RAPORT

Koronawirus: mapy, statystyki, porady

Blizna w płucach #koronawirus

Świat nauki szuka sposobu na pokonanie koronawirusa (fot. PAP/EPA/ROB ENGELAAR)

W rozwiązywaniu wszelkich problemów zawsze są dwie szkoły. Choroby zakaźne nie są w tym względzie szczególne. Wobec problemu bowiem można mieć podejście aktywne lub pasywne. W przypadku koronawirusa powinniśmy, moim zdaniem, działać, a nie przyglądać się.

Czy koronawirus zniknie wiosną? Kiedy będzie lek i szczepionka? I dlaczego niektórzy są odporni?

Na szczepionkę w czasie bieżącej epidemii koronawirusa nie mamy co liczyć. Czy to jest w ogóle możliwe, by ją opracować? Nie wiem. Od 20 lat to się...

zobacz więcej

CZYTAJ WIĘCEJ W RAPORCIE

Podstawowym kryterium rozróżniającym obie strategie powinna być rzeczowa ocena: czy mam moc coś zmienić swoim działaniem, czy nie mam tej mocy. Ważne jest też, jakie poważne i dalekosiężne skutki ma – w przewidywaniu – każda z tych strategii. Niestety, na ogół doczepiają się i inne kryteria, jak: czy mi się to opłaci? Czy mi podziękują? Czy nie pomogę swoim wrogom? Oraz zwykłe lenistwo, zniechęcenie, smutek, kompleksy… tu są źródła wielu decyzji o zaniechaniu. Zresztą podobnie nieprzemyślane bywają nasze decyzje o podjęciu jakiejś aktywności.

Co do chorób zakaźnych, dam przykład podejmowania takich decyzji z mojej praktyki zawodowej. Kilkanaście lat temu zajmowałam się pewnymi bakteriami, które każdy z nas ma w jelitach. Gdy ktoś jest chory lub słabszy immunologicznie, poddawany długotrwałej hospitalizacji, albo zabiegom chirurgicznym, to ta bakteria potrafi wywołać bardzo trudne w terapii zakażenia, bo jest bardzo oporna na wiele antybiotyków.

Taki wielooporny szczep potrafi się też szerzyć epidemicznie pomiędzy pacjentami, dokładnie zresztą na tych samych zasadach (brudne ręce), co koronawirus (na szczęście nie drogą kropelkową, tak jak SARS-COV-2), aczkolwiek znacznie mniej od niego wydajnie.

Zdarzyło się, że w dużym szpitalu wojewódzkim w Polsce wybuchła epidemia tej bakterii. Laboratorium szpitalne nieustannie pobierało materiał do analizy i ustalono, że bardzo wielu pacjentów jest jej nosicielami. W laboratorium molekularnym poddawałem te próbki badaniu tzw. polimorfizmu DNA, aby ustalić, czy to jeden szczep zakaźny, czy „sprzedaje” innym szczepom tej baterii tylko ów genetyczny element odpowiedzialny za oporność na ratujące życie antybiotyki.

„Roztropny” marszałek Grodzki w dobie koronawirusa

Czas jest taki, że nie uda się uciec od kwestii związanych z koronawirusem. Czytelnicy, którzy wykażą się odrobiną cierpliwości, przekonają się, że...

zobacz więcej

Mur niepotrzebny

Było w tym czasie kilkanaście poważnych zakażeń szpitalnych tą bakterią, jedna osoba zmarła. Pacjentów nie było czym leczyć. Ilość analizowanych pod kątem nosicielstwa próbek szła tygodniowo w setki, tymczasem... nie przeprowadzano elementarnej izolacji owych nosicieli od innych pacjentów. Do tego personel medyczny nie zawsze dezynfekował ręce. Nie trzeba budować muru, żeby była izolacja. Trzeba natomiast dezynfekować ręce – zwłaszcza personelu medycznego, który jest łącznikiem miedzy pacjentami.

Na tym prostym przykładzie widać, że mimo wielu dogłębnych analiz, drobnoustrój „szalał po oddziałach”, bo od mierzenia temperatury gorączka nie spada. Z koronawirusem jest podobnie – izolacja jest tu kluczem, zaś diagnostyka pomaga jedynie ustalić, kogo należy izolować.

Nie ma i szybko nie będzie szczepionki, terapia zaś pomaga leczyć wywoływane przez koronawirusa zapalenie płuc, przy czym dziś jest to leczenie objawowe, głównie pochodną całkiem starej daty środka przeciwmalarycznego (zwanego chlorochiną, zarejestrowanego błyskawicznie w Polsce w zastosowaniu w terapii COVID-19).

Dobre rady pana Tuska – odnośnie koronawirusa

Politycy opozycji mają niewielkie pole manewru w kwestii dotyczącej koronawirusa w Polsce. Nawet przeciwnicy polityczni PiS ataki na rząd w tej...

zobacz więcej

Globalny problem

Dlaczego zatem rozwiązując ten nowy globalny problem musimy zastosować podejście aktywne a nie pasywne? Dlaczego nie powinniśmy zastosować podejścia brytyjskiego, zapewne mało skutecznego i niemądrego? Mój przykład z bakterią w jednym z naszych szpitali wojewódzkich stanowi część odpowiedzi. Gdy tylko izolacja jest skuteczna, to po prostu trzeba izolować. Bez izolacji może być tylko gorzej.

Odporność populacji, o której wielu mówi, a znów niewielu rozumie (moim zdaniem brytyjski premier Boris Johnson nie rozumie) nie polega na tym, że wszyscy przechorujemy COVID-19 nie licząc się z tym, ile osób na tym bardzo ucierpi. Zakłada się, że jak wszyscy (czy więcej niż połowa z nas) przechorujemy, to wszyscy staniemy się odporni, ale tak się nie stanie. Nie wiemy jaką odporność na kolejne zakażenia i na jak długo daje nam przechorowanie COVID-19. Nie wiemy też jak szybkość mutacji wirusa będzie warunkowała jego realne przekształcanie się w nowe, inne w stosunku do nas, warianty.

Oczywiście historia poucza, że gdy konkwistadorzy hiszpańscy przywieźli ospę wietrzną i grypę na kontynent południowoamerykański, najpierw ludność tubylcza była bardzo nieodporna, po latach zaś ta odporność się pojawiła i dziś jest podobna, jak w Europie. Zatem oczywiście, jako populacja, immunologicznie (i mam nadzieję – higienicznie) przystosujemy się z czasem do tego nowego elementu w układance, jaką jest polityka zdrowia publicznego i naszego osobistego. I daj Boże, tak jak na grypę sezonową, pojawi się szczepionka, która pozwoli przynajmniej łagodniej to przechodzić i zmniejszyć wpływ koronawirusa na populację do poziomu grypy sezonowej. Ten wirus jest tak nowy, że po prostu nie wiemy, jak się będzie zachowywał.

Macron porozumiał się z Brukselą w sprawie zamknięcia granic

Prezydent Francji Emmanuel Macron zapowiedział w orędziu do narodu, że ze względu na pandemię koronawirusa we wtorek w południe rząd w porozumieniu...

zobacz więcej

Zastępcza izolacja

Odporność populacji, zwanej też w tym zjawisku „hordą”, działa świetnie w przypadku szczepionek. Mamy w tym wypadku niegroźną dla populacji, niezakaźną substancję – szczepionkę – którą podajemy masowo. Nie wywołuje ona zachorowań, nie grozi 10-20 procentom zaszczepionych hospitalizacją i powikłaniami. Wtedy ludzie niezaszczepieni, dopóki nie jest ich zbyt wielu, niejako pasożytują immunologicznie (czasem tak muszą, bo szczepienie mogłoby być dla nich groźne, czasem takie mają widzimisie) na zaszczepionych. Gdy bowiem zaszczepionych jest wielu i są równomiernie rozproszeni w populacji, drobnoustrój chorobotwórczy nie ma szans wywołać ogniska epidemicznego. Prawdopodobieństwo bowiem, że nieszczepiony zakażony spotka innego niezaszczepionego, a potem kolejnych, jest wtedy minimalna.

Ogranicza to też szansę srogiego już wirusa na skuteczne generowanie jeszcze groźniejszych (np. bardziej zakaźnych) dla nas mutantów, bo tu działa magia wielkich liczb. Załóżmy, że mutuje tysiąc cząsteczek wirusa na miliard, które wyprodukuje nasz organizm. Jedna cząsteczka z tego tysiąca może stanowić dla naszego zdrowia śmiertelne zagrożenie. Zmniejszając do minimum szansę jej transmisji na innego człowieka, zmniejszamy ryzyko rozwleczenia po świecie jeszcze gorszego potwora. Szczepionki to zatem taka „izolacja bez izolacji”. Gdy nie ma szczepionki, musimy izolować. Musimy działać, a nie stać i patrzeć.

Zachowanie podejścia aktywnego ma i drugą co najmniej przyczynę, poza koniecznością uniknięcia gwałtownego wzrostu epidemii. Otóż, gdy zachowamy się racjonalnie, przeprowadzimy izolację, kwarantannę, to z czasem kurz po tej epidemii opadnie. Wtedy obliczenia specjalistów prawdopodobnie wykażą, że zakaźność SARS-CoV-2 jest dwu- nawet trzykrotnie wyższa od zakaźności grypy, zaś śmiertelność – obliczona względem wszystkich zakażonych a nie tylko tych objawowych i objętych kwarantanną (wykrywa to wyłącznie masowe testowanie molekularne), nie będzie wynosić 3-4 proc. jak dziś liczy Światowa Organizacja Zdrowia, ale powiedzmy 1-2 proc.

Nie możemy jednak po prostu tak „na upartego” tego wszyscy przechorować, gdyż podstawowym klinicznym przejawem koronawirusa jest zapalenie płuc. I to dotyka 10-20 procent zakażonych. Lżejsze, cięższe… To nie jest zatem choroba bez przewidywalnych długofalowych skutków. Zakażeni 20-, 30- czy 40-latkowie, których ryzyko powikłań w tym wirusowym zapaleniu płuc nie jest wysokie, nie wyjdą jednak z niego bez szwanku. Bowiem, jak to w przebiegu zapalenia płuc bywa, konsekwencją może być silny stan zapalny, tego zaś postępujące zwłóknienie tkanki płucnej. Taka blizna w płucach. Stąd rześki 30-latek przy sporym pechu może z tego wyjść z płucami 50-latka. Tak twierdzą lekarze z Centrum Chorób Zakaźnych w Hong Kongu, analizujący pierwsze grupy ozdrowieńców po przebyciu COVID-19.

Więc nie, nie możemy tego wszyscy przechorować. Musimy zrobić wszystko, aby tak się nie stało. Wszyscy.

źródło:
Zobacz więcej