RAPORT

Koronawirus: mapy, statystyki, porady

Przemoc dla wrogów, kaganiec dla swoich

"Przynajmniej w sprawie koronawirusa powinno udać się zachować konsensus" – ocenia Krzysztof Karnkowski (fot. PAP/Paweł Supernak)

Na górze, przynajmniej między rządzącymi a opozycją, na chwilę zapanował spokój. Dopóki liderzy tej drugiej nie zorientują się, że na dłuższą metę służy on bardziej PiS-owi niż im samym, przynajmniej w sprawie koronawirusa powinno udać się zachować konsensus. Gdzie indziej jednak agresja buzuje, przyjmując coraz bardziej niebezpieczne formy. Nic dziwnego, poczucie bezkarności sprawców kilku ostatnich ataków, motywowanych politycznie, nie bierze się znikąd.

Równe i równiejsze. Feministki, dlaczego milczycie ws. Nitek-Płażyńskiej? [WIDEO]

Sędzia Małgorzata Zwierzyńska z Gdańska dała wczoraj sygnał do wszystkich Polek: jeśli szef Cię poniewiera, grozi Ci i obraża, a Ty to...

zobacz więcej

Skazanie Józefa Piniora przez sąd pierwszej instancji nie wygląda, niestety, na pierwszą jaskółkę tej wiosny, a co najwyżej „wypadek przy pracy”. Tym większy, oczywiście, szacunek dla sędziego, który potrafił wyjść ponad politykę (z podsądnym zdarzyło mu się nawet wspólnie protestować w obronie sądów zresztą) i poza „doktrynę Neumanna”, jednak mieliśmy też w ostatnich dniach zupełnie inne wyroki w sprawach, w których dużą rolę odgrywają sympatie polityczne procesowych stron.

I, jak można się obawiać, nie tylko ich. Władysław Frasyniuk nie odpowie za napaść i znieważenie policjanta, ponieważ sędzia uznała je za uzasadnione okolicznościami i społecznie nieszkodliwe. W pewnym stopniu wpisuje się w to szersze sympatie sporej grupy sędziów, którzy najmniejszą ufnością obdarzają mundurowych z różnych służb i z reguły zasądzają niskie kary za znieważenie policjanta czy funkcjonariusza służby więziennej. Ktoś mógłby tłumaczyć to traumą po PRL, trudno jednak dopatrywać się tego typu problemu w środowisku, które nie poddało się żadnej lustracji, zaś narybek wychowało na podręcznikach komunistycznych weteranów sądownictwa. „Cieszę się, że zostało podkreślone (w uzasadnieniu – dop. K.K.), iż wyrok nie stanowi przyzwolenia na »przestępne naruszanie nietykalności cielesnej funkcjonariuszy policji«, niestety praktyka wygląda tak, że policjanci po każdym podobnym wyroku często spotykają się z większą agresją, słyszą podczas zabezpieczeń, że »i tak mnie uniewinnią« lub wskazują z uśmiechem na twarzy, że to niska szkodliwość społeczna czynu” – mówi rzecznik KSP Sylwester Marczak. I można założyć, że wie, co mówi.

Platformo, zatrzymaj się, pomyśl. Tak zachowują się hieny #koronawirus

Wszyscy wiemy, że partie opozycyjne, na czele z największym ugrupowaniem – Platformą Obywatelską chcą wrócić do władzy. Nie ma w tym nic złego, ale...

zobacz więcej

Tymczasem można odnieść wrażenie, że sędzia daje upust politycznym sympatiom, a na to wszystko nakładają się jeszcze polityczne gry części opozycji, takie jak uczynienie gwiazdą konwencji wyborczej ojca zakatowanego na komendzie policji chłopaka. Platforma bierze na sztandary walkę z brutalnością służb, co oczywiście nie przeszkodzi jej korzystać z niej w pełni w przypadku przejęcia władzy. Internet wciąż pamięta przecież kopanego po głowie człowieka z Marszu Niepodległości, akcję „widelec” czy gumowe kule lecące w stronę demonstrantów.

Jeszcze bardziej oburzający jest jednak wyrok, który zapadł w czwartek w sprawie Natalii Płażyńskiej-Nitek, która kilka lat temu oskarżyła swojego szefa, niemieckiego przedsiębiorcę, o mowę nienawiści wobec Polaków. Za jej pomocą, z użyciem określeń z arsenału propagandy III Rzeszy Niemieckiej, Hans G. poniżać miał swoich polskich pracowników. Dowodem tych działań stały się dokonane przez Płażyńską-Nitek nagrania. Sąd pierwszej instancji Niemca skazał, jednak na tym sprawa się nie skończyła. Ktoś mógłby pomyśleć, ze druga instancja wydaje się kpić z prawa i przyzwoitości i zrównywać polską ofiarę z nazistowskim (jak sam się określał) prześladowcą.

Odszkodowanie dla Polki zostało drastycznie zmniejszone, a zasądzone przeprosiny z publicznych stały się już tylko prywatne. Jakby tego było mało, równocześnie sędzia SA Małgorzata Zwierzyńska uznała, że Natalia Nitek naruszyła nagraniami (a więc zdobyciem jedynego możliwego dowodu przestępstwa – czy można tego odmawiać ofierze?) prawo Hansa G. do prywatności. W ten sposób gdański sąd, tworzący wrażenie kierowania się chęcią uderzenia w żonę posła PiS, może utrudnić działanie w obronie własnej i dochodzenie do sprawiedliwości setkom, być może nawet tysiącom ofiar, każdy bowiem zastanowi się w podobnej (i każdej innej sytuacji, w której koronnym dowodem może być nagranie), czy warto ryzykować zrównanie z przestępcą wyrokiem w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej, choć wbrew jej władzom i na złość obywatelom.

Prezes TVP oddał się do dyspozycji prezydenta

„W imię dobra Telewizji Polskiej oddaję się do dyspozycji prezydenta” - napisał prezes TVP Jacek Kurski w liście do prezydenta Andrzeja Dudy....

zobacz więcej

Czy przy takim orzecznictwie spodziewać należy się rzetelnych i sprawiedliwych, niemotywowanych politycznie wyroków w sprawach, które będą, miejmy nadzieję, następstwem kilku innych wydarzeń, jakie miały miejsce w ostatnich dniach?

Tydzień temu ostrzelano biuro Ryszarda Czarneckiego. W ścianie i oknie znaleziono ślady 70 kul, co pokazuje skalę nienawiści i determinacji atakującego. Kilka dni wcześniej na Pomorzu w Miastku pobito wolontariusza zbierającego podpisy dla Andrzeja Dudy, a w centrum Poznania – dwójkę wolontariuszy z listami poparcia kandydata Konfederacji Krzysztofa Bosaka. Na Pomorzu pobito również sołtysa wieszającego baner Dudy na swoim płocie. Wreszcie próba podpalenia budynku telewizji Polskiej, powstrzymana szczęśliwie na bardzo wczesnym etapie, jednak – zaistniała. Żadne z tych wydarzeń nie spotkało się z krytyką ze strony polityków opozycji. Sympatycy opozycji natomiast skłonni są dopatrywać się w nich co najwyżej prowokacji ze strony władz. W takiej reakcji nie ma zresztą niczego nowego, dość przypomnieć, że w swoim czasie warszawscy Młodzi Demokracji oficjalnie uznali za prowokatora znanego z demonstracji opozycji agresywnego ich uczestnika i ochroniarza, choćby wspomnianego już dziś Władysława Frasyniuka.

O ile jednak przedstawiciele opozycji i zaprzyjaźnionych z nią mediów nie mają żadnego problemu z brutalizacją kampanii wyborczej, zupełnie inaczej dzieje się, jeśli pojawia się najdrobniejsza krytyka Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, płynąca z własnych szeregów. Kiedy dziennikarka „Gazety Wyborczej” Dominika Wielowieyska na swoim Twitterze napisała, że „Małgorzata Kidawa-Błońska nie jest przygotowana do odpowiedzi na pytania dotyczące ekonomii i polityki społecznej. Platforma nie ma przemyślanego, przedyskutowanego przekazu w wielu sprawach np. swoich ośmioletnich rządów”, spotkało się to z bardzo mocnymi i krytycznymi reakcjami.

Krzysztof Ziemiec: Dziś koktajl Mołotowa, jutro może przyjść ktoś z siekierą

Ta bardzo krzykliwa, ale nieliczna grupa protestuje pod budynkiem TVP przy pl. Powstańców Warszawy. Pojawiła się ponad rok temu. Ci ludzie są...

zobacz więcej

Wśród osób, które źle przyjęły opinię na temat kandydatki PO, znalazły się takie figury opozycji, jak Roman Giertych, Jan Vincent Rostowski czy Hanna Gronkiewicz-Waltz.

„W filozofii Poppera istnieje +paradoks wolności+ – człowiek nie ma wolności stania się niewolnikiem. Myślę że także istnieje +paradoks dziennikarstwa w demokratycznym kraju+: nierozsądnym i NIEMORALNYM jest nie uwzględniać, czy to, co się pisze zbliża koniec wolnej prasy.” – poucza (pisownia oryginalna) prof. Rostowski, a wszystko z powodu dwóch zdań o kandydatce. Za którymi nie idzie przecież żaden pozytywny przekaz o rządzących czy Andrzeju Dudzie.

Źle widziane są również różnice zdań między kandydatami opozycji na prezydenta (poza, oczywiście, Krzysztofem Bosakiem). Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz, która sama zdążyła już poprzeć bodaj troje z kandydatów – Szymona Hołownię, Małgorzatę Kidawę-Błońską i Roberta Biedronia – promuje na Twitterze tekst Karoliny Lewickiej z portalu naTemat. „PiS, PO – to samo zło? Kandydaci opozycji, nie idźcie tą drogą!” – apeluje Lewicka i rozwija następnie swoje przesłanie do Biedronia, Hołowni i Kosiniaka-Kamysza. Według publicystki Platforma i jej kandydatka powinny być wyłączone spod krytyki, ta bowiem utrudnić może płynne przekazanie na nią głosów przed druga turą wyborów.

Koktajlem Mołotowa chciał rzucić w siedzibę TVP. Interweniowała policja

Najprawdopodobniej chciał podpalić główną siedzibę Telewizji Polskiej w Warszawie – w sprawie mężczyzny, który we wtorek przed gmachem przy ul....

zobacz więcej

„Jeśli krytyka i wzajemne złośliwości pójdą za daleko, to trudno będzie w pierwszy powyborczy poniedziałek zachęcić swój elektorat do tego, by oddał głos na kandydatkę, która 24 maja będzie się mierzyć w ostatecznym starciu z Andrzejem Dudą. Wyborcy, infekowani przez kilka tygodni niechęcią do wicemarszałek Sejmu i jej obozu politycznego, mogą pozostać głusi na te apele.” – pisze Lewicka, równocześnie próbując wyperswadować kandydatom wszelkie spory we własnym gronie. Bo choć większość obserwatorów jest zdania, że czeka nas bardzo ciekawy pojedynek o trzecie (lub nawet drugie) miejsce w pierwszej turze, które wyłonić może też nowego lidera opozycji, komentatorka naTemat chce jedynie anty-PiS-u, kandydaci mają być anty-Dudą o czterech twarzach. Faktu, że takie postawienie sprawy jest w jakimś stopniu (kolejnym, po wyborach do PE i ostatnim głosowaniu do Senatu) ograniczeniem biernego prawa wyborczego głosujących, Lewicka ani nikt inny ze zwolenników tego frontu jedności opozycji nie dostrzega. Zamiast sześciu kandydatów widzą jednego wroga zasłaniającego im cały świat. Nic dziwnego, że w takiej walce dozwolone są de facto wszystkie chwyty i nawet na akty zwyczajnego bandytyzmu niektórzy patrzeć będą przez palce.

źródło:
Zobacz więcej