Raport

Epidemia koronawirusa

Kampania wyborcza w czasach zarazy

„Politycy apelują, by (potencjalnego) dramatu nie wykorzystywać w celach politycznych właśnie, lecz sami wyłączają siebie z grona adresatów tych apeli” (fot. PAP/ EPA/NABIL MOUNZER)

Nikt nie spodziewał się, że wszystkie brudne bomby, trzymane na czas kampanii prezydenckiej, okażą się całkowicie nieważne przy problemie natury globalnej. Problemie, który w momencie pisania tych słów jeszcze szczęśliwie omijał Polskę – koronawirusie.

Kogo popiera Tusk?

Gdyby wykluczyć prowadzenie przez Donalda Tuska jakiejś zakulisowej gry, można pomyśleć, że chyba coś nie poszło z timingiem. Dzień po tym, gdy...

zobacz więcej

Politycy apelują, by (potencjalnego) dramatu nie wykorzystywać w celach politycznych właśnie, lecz sami wyłączają siebie z grona adresatów tych apeli. W pewnym stopniu jest to zrozumiałe, choć czy wybaczalne – to inna sprawa. Czy wywołanie paniki, kontrolowanej lub niekontrolowanej, służyć może politycznym przesileniom lub wręcz przeciwnie, kontynuacji, wzmocnieniu legitymacji dotychczasowej władzy?

To drugie rozwiązanie znane jest reżimom, zwłaszcza autorytarnym, na całym świecie. Szukając przykładu, można przywołać działania władz Korei Południowej z czasów, gdy dawny, wojskowy w dużej mierze, reżim liczył się z wyborczą porażką z wchodzącymi do oficjalnej polityki lewicowcami i demokratami.

By zmienić nastroje społeczne, prowokowano incydenty wojskowe z udziałem Północy i przy jej wsparciu, ponieważ władze w Phenianie miały w tym własne interesy. Dopiero po latach do mieszkańców zaczęła docierać prawda o przyczynach kolejnych militarnych kryzysów na linii Korea Północna-Korea Południowa. Z kolei zamachy w Madrycie w 2004 roku spowodowały zmianę nastrojów społecznych i zwycięstwo w wyborach socjalistycznej opozycji, przeciwnej udziałowi kraju w wojnie w Iraku.

Koronawirus to zagrożenie innego typu, jednak jego społeczny i medialny skutek jest podobny – to panika, a więc i zwiększona możliwość podejmowania przez ludzi decyzji i działań emocjonalnych, nieracjonalnych. Jest oczywiste, że w interesie nie tylko rządzących, ale każdego odpowiedzialnego polityka (i każdego uczestnika debaty publicznej) jest niedopuszczenie do takiego stanu rzeczy, rzetelne przekazywanie informacji o metodach zabezpieczeń i środkach bezpieczeństwa. A jeśli wirus dotrze do Polski, przekazywanie informacji o realnym obrazie sytuacji i wszelkich wiadomości na temat uzyskania pomocy oraz zachowania w przypadku kontaktu z osobą chorą, bądź podejrzenia wystąpienia choroby u siebie. Ale czy politycy (dziennikarze, komentatorzy) kierują się odpowiedzialnością? Niekoniecznie, nawet wtedy, gdy nie jest to już tylko odpowiedzialność za słowo, lecz, na razie potencjalnie tylko, za zdrowie, może nawet życie wyborców, widzów, słuchaczy, czytelników. Władza przedstawia sytuację jako znajdującą się, na ile jest to tylko możliwe, pod kontrolą. Przekazywane są stosowne komunikaty, informacje i instrukcje. Poprzez SMS-y, jak zwykle w przypadku zagrożeń, przez przygotowany przez ministerstwo spot, przez strony internetowe. Najlepszym, co rządzący mogą w takiej sytuacji robić, również z politycznego punktu widzenia, jest rzetelne wykonywanie własnych obowiązków. I jak na razie wygląda na to, że tak właśnie się dzieje.

Zmień pracę i zjedz pączka

Styl byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego jeszcze do niedawna wydawał się jedyny w swoim rodzaju i absolutnie nie do podrobienia – pisze...

zobacz więcej

W tym samym czasie jednak przeciwnicy obozu rządzącego starają się przekazać swoim odbiorcom komunikat, że rząd robi za mało, działa zbyt późno, nie panuje nad niczym. Dziennikarz Wirtualnej Polski Marek Kacprzak pisze na Twitterze: „W dobie powszechnej informacji i internetu, LTE, zbliżającego się 5G, rząd informuje o tym co na świecie SMS-em. Prawdziwa partia konserwatywna. Czekam na telegram”. Tymczasem SMS to ogólnoświatowa forma informowania obywateli o zagrożeniach, praktykowana choćby w przywołanej już w tym tekście Korei Południowej, kraju, któremu nowoczesności, zwłaszcza technologicznej, nikt o zdrowych zmysłach nie odmówi. Korea stała się zresztą jednym z ognisk koronawirusa, co wpływa na życie zwykłych mieszkańców, którzy komunikaty na temat zachowania w obliczu tego zagrożenia otrzymują od środy również na telewizyjnych paskach w języku koreańskim i angielskim. Wróćmy jednak do polskiego narzekania.

Na brak informacji wskazuje kandydat na prezydenta Szymon Hołownia. Przeczy jednak sam sobie, wpis ilustrując informacyjną grafiką z rządowej strony. Z kolei Robert Biedroń informacji szukać chce najwyraźniej u źródła i ogłasza, że wybiera się z partnerem do Chin, bo… teraz jest taniej. Po kilku godzinach sprawę obrócił w żart, bo i temat do żartów wyśmienity. Marszałek Senatu pokazuje, jak należy myć ręce, poprawia go wicemarszałek, zaś rzecznik największej partii opozycyjnej Jan Grabiec bawi się w brzydkie sugestie, podchwytywane zresztą przez wielu swoich sympatyków. „Ukrywanie informacji o potwierdzonych zachorowaniach na koronawirusa to igranie życiem i zdrowiem rodzin, znajomych i osób które stykały się z zarażonymi. Mam nadzieję, że żadnemu politykowi nie przyszło to do głowy.” Cóż, panu właśnie przyszło, panie rzeczniku. Przyszło też, co gorsza, samej Małgorzacie Kidawie-Błońskiej, która w piątek rano na Twitterze pisała już o zatajonych przez rząd informacjach o chorych i igraniu ze zdrowiem Polek i Polaków.

Politycy pierwsza klasa

Prawie wszystko, co w polskiej polityce dzieje się od niezapomnianego czwartkowego wieczoru, pokazuje nam, że brutalizacja języka to tylko jeden z...

zobacz więcej

Wirus jest tymczasem coraz bliżej, a do nas przyplątać może się nie tylko poprzez paczki z Chin, lecz i z powracającymi z Włoch turystami. Czemu w Europie najmocniej ucierpiały Włochy, domyśli się każdy, kto czytał „Gomorrę” Roberto Saviano i pamięta, jak działają i z kogo żyją tamtejsze porty. Skoro jednak podstawy do obaw są całkiem realne, nie brak osób, które chcą wykreować odpowiedni nastrój, czy to dla korzyści politycznej, czy newsa, jak niektóre redakcje. Zjawiska te nakręcają się zresztą nawzajem – dziennikarz podaje niesprawdzoną wiadomość, a polityk (opozycyjny) dorabia do niej swoją narrację o nieprzygotowaniu i chaosie. Potem pojawia się dementi, lecz nie mija kilka godzin, gdy historia się powtarza.

Niektórym szalenie trudno jest doczekać się pierwszych ofiar. Ten sposób myślenia najlepiej oddaje tweet użytkownika o nicku „FanTomas Szary”, który pisze „Jak do Polski dotrze #Coronavius, a dotrze na pewno, to zobaczycie całą prawdę o państwie PiS „ch…, d… i kamieni kupa”. Będzie jeden z tego pozytyw. Coronavirus będzie przysłowiowym gwoździem do trumny kampanii Dudy”. A więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pozytywy w wirusie widzi też Janusz Korwin-Mikke. Oto prawicowy portal wmeritum.pl zamieszcza informację, zaopatrzoną sensacyjnym tytułem „Dyrektor szpitala: <>broń biologiczna<<, lecz środek na polepszenie puli genetycznej narodu i ludzkości (bo umierają najsłabsi i najmniej przezorni)!!.”

Zaślubiny Platformy z morzem

Jeszcze niedawno wydawało się, że otoczenie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej nie ma pomysłu na kampanię. Wygląda jednak na to, że już pomysł ten...

zobacz więcej

Na razie jednak kampania musi radzić sobie jeszcze bez chorujących Polaków, ale i bez nich dawno pobiła wszelkie rekordy. „Gazeta Wyborcza” sięga po rewelacje Zbigniewa Stonogi, by uderzyć, poprzez żonę, w szefa resortu sprawiedliwości. Za artykuł odpowiada Wojciech Czuchnowski. Ten sam, do którego poprzez swój kanał na YouTubie Stonoga kilka lat temu przesłał bardzo konkretny zbiór gróźb i wyzwisk.

Czuchnowski mówi, że słabo sprawdzone informacje z tekstu znał od kilku lat, nie publikował ich jednak wcześniej, licząc na to, że Patrycja Kotecka przejdzie na dobrą stronę. Na inną stronę przeszedł tymczasem (nie po raz pierwszy, zważywszy na drogę jego zawodowej kariery) sam redaktor „Wyborczej”, lecz czy jest ona dobra, to już kwestia oceny czytelników. Trudno jednak uznać gazetowy materiał za sukces, po dwóch dniach mało kto o nim pamięta.

źródło:
Zobacz więcej