RAPORT

Kampania 2020

Sandersa broni już tylko matematyka. „Senny Joe” szykuje się do starcia z Trumpem

Partia Demokratyczna wykorzystuje epidemię koronawirusa w USA do uderzania w Trumpa (fot. Jonathan Bachman/Getty Images)

Partia Demokratyczna ma nie lada problem przed przewidzianymi na listopad wyborami prezydenckimi w USA. Chociaż murowanym kandydatem do otrzymania jej nominacji jest -ulubieniec partyjnego establishmentu – były wiceprezydent Joe Biden, to nic nie wskazuje, by był on faworytem w starciu z urzędującym prezydentem. Po tym, jak amerykańskiej lewicy nie udało się osłabić pozycji Donalda Trumpa za pomocą afery Russiagate ani próby impeachmentu, liczy ona teraz na wykorzystaniem przeciwko niemu epidemii koronawirusa.

Nie tylko Donieck. Rosja musi wynieść się także z Krymu

Szósta rocznica zaanektowania przez Rosję ukraińskiego Krymu przeszła właściwie bez echa. Jedną z przyczyn jest oczywiście epidemia koronawirusa....

zobacz więcej

Po niedawnych prawyborach Partii Demokratycznej na Florydzie, w Arizonie i Illinois – były wiceprezydent USA odniósł zwycięstwa nad Bernie Sandersem i powiększył nad nim swoją przewagę. 77-letni Joe Biden ma dzięki temu już 1147 delegatów na konwencję Demokratów, podczas gdy 78-letni senator z Vermont ma ich tylko 861.

Oznacza to, że Sanders nie ma już praktycznie szans, by przegonić swojego, wspieranego przez demokratyczny establishment i mainstreamowe media, rywala. Nadal jednak nie ma on zamiaru zrezygnować ze starań o uzyskanie partyjnej legitymacji i wciąż zapewnia, że jest najlepszym kandydatem do pokonania znienawidzonego przez amerykańską lewicę urzędującego prezydenta.

Po ostatnich prawyborach w trzech stanach znów potwierdziła się wcześniejsza reguła – na Bidena głosowali przede wszystkim wyborcy po 50. roku życia, osoby o lewicowych poglądach, ale umiarkowanych, i Afroamerykanie.

Joe Biden – którego Donald Trump określa, z racji jego postawy i komunikowania się z wyborcami jako „Senny Joe” – odwołuje się do swojego doświadczenia ze współpracy z byłym prezydentem Barackiem Obamą, który wciąż jest traktowany przez to środowisko z niezwykłą estymą. To zaś z miejsca poprawia notowania Bidena wśród Afroamerykanów. Ten zaś podkreśla również, że w przeciwieństwie do Sandersa, znajduje pokrycie w wyliczeniach dla swoich propozycji reform, a postulaty rywala określa jako nierealistyczne do zrealizowania.

Biden jest typowym przedstawicielem środka – pomimo tego, że Demokraci w ostatnich latach przesunęli się mocno na lewo – a przy tym mającym mocne poparcie w partii i dokładnie dobierającym każde słowo. Co prawda, bardzo często zdarzają mu się gafy słowne i wciąż wypomina mu się niestosowne zachowania w stosunku do kobiet (m.in. dotykanie, wąchanie, pocieranie nosem, obejmowanie), ale media umiejętnie roztaczają nad nim parasol ochronny.

Tak wykuwa się sojusz. Amerykańskie LNG przez Polskę na Ukrainę

Epidemia koranowirusa zepchnęła w cień niezwykle ważną informację zapowiadającą dostarczanie ogromnych ilości amerykańskiego LNG przez terminal w...

zobacz więcej

I skupiają się na Sandersie, na którego głos oddaje przede wszystkim młodzież – lewicowa, nastawiona antykapitalistycznie, roszczeniowo, licząca na oferowany jej przez niego rozbudowany socjal. On zaś prezentuje się jako przedstawiciel tych, którzy domagają się rewolucyjnych zmian w państwie.

Chodzi mu przede wszystkim o wprowadzenie zupełnie nowego modelu jego funkcjonowania – na wzór europejskich liberalnych demokracji i ich potężnych systemów socjalnych. To zaś – rozbudowany do granic możliwości rząd centralny, wysokie podatki, a co za tym idzie, utrudnienia dla prowadzenia firm, mobilności i ograniczenia wolności obywatelskich – to koszmar nie tylko dla Republikanów, ale i dla części Demokratów.

Do tego dochodzą katastrofalne dla jego wizerunku słowa pochwalne pod adresem Fidela Castro – czym bardzo zraził do siebie Kubańczyków z USA czy przypominane co i rusz pozytywne wypowiedzi w stosunku do Związku Sowieckiego czy komunizmu. Oczywiście, Sanders nie pochwala tego systemu totalitarnego – jednak w swoim wypowiedziach wielokrotnie umniejszał jego zbrodniczość i mówił o „pozytywach”.

Podobną wizję „nowej Ameryki” – socjalnej, z wielkim rządem „dbającym” o obywateli, z uderzeniem w kieszenie bogaczy, a przy tym całkowicie „zielonej” pod względem energetycznym – roztacza była wolontariuszka w sztabie Sandersa w latach 2015-2015, a obecnie kongresmen Demokratów Alexandria Ocasio-Cortez, która udzieliła mu oficjalnego poparcia.

To też dzięki jej zaangażowaniu lewicowa młodzież tak entuzjastycznie popiera Sandersa. Imponował jej on również przed czterema laty, gdy przegrał z Hillary Clinton bój o partyjną nominację, po tym, jak nie uzyskał akceptacji decydentów Demokratów. To zaś zostało odebrane przez jego wyborców jako oszustwo i wpłynęło na decyzję części z nich o pozostaniu w domu w dniu starcia Clinton z Trumpem. Z dzisiejszej perspektywy ocenia się, że była to jedna z głównych przyczyn jej porażki.

Powtórzenia tego scenariusza obawia się partyjna wierchuszka Demokratów. Aby przyciągnąć do siebie potencjalnych wyborców Sandersa Biden również w swoich wypowiedziach dużo miejsca poświęca sprawom socjalnym. Ale nie jest mu łatwo znaleźć odpowiedź na rozbuchane przez Sandersa apetyty – przede wszystkim młodzieży – chcącej zmian tu i teraz.

Merkel wybiera „humanitarny listek figowy”. Zamiast tego powinna przeprosić Orbana

Niemcy zdecydowały się na przyjęcie 1,5 tys. nieletnich migrantów z przepełnionych greckich obozów. W ten sposób Berlin kolejny raz dolewa jedynie...

zobacz więcej

Socjalistyczny senator od lat konsekwentnie opowiada się za wprowadzeniem powszechnego państwowego systemu ubezpieczeń zdrowotnych, bezpłatnej nauki w college’ach i za umorzeniem długów studenckich, częściowym upaństwowieniem sektora bankowego, nałożeniem maksymalnych stawek oprocentowania kredytów, podnoszeniem płacy minimalnej.

Sanders jest też zwolennikiem liberalizacji aborcji, wprowadzenia małżeństw homoseksualnych, a w polityce zagranicznej – powrotu do polityki współpracy z Berlinem i Paryżem i unikania konfliktu z Rosją. Dziś krytykuje Trumpa za politykę wobec Iranu, UE i Chin.

Chociaż senatorowi z Vermont, jak wskazują znaki na niebie i ziemi, nie uda się ponownie stanąć do walki z Donaldem Trumpem, to jego działalność mocno zmienia Amerykę i zmusza przeciwników do ustosunkowania się do przynajmniej część jego postulatów.

Chociaż do niedawna wydawało się, że po tym, jak Demokratom nie udało się pokonać czy chociaż osłabić urzędującego prezydenta za pomocą zarzutów o bycie „człowiekiem Putina” czy poprzez impeachment, ma on „autostradę” do uzyskania reelekcji podczas przewidzianych na 3 listopada wyborów, to teraz sytuacja nie jest już tak klarowna.

Nie chodzi jednak o to, że nagle Biden stanie się drugim Obamą, za którym pójdą tłumy, tylko że amerykańskiej lewicy wygodnie będzie przez najbliższy czas punktować postawę władz w walce z koronawirusem. O tym, że epidemia przybiera tam ogromne rozmiary świadczą ostatnie dane – wtorek był bowiem drugim dniem z rzędu, w którym zmarło w tym kraju z tego powodu ponad 100 osób. Liczba zakażonych przekroczyła 52 tysiące, a zmarło co najmniej 675 osób.

Już dziś wiadomo, że epidemia uderzy też mocno w amerykańską gospodarkę – której stan bardzo poprawił się podczas rządów Trumpa, co ten wykorzystywał podczas kampanii jako dowód na sukces swojej prezydentury. Teraz amerykański prezydent staje przed najważniejszym testem. Od jego rezultatów zależeć będzie w dużej mierze wynik wyborów 3 listopada.

Petar Petrović

Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia

źródło:
Zobacz więcej