Raport

Epidemia koronawirusa

Rosja, impeachment i... znów Rosja. Demokraci nadal strzelają w Trumpa ślepakami

Notowania Donalda Trumpa po nieudanym impeachmencie poprawiły się (fot. Yasin Ozturk/Anadolu Agency via Getty Images)

Partia Demokratyczna nie znajduje sposobu na pokonanie swojego znienawidzonego wroga – prezydenta Donalda Trumpa. Suflowana na początku jego prezydentury teza, że jest on rosyjskim szpiegiem, człowiekiem Kremla, któremu Moskwa pomogła w wygraniu wyborów, nie znalazła oparcia w faktach. Zdecydowana postawa Trumpa wobec Rosji udowodniła, że nie ma ona również oparcia w logice. Po tym, jak marzenia amerykańskiej lewicy o impeachmencie również spaliły na panewce, nie mając pomysłu na uniemożliwienie mu zwycięstwa w listopadowych wyborach, postanowiła znów zagrać „rosyjską kartą”.

Trump: za próbą impeachmentu stali nieuczciwi i skorumpowani ludzie

Nie lubię ludzi, którzy wykorzystują swoją wiarę jako usprawiedliwienie do robienia czegoś, co wiedzą, że jest niewłaściwe – powiedział prezydent...

zobacz więcej

Partia Demokratyczna i szeroko rozumiana amerykańska lewica nie tylko nie pogodziła się z wyborami sprzed czterech lat, gdy Donald Trump zaskakująco pokonał Hillary Clinton, ale wciąż stara się za wszelką cenę przekonywać, że nie było to dziełem demokratycznych procedur – wyboru obywateli - ale kłamstwa. I to kłamstwa na wielką skalę. Kłamstwa pochodzącego z Rosji.

Od samego początku prezydentury dominujące było, w przekazie mainstreamowych mediów, reprezentujących w większości opcję lewicową, lansowanie tezy o tym, że to wpływ Kremla na wybory prezydenckie doprowadził do wyborczego zwycięstwa Republikanina.

Wszystkie inne kalumnie rzucane w niego – faszysta, rasista, mizogin, człowiek nie mający żadnych kwalifikacji do sprawowania tego urzędu, na niczym się nie znający, nie rozumiejący otaczającego go świata - uzupełniały jedynie tę główną tezę.

W ostateczności jednak nic Trumpowi nie udało się udowodnić. Temat chociaż nie ucichł, nie wygasł, wciąż był podnoszony w debacie publicznej, to jednak zszedł na drugi plan, ustępując miejsca – impeachmentowi. Ten zaś – obrabiany na wszelkie możliwe sposoby przez Demokratów, wspierające ich środowiska i media – okazał się jednak klęską. Nie dość, że nie udało się przekonać wystarczającej liczby Republikanów do odwołania Trumpa ze stanowiska, to jeszcze – jak wskazują sondaże - nie udało się osłabić jego pozycji przed listopadowymi wyborami. Wprost przeciwnie – z całego procesu wyszedł silniejszy.

Symbolicznym przykładem stanu niemocy, w jakim znajdują się obecnie Demokraci, było podarcie przez przewodniczącą Izby Reprezentantów Nancy Pelosi tekstu orędzia Trumpa po tym, jak zakończył swoje przemówienie.

Wzmocniony przez dobre wyniki gospodarcze, niskie bezrobocie, budowę muru na granicy z Meksykiem, czy też podpisanie kolejnych umów handlowych – republikanin może wreszcie swobodnie odetchnąć. Na kolejnych wiecach widać go uśmiechniętego, pewnego siebie, dowcipkującego i pełnego optymizmu.

Sanders chwali Castro. Demokraci chcą go powstrzymać w wyścigu o Biały Dom

Walka o nominację Partii Demokratycznej w amerykańskich wyborach prezydenckich wkracza w kluczową fazę. Rywale starają się zatrzymać marsz po...

zobacz więcej

Teraz Trump może spokojnie przyglądać się morderczej, bratobójczej walce o uzyskanie nominacji rozgrywającej się w łonie Partii Demokratycznej.

To, co szczególnie zaskakuje – to widoczny gołym okiem brak polityków, którzy mogliby podjąć z nim rywalizację przed listopadowymi wyborami. Nikt z licznych kandydatów po stronie Demokratów nie jest postacią umiejącą tak porwać tłumy jak Barack Obama, czy mającą tak ogromne wpływy w strefach rządzących, biznesowych i partyjnych kadrach jak Hillary Clinton.

To zaś jest jedną z przyczyn niewątpliwego sukcesu 78-letniego senatora z Vermont Berniego Sandersa, który wysunął się po zwycięstwach w kolejnych prawyborach, na czoło peletonu. Ten radykalny socjalista, promujący ideę powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego, czy darmowych studiów, na które nie przedstawia jednak żadnych wyliczeń, a także wzrostu podatków i wzmocnienia władzy centralnej, doprowadza jednak demokratycznych decydentów do bólu głowy.

Chociaż partia ta od lat skręca coraz bardziej na lewo, to jednak zdają oni sobie sprawę, że w starciu z Trumpem, socjalistyczne poglądy, odstręczające umiarkowanych wyborców, odbiorą Sandersowi jakiekolwiek szanse na zwycięstwo.

To zaś powoduje, że w ostatnim czasie to właśnie na nim skupiają się ataki większości kontrkandydatów, którzy chcą w ten sposób przedstawić go jako osobę zbyt radykalną, nie biorącą pod uwagę kosztów swoich projektów. Jego wybór, w ich odczuciu, to gwarancja drugiej kadencji Trumpa, a nawet widmo porażki w Izbie Reprezentantów, w której teraz Demokraci mają większość.

Wcześniej zaś został on oskarżony o seksizm po tym, jak miał w prywatnej rozmowie z senator Elizabeth Warren, będącą jedną z kandydatów do partyjnej nominacji, powiedzieć, że kobieta w USA nie ma szans zostać prezydentem.

Po raz kolejny został zaś zaatakowany przez partyjnych kolegów za swoje niedawne słowa o Kubie, gdy przekonywał podczas wywiadu dla telewizji CBS, że nie wszystko we wprowadzonym na niej przez Fidela Castro systemie komunistycznym było złe – wyszczególniając jako pozytyw walkę z analfabetyzmem.

Rosja znowu ingeruje? Wywiad informuje kandydata Demokratów o pomocy

Senator Partii Demokratycznej Bernie Sanders został poinformowany przez amerykański wywiad, że Rosja próbuje mu pomóc w jego kampanii prezydenckiej...

zobacz więcej

Część polityków Demokratów uznała te wypowiedzi za niedopuszczalną pochwałę komunistycznego przywódcy. Oddział tego ugrupowania na Florydzie, gdzie mieszka duża społeczność kubańska, wydał nawet oświadczenie, nie wymieniając Sandersa z nazwiska, potępiające kubańską dyktaturę i wzywające wszystkich kandydatów na prezydenta USA do „zrozumienia historii” tej imigranckiej społeczności.

Czasu do powstrzymania Sandersa przez establishment Demokratów zostało coraz mniej. Punktem kulminacyjnym będzie 3 marca – tzw. Superwtorek, gdy przewidziano prawybory w kilkunastu stanach.

Na Florydzie zaś dojdzie do głosowania 17 marca. Sondaże zaś wskazują Sandersa na dopiero trzeciej pozycji. Co, jeśliby jednak miał zostać kandydatem tej partii, może być nie lada problemem, gdyż jest to tzw. wahający się stan, bardzo ważny w kontekście wyborów prezydenckich. Trump może w takim wypadku zacierać ręce. Sanders to jednak nie jedyny problem Demokratów. Drugi nazywa się Bloomberg. A konkretnie Michael Bloomberg. Były burmistrz Nowego Jorku, miliarder, który niedawno „wszedł” do gry o demokratyczną nominację, podczas ostatniej debaty również przyłączył się do oskarżeń pod adresem Sandersa.

Sam jednak przy tym musiał, kolejny już raz, odpierać ataki formułowane przez kontrkandydatów – przede wszystkim o to, że wykorzystuje swój majątek i wpływy, by „kupić” wybory, przeznaczając już teraz na reklamy gigantyczne pieniądze. Jego majątek szacuje się na ponad 60 mld dolarów. Jak podaje portal ABC News, na kampanię wyborczą wydał on dotychczas ok. 400 mln, a na same jego styczniowe telewizyjne spoty wyborcze około 200 mln dolarów.

Bloomberg oskarżany jest też o nierespektowanie praw pracowniczych, mobbing wobec podwładnych, a nawet nakłanianie jednej z nich do aborcji. - Demokraci nie wygrają wyborów, jeśli wystawią kandydata, który ukrywał zeznania podatkowe, zastraszał kobiety i popierał rasistowskie przepisy dotyczące policyjnej rewizji. Demokraci zaryzykują bardzo wiele zastępując jednego aroganckiego miliardera innym – atakowała go podczas debaty Elizabeth Waren.

Stanowcze zaprzeczenia Bloomberga nie zmieniają faktu, że jest on łatwym celem do kolejnych oskarżeń.

Zamieszanie wokół niego to zaś dobra informacja dla... Sandersa, gdyż dzięki temu nie tylko na nim koncentrowana jest wewnętrzna krytyka, a jego słowa o obronie najsłabszych przed bogaczami, brzmią w tym kontekście – dla jego w większości młodych wyborców – jeszcze bardziej przekonująco.

Demokratom pozostało już tylko wycie. Impeachment wzmocni Trumpa

Uderzenie w znienawidzonego przez amerykańską lewicę Donalda Trumpa za pomocą procedury impeachmentu nie mogło przynieść pożądanego przez nią...

zobacz więcej

Nie przekonują jednak decydentów Demokratów, którzy w ostatnim czasie znów, do walki ze znienawidzonym Trumpem, wytaczają armatę z napisem „Rosja”. Nieprzychylne mu media podały, że o groźbie ingerowania Rosji w przebieg wyborów w celu wsparcia obecnego prezydenta, poinformowały amerykańskich kongresmenów przedstawiciele wywiadu.

W odpowiedzi Trump podkreślił, że nie chce pomocy od żadnego państwa i nie otrzymał jej od żadnego państwa. Z kolei sekretarz stanu USA Mike Pompeo zapowiedział, że Stany Zjednoczone odpowiedzą na próby ingerowania w wybory przez Rosję lub jakiekolwiek inne państwo.

Chociaż poprzednie oskarżenia nie znalazły żadnego pokrycia w faktach, a republikański prezydent i jego administracja m.in. nakładają na Rosję kolejne sankcje, domagają się wzmocnienia NATO, wysyłają kolejnych żołnierzy na jej wschodnią flankę, wspierają dywersyfikację energetyczną państw Europy Środkowo-Wschodniej, a także popierają Ukrainę i Gruzję, to wciąż amerykańska lewica uważa go za „człowieka Kremla”. Tymczasem ci sami ludzie nigdy nie krytykowali poprzedniego prezydenta Baracka Obamy za jego ustępliwość wobec Kremla, co wzmocniło jego wpływy na całym świecie.

Takiego obrotu sprawy można się było jednak spodziewać. To jednak, co zaskakuje najbardziej, to użycie „karty rosyjskiej” w stosunku do Sandersa. Jak pisał „Washington Post”, kongresmeni zostali także powiadomieni o tym, że Rosjanie próbują pomóc w prawyborach Demokratów senatorowi z Vermont. To zaś można uznać za kolejną próbę nacisku na niego, by wycofał się z walki o nominację.

To, że Moskwa wykorzystuje Internet, farmy trolli i cyberataki, to jedno. Drugie to jednak wykorzystywanie „czynnika rosyjskiego” w wewnętrznej polityce USA, co jest niczym innym jak skandaliczną próbą Demokratów w ingerowanie w demokratyczne wybory obywateli. Świadomość tego dociera do coraz większej liczby Amerykanów i wzmacnia tylko pozycję Trumpa. Goniący w kółko Demokraci zmierzają prosto ku kolejnej porażce. Gdy już osiągną metę, znów pozostanie im jedynie złorzeczenie i rzucenia wyssanych z palca zarzutów.

Petar Petrović

Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia

źródło:
Zobacz więcej