpanii.

„Epidemia grypy wciąż wzrasta. Wszystkie biura telegraficzne, z wyjątkiem centrali, są zamknięte z powodu braku personelu. Właściciele zamknęli teatry. Zachorowało ponad 200 lekarzy. Stan króla (Hiszpanii – red.) się poprawia” – relacjonował 1 czerwca 1918 r. brytyjski dziennik „Birmingham Daily Press”, opisując ostatnie wydarzenia w Madrycie.

Szpital w Kansas podczas pandemii hiszpanki (fot. Otis Historical Archives, National Museum of Health and Medicine / CC BY 2.0)

Dżuma, cholera, ospa. Dawniej epidemie w Polsce pojawiały się nawet co kilka lat

W polskiej historii nie brak było epidemii np. dżumy, cholery, ospy, grypy. Jedną z nich była wrocławska ospa z 1963 r. – jedna z ostatnich w...

zobacz więcej

Przez kanał La Manche

W Wielkiej Brytanii problem, jakim było szybkie rozprzestrzenianie się influenzy zaczął być wyraźnie dostrzegany w okolicach lipca 1918 r. Na początku tego miesiąca urzędnicy z hrabstwa Monmouthshire w południowej Walii rozważali zamknięcie szkół w związku z ogromną skalą zachorowań na obszarach górniczych.

Pierwsze alarmujące wzmianki o epidemii na Wyspach pojawiły się wprawdzie już 11 czerwca, jednak nikt nie podchodził do nich wtedy poważnie.

Z jednej strony gazety informowały o zamknięciu kilku szkół oraz kryzysie w paru firmach z powodu masowej choroby pracowników, z drugiej czołowe dzienniki, takie jak „The Telegraph”, uspokajały, że „nie ma powodu, by opinia publiczna była nadmiernie zaniepokojona”.

Nie brakowało przy tym stwierdzeń, że zatrważające doniesienia o dużej skali zachorowań należy uznać za niepoparte niczym „uliczne plotki”.

Najwcześniej zareagowała prasa w Irlandii Północnej, która pod koniec czerwca 1918 r. apelowała do urzędników ds. zdrowia publicznego o wydanie instrukcji w walce z epidemią grypy. W tym czasie na hiszpankę chorowało już tysiące pracowników w Belfaście, co wpływało na funkcjonowanie stoczni oraz paraliżowało ruch tramwajów.

„Najbardziej zastanawiającym faktem jest to, że w Belfaście doszło dotąd do co najmniej 40 zgonów z powodu zapalenia płuc. Z tej samej przyczyny w Dublinie zmarło tylko sześć osób” – donosiła gazeta „Irish News”. Jednak dopiero druga fala influenzy uświadomiła redaktorom i politykom, z czym naprawdę mają do czynienia.

Fioletowa śmierć

Na jesieni 1918 r. optymistyczna dotąd redakcja „The Telegraph” donosiła już o rosnącej w szybkim tempie liczbie zachorowań w Londynie dodając, że śmiertelność w stolicy Zjednoczonego Królestwa osiągnęła „niepokojące rozmiary”. W Dublinie – jak informował brytyjski dziennik – szpitale miały być tak przepełnione, że przestały przyjmować osoby poszkodowane w wypadkach.

Tuż przed zakończeniem I wojny światowej władze miejskie zaczęły wprowadzać dobrze nam dziś znane restrykcje, mające na celu zahamowanie wzrostu zachorowań na hiszpankę.

Na początku listopada 1918 r. zamknięto wszystkie szkoły w Belfaście oraz wydano zakaz organizowania wydarzeń publicznych o charakterze rozrywkowym.

Obraz z mikroskopu elektronowego przedstawiający odtworzonego laboratoryjnie w 2005 r. wirusa wywołującego hiszpankę (fot. domena publiczna)

Koronawirus. Papież modlił się w intencji pokonania pandemii

Papież Franciszek modlił się w piątek w Watykanie na dziedzińcu Bazyliki Świętego Piotra w intencji pokonania pandemii koronawirusa. Najświętszy...

zobacz więcej

Możliwe, że wpływ na tę i podobne decyzje miały wydarzenia z 8 listopada, gdy na jednym z dublińskich cmentarzy pochowano ok. 50 ofiar hiszpanki, które zmarły w ciągu doby.

Ale nawet w czasach najbardziej śmiercionośnej fali influenzy nie brakowało osób, które próbowały zbić interes na zaistniałej sytuacji lub świadomie łamały narzucone zasady. Posuwając się do szerzenia fałszywych informacji reklamowano rzekome leki na hiszpankę, a właściciele teatru Alhambra w Belfaście uspokajali swoich potencjalnych klientów, że budynek został już zdezynfekowany i można się w nim bezpiecznie gromadzić.

Historycy oceniają, że na hiszpankę chorował średnio co czwarty Brytyjczyk, a liczba ofiar śmiertelnych na Wyspach osiągnęła ok. 230 tys. Podobnie jak w Hiszpanii, nowa grypa zyskała w Wielkiej Brytanii oraz innych krajach anglosaskich swój lokalny przydomek. W rejonach tych nazywano ją „the purple death” (fioletowa śmierć), co było nawiązaniem do jednego z objawów choroby – sinienia skóry.

Spustoszenie za Wielką Wodą

Zaangażowany w konflikt na Starym Kontynencie amerykański prezydent Woodrow Wilson przez długi czas nie informował opinii publicznej o szerzeniu się w jego kraju wirusa nowej grypy. W konsekwencji USA przystąpiły do walki z epidemią z dużym opóźnieniem, a łączny bilans zgonów z powodu hiszpanki wyniósł tam ok. 675 tys.

Wśród Amerykanów, którzy zachorowali na hiszpankę, znalazł się m.in. zastępca sekretarza Marynarki Wojennej i późniejszy prezydent USA Franklin Delano Roosevelt.

Tak jak w większości państw europejskich, prasa w Stanach Zjednoczonych stosowała autocenzurę polegającą na umniejszaniu skali problemu. Działania te były podyktowane również tym, że przepisy federalne przewidywały nawet do 20 lat więzienia za publikację informacji, które ​​– z punktu widzenia władzy – mogłyby zaszkodzić amerykańskiemu wysiłkowi wojennemu.

Jeśli pojawiały się już jakieś niepokojące doniesienia na temat zabójczej grypy, to umieszczano je z reguły w bardzo krótkich kolumnach lub na końcu gazety.

Przykładowo w wydaniu dziennika „The New York Times” z 4 października 1918 r. alarmujące wieści o hiszpance znalazły się dopiero na ostatniej, 24. stronie. Z lektury artykułu (a właściwie krótkiej depeszy prasowej) wynikało, że w tym czasie zasięg epidemii osiągnął już ogromne rozmiary – grypa była obecna w 43 z 48 stanów, a w całym kraju podejmowano „drastyczne kroki w celu zahamowania epidemii”.

Tego samego dnia „New York Evening World” informował na 15. stronie, że w mieście wykryto 1695 nowych przypadków zachorowań.

Należy odnotować, że jeszcze w połowie sierpnia 1918 r. redakcja „NYT” uspokajała, że hiszpańska influenza nie zagraża nowojorczykom, a do Departamentu Zdrowia zgłoszono zaledwie 23 przypadki zachorowań. Miesiąc później potwierdzono w tym mieście pierwszą ofiarę śmiertelną patogenu.

Szpital polowy armii amerykańskiej w Luksemburgu podczas epidemii hiszpanki (fot. wikimedia commons)

Dezinformacja i agresja. Rosja także w obliczu pandemii pozostaje Rosją

Pandemia koronawirusa nie wpłynęła na zmniejszenie agresywnych poczynań Kremla zarówno w dezinformacji i manipulacji, jak i prób zastraszania...

zobacz więcej

Czarny październik

Wyraźna zmiana narracji, która nastąpiła w „NYT” i innych amerykańskich tytułach pomiędzy sierpniem i październikiem 1918 r., nie była przypadkowa ​​– półtora miesiąca przed zakończeniem wojny sytuacja w kraju była już na tyle poważna, że władze musiały wprowadzić odpowiednie obostrzenia sanitarne.

W pierwszej kolejności próbowano ograniczyć gromadzenie się ludności w miejscach publicznych: zamykano szkoły, kościoły, bary i teatry. Ponieważ jednak w tamtych czasach nie istniała jeszcze ogólnokrajowa agencja ds. zapobiegania chorobom, reakcja na epidemię nie przybrała w USA jednolitej formy i różniła się w poszczególnych miejscowościach.

W San Francisco wprowadzono obowiązek noszenia maseczek ochronnych z gazy. Mieszkańcy przyłapani na łamaniu tego przepisu mogli zostać ukarani grzywną lub więzieniem. Inaczej zareagowano w Nowym Jorku, gdzie pełniący funkcję komisarza ds. zdrowia Royal Copeland zapowiedział, że szkoły i inne placówki publiczne pozostaną otwarte.

Do czasu zakończenia epidemii odnotowano w tym mieście ok. 33 tys. ofiar śmiertelnych hiszpanki. Historycy nie mają jednak wątpliwości, że liczba ta mogła być w rzeczywistości dużo wyższa.

Warty odnotowania jest tutaj fakt, że po ustaniu epidemii działania Copelanda zostały mimo wszystko dobrze ocenione przez opinię publiczną. Wskazywano, że dzięki jego polityce udało się zachować spokój w mieście. W pewnym sensie epizod z hiszpanką przyspieszył rozwój jego kariery – w 1922 r. wybrano go na senatora USA.

W czasach zarazy w wyjątkowo ciężkim położeniu znalazła się Filadelfia, gdzie odpowiednik Copelanda, Wilmer Krusen, zignorował prośby lekarzy i nie odwołał pod koniec września parady promującej sprzedaż rządowych obligacji wojennych. W wydarzeniu wzięło udział ok. 200 tys. ludzi. Miesiąc później odnotowano w mieście ponad 11 tys. ofiar śmiertelnych hiszpanki.

Chociaż parada nie była jedyną przyczyną szybkiego rozprzestrzeniania się grypy w Filadelfii – wpływ miały także duża populacja oraz złe warunki pracy i życia – słusznie podaje się ją jako przykład pokazujący, jak ważne podczas epidemii jest stosowanie odpowiednich środków tzw. dystansowania społecznego. Dość wspomnieć, że w Saint Louis, które w podobnym czasie zdecydowało się odwołać wielką defiladę, do czasu ustania hiszpanki odnotowano ok. 700 zgonów.

Łącznie w samym tylko październiku 1918 r. wirus groźnej grypy doprowadził do śmierci ponad 195 tys. obywateli USA. Nie brakuje dziś przez to opinii, że hiszpanka, którą Amerykanie uważali za chorobę przywleczoną z Europy, była obok wojny jedną z przyczyn przyjęcia przez Stany Zjednoczone polityki izolacjonizmu.

Epidemia w II Rzeczpospolitej

Niebezpieczna grypa nie ominęła również ziem odradzającej się Polski. Pierwszy przypadek odnotowano we Lwowie skąd – prawdopodobnie linią kolejową – choroba przedostała się do Krakowa. Wkrótce pojawiła się w Warszawie oraz licznych polskich wsiach i miasteczkach. Czas utrzymywania się zarazy był różny w poszczególnych miejscowościach, ale przyjmuje się, że w skali całego kraju wygasła ona w styczniu 1920 r.

Nasza rodzima prasa również cenzurowała większość informacji o epidemii, dlatego nie dysponujemy dziś wiarygodnymi danymi o skali zachorowań i liczbie ofiar śmiertelnych.

Środki ostrożności powzięte w związku z epidemią w amerykańskim Seattle (fot. wikimedia commons)

Uciąć sobie rękę, dryfować na tratwie – kwarantanna to betka

Wymuszona kwarantanna spowodowana pandemią koronawirusa czy sugestie władz, by w tym trudnym czasie pozostawać w domu, potrafią być sporym...

zobacz więcej

Pewną wskazówką dotyczącą liczby zgonów mogą być publikowane w gazetach nekrologi osób zmarłych z powodu grypy oraz zapalenia płuc. Na tej podstawie ustalono, że w Warszawie hiszpanka uśmierciła prawie 1200 mieszkańców. Zdaniem Łukasza Mieszkowskiego, historyka specjalizującego się w XX wieku, liczba ta była nieco wyższa i wynosiła co najmniej 2 tys.

Porównując II RP z innymi państwami Europy Mieszkowski wysuwa wniosek, że do czasu ustania epidemii grypy zmarło na nią ok. 250 tys. obywateli naszego kraju. Przypuszczenia te pokrywają się z analizą autorów raportu „The Lethal Spanish Influenza Pandemic in Poland” („Zabójcza pandemia grypy hiszpanki w Polsce”), którzy szacują liczbę zgonów na 200-300 tys.

Pierwsze wzmianki prasowe o epidemicznej chorobie, która szerzy się w Europie pojawiły się u nas wczesnym latem 1918 r. – na kilka tygodni przed dotarciem hiszpanki do wschodnich granic II RP. Zatrważające rozmiary epidemia miała osiągnąć w Polsce we wrześniu. Szczególnie szybko rozprzestrzeniała się w Grodzie Kraka.

„Epidemia influenzy hiszpańskiej przybiera w Krakowie z każdym dniem groźniejsze rozmiary i coraz złośliwszą postać. Choroba ta, której następstwem staje się coraz częściej śmierć (!), daje się już dotkliwe odczuć wszystkim warstwom ludności. Opinia publiczna poważnie jest zaniepokojona zastraszającymi postępami tej uporczywej zarazy” – alarmował 26 września 1918 r. „Ilustrowany Kurier Codzienny”.

„Stolarze robią tylko trumny”

W pewnym momencie – jak informowała polska prasa – z powodu hiszpanki zaczęło brakować trumien oraz osób do obsługi pogrzebów. Zdarzało się, że ofiara grypy była przez to grzebana nawet po trzech dniach od swojej śmierci.

Choroba zbierała wyjątkowo krwawe żniwo na wsiach, co wynikało – zdaniem niektórych ówczesnych publicystów – z mniejszego w stosunku do miast dostępu ludności do opieki medycznej.

22 października 1918 r. krakowski dziennik „Głos Narodu” informował, że w leżącym w woj. lwowskim powiecie sokalskim grypa „grasuje po wsiach w sposób przerażający”. Gazeta donosiła, że „nie ma prawie chaty, w której by nie było chorego na hiszpankę”. „Śmiertelność jest ogromna. Stolarze po wsiach i miasteczkach nie robią nic innego, tylko trumny” – można było przeczytać w gazecie.

Co jakiś czas pojawiały się sensacyjne wieści o wynalezieniu leków na hiszpankę oraz pracach nad szczepionką. Do końca trwania epidemii nie udało się jednak stworzyć skutecznego remedium przeciwko tej chorobie. Nie brakowało przy tym dziennikarzy, którzy w swoich felietonach lekceważyli grypę i zarzucali społeczeństwu, że ulega przesadnej panice. Jednocześnie prasa zamieszczała liczne zalecenia lekarzy, takie jak izolacja chorych czy dezynfekcja pomieszczeń.

Zdarzali się ponadto przedsiębiorcy, którzy w sposób wątpliwy moralnie (a do tego wysoce szkodliwy) próbowali reklamować swoją działalność. Jeden z krakowskich restauratorów przekonywał na przykład, że serwowane u niego potrawy są nie tylko „higieniczne i smaczne”, ale stanowią wręcz skuteczny środek zabezpieczający przed zachorowaniami.

Urzędniczka w maseczce ochronnej. Nowy Jork, 1918 r. (fot. domena publiczna)

Naukowcy: koronawirus ewoluuje. Są dwie nowe odmiany

Wietnamscy naukowcy ujawnili, że nowy koronawirus powodujący COVID-19 przeszedł mutację i występuje w tym kraju w dwóch odmianach – informuje w...

zobacz więcej

Ponadczasowe zalecenia

W walce z szalejącą sto lat temu hiszpanką ludzie napotykali na te same problemy, z którymi mierzymy się obecnie w związku z szerzeniem się pandemii koronawirusa SARS CoV-2. Podobnie jak w 2020 r., największą przeszkodę stanowiło wówczas szybkie tempo rozprzestrzeniania się choroby przy jednoczesnym braku odpowiedniej szczepionki.

Z tego powodu w czasach pandemii hiszpanki działania w zakresie zdrowia publicznego sprowadzały się do dwóch głównych obszarów: unikania dużych skupisk ludzkich oraz kładzenia nacisku na zachowanie higieny osobistej. W prasie i na plakatach pojawiały się reklamy społeczne, w których przypominano, aby dokładnie myć ręce oraz nosić poza miejscem zamieszkania maseczki ochronne.

„Ta choroba jest wysoce zakaźna. Nie istnieje lek, który byłby w stanie się jej przeciwstawić. Unikaj zgromadzeń publicznych oraz zakrywaj nos i usta, gdy kichasz lub kaszlesz” – można było przeczytać na plakatach rozwieszanych w Kanadzie. W amerykańskich gazetach zamieszczano z kolei taką oto reklamę mydła: „Przed jedzeniem, kiedy wracasz do domu z pracy, za każdym razem, gdy przychodzisz z zewnątrz – musisz się dobrze umyć”.

W dobie pandemii ponadczasowe okazują się też niestety nieodpowiedzialne zachowania społeczne. Medykom żyjącym na początku XX w. nieobce były chociażby przypadki ukrywania przez obywateli objawów choroby.

„Dużo winy ponosi chory, który przy lekkim bólu głowy i łamaniu w kościach, lekceważąc te objawy, nie kładzie się do łóżka i nie wzywa lekarza” – przestrzegał w październiku 1918 r. krakowski dziennik „Nowa Reforma”.

Historię straszliwej epidemii hiszpanki można bez wątpienia potraktować jako pewną przestrogę dla kolejnych pokoleń. Stanowi ona jednocześnie zbiór cennych wskazówek pokazujących, jakie mechanizmy działania się sprawdzają, a których należy zdecydowanie unikać.

Hiszpanka daje nam lekcję, że największymi sprzymierzeńcami chorób zakaźnych są przede wszystkim ich lekceważenie oraz brak odpowiednio szybkiej reakcji ze strony władz. Uświadamia nam również, że nie tylko można, ale wręcz trzeba wyciągać odpowiednie wnioski z przeszłości. Wszak nie od dziś wiadomo, że najbezpieczniej (i najzdrowiej) uczyć się na cudzych błędach.

źródło:
Zobacz więcej