Raport

#FabrykahejtuPO

„Najbardziej wartościowy tata”. Kobe Bryant, jakiego nie znaliśmy

Vanessa Bryant w piękny, wzruszający sposób pożegnała męża i córkę (fot. Getty Images)

To było popołudnie pełne wzruszeń w Los Angeles. Uwaga w hali Staples Center raz jeszcze skupiła się wokół człowieka, który przez lata dostarczał radość fanom koszykówki w Kalifornii i daleko poza jej granicami. Wokół idola. Bohatera. Choć Kobe Bryant odszedł, dzięki rodzinie, przyjaciołom i kibicom, pamięć o nim nigdy nie zginie.

Wiele można Amerykanom zarzucić. Bywają zbyt pewni siebie, zbyt patetyczni, często przedkładają widowisko nad wartość merytoryczną, formę nad treścią... Nikt jednak, tak jak oni, nie potrafi żegnać swoich bohaterów. Honorować tych, którzy zasłużyli na największe zaszczyty. Kobe Bryant był perfekcjonistą, zawsze wymagał od siebie i innych pełnego poświęcenia. Z całą pewnością można stwierdzić, że byłby dumny z tego, jak Los Angeles pożegnało jego i jego 13-letnią córkę, Giannę. Piękna uroczystość dostarczyła wielu wzruszających momentów...


***

Żegnaj, Kobe. Dlaczego tak krótko?

W niedzielę zmarł Kobe Bryant. Mąż, ojciec czterech córek, wspaniały koszykarz, legenda sportu. Miał 41 lat.

zobacz więcej

Pierwsze łzy wylał Jimmy Kimmel. Popularny komik, twórca słynnego na całe Stany talk-show, był podczas uroczystości w Staples Center kimś w rodzaju prowadzącego. W swoim stylu, z nutką humoru, zapowiadał kolejnych gości. Przygotował też mowę powitalną.

– To smutny dzień. Ale to też czas celebracji ich życia. Robimy to w budynku, w którym Kobe i kibice Los Angeles Lakers przeżywali swoje najlepsze chwile – zaczął.

– Gdziekolwiek pójdziecie, widzicie jego twarz, widzicie jego numer na koszulce. Widzicie twarz Gigi, jej numer. Wszędzie, na każdym rogu. Powstały setki murali, tworzone przez artystów dla innego artysty. Bo Kobe nie był tylko koszykarzem. Był artystą. Docenianym nie tylko w Los Angeles, nie tylko w rodzinnej Filadelfii, ale też we Włoszech, w Indiach, na Filipinach, w Nowym Jorku... – wyliczał. – Nawet w Bostonie, na Boga! – dodał żartobliwie, nawiązując do słynnych sportowych animozji pomiędzy Bostonem i Los Angeles.

– Są z nami jego koledzy z drużyny i rywale z parkietu. Przyjaciele, rodzina, fani... Wszyscy próbujemy nadać sens temu, co stało się tym dziewięciu cudownym osobom, które były – pod każdym względem – pełne życie, które zostawiły swoje rodziny, współpracowników, rodzeństwo, dzieci... – mówił Kimmel.

– Próbowałem doszukać się jakichś pozytywów, ale nie ma ich za wiele. Najlepsze co przyszło mi do głowy, to wdzięczność. Najlepsze co możemy zrobić, to być wdzięczni za cały ten wspaniały czas, który z nimi spędziliśmy – dodał łamiącym głosem.

– Chcę was poprosić, byście wykorzystali ten czas. Doceniajcie życie, bądźcie mili dla wszystkich, którzy są wokół was. Czy ich znacie, czy nie. Bądźcie wdzięczni za życie i za to, że jesteśmy tu wszyscy razem – zakończył.

Przed Kimmelem, na scenie pojawiła się jeszcze piosenkarka Beyonce Knowles. – Jestem tu, bo kocham Kobe’ego, a to jedna z jego ulubionych piosenek – zaczęła swój krótki występ, utworem „XO” wprowadzając zebrany tłum w nastrój „celebracji życia”.

***

Po wstępie Kimmela, na kameralnej scenie, wśród 33643 czerwonych róż – tyle punktów zdobył Kobe w trakcie kariery na parkietach NBA – pojawiła się Vanessa Bryant, wdowa po gwieździe.

Vanessa Bryant o Gigi:

„Dziękuję. Dziękuję wam wszystkim za to, że tu jesteście. Dziękuję za potok wsparcia i miłości, który dociera do naszej rodziny z całego świata, podnosząc nas wszystkich na duchu. Dziękuję za wasze modlitwy.

Chciałabym opowiedzieć zarówno o Kobe’em, jak i o Gigi. Zacznę od mojej małej dziewczynki.

Moja mała Gianna Bryant była cudownie słodką, delikatną duszą. Niezwykle troskliwą. Zawsze całowała mnie na „dobranoc” i na „dzień dobry”.

Kiedyś myślałam, że Gigi wyszła do szkoły bez pożegnania. Napisałam do niej, pytając: „bez buziaka?!”. Odpowiedziała: „mamo, pocałowałam cię; spałaś, a ja nie chciałam cię obudzić”. Wiedziała, jak wiele jej poranne i wieczorne buziaki dla mnie znaczą. Nigdy o nich nie zapominała.

Była córeczką tatusia, ale wiem, że kochała też swoją mamę. Zawsze o tym mówiła i zawsze pokazywała, jak bardzo mnie kocha. Była jedną z moich najlepszych przyjaciółek. Uwielbiała piec. Uwielbiała wzbudzać uśmiech u innych. Zeszłego lata, w sierpniu, przygotowała piękny urodzinowy tort dla swojego tatusia. Miał krem i coś w rodzaju niebieskich kryształków. Wyglądał jak dekorowany przez profesjonalistkę.

Robiła najlepsze ciasteczka z czekoladą. Uwielbiałyśmy razem oglądać programy kulinarne. Kochała oglądać reality show „Survivor” i mecze NBA ze swoim tatą. Z siostrami siadała do filmów Disneya.

Tak jak tata, Gigi uwielbiała rywalizować. Było w niej jednak coś uroczego. Jej uśmiech był jak promyki słońca. Szeroki na całą twarz, jak mój. Tak mówił Kobe. Miała mój ogień. Jego osobowość i sarkazm. W głębi duszy była czułą i kochającą osobą. Miała cudowny śmiech. Był zaraźliwy. Czysty i prawdziwy.

Kobe i Gianna przyciągali się w naturalny sposób. Miała jego zdolność do słuchania piosenki i zapamiętywania całego tekstu po kilku odtworzeniach. To był jej ukryty talent. Była niezwykłym sportowcem. Świetną gimnastyczką, piłkarką, tancerką i koszykarką. Uwielbiała pływać.

Gigi była pewna siebie, ale nie arogancka. Uwielbiała pomagać ludziom. W szkole oferowała pomoc trenerowi zespołu chłopców, chciała przekazywać im wskazówki. Nauczyć ich ofensywy „trójkątów” (słynny schemat, opanowany do perfekcji przez mistrzowskie zespoły Chicago Bulls i Los Angeles Lakers Phila Jacksona – dop. red.). Tak jak swój tatuś, uwielbiała pomagać ludziom i uczyć ich nowych rzeczy. Oboje byli świetnymi nauczycielami.

Gigi była bardzo słodka. Zawsze dbała o to, by wszyscy dookoła czuli się dobrze. Była naszym pasterzem. Trzymała rodzinę w ryzach. Pielęgnowała naszą tradycję nocy filmowych i wspólnych wakacji. Troszczyła się o wszystkich, ze wszystkimi chciała żyć w zgodzie. Była mądra. Potrafiła mówić, pisać i czytać po mandaryńsku. Znała hiszpański.

Miała świetne oceny i ciągle chciała być lepsza, jednocześnie doskonale grając w koszykówkę. Była przewodniczącą szkoły i asystentką reżysera w szkolnej sztuce. Nie mogła się doczekać ukończenia ósmej klasy, by rozpocząć naukę w liceum, w którym uczy się jej starsza siostra, Natalia.

Jestem wdzięczna, że doczekała momentu, w którym mogła cieszyć się z przyjęcia do liceum. Wiedziała, jak bardzo jesteśmy z niej dumni.

Nigdy nie była konformistką. Pozostawała sobą, niezależnie od sytuacji. Była miłą osobą, liderką, nauczycielką, która uwielbiała chodzić w białym t-shircie, czarnych legginsach i dżinsowych kurtkach. Nosiła białe trampki i flanelową gumkę do włosów. To był jej styl.

Miała w sobie „to coś”, ten blask, odkąd była dzieckiem. Przytulała i całowała jak nikt inny. Miała miękkie usta, jak jej tatuś. Gdy mnie przytulała, ściskała tak mocno, że czułam jej miłość...

Bardzo się kochałyśmy. Tęsknię za nią. Była taka pełna energii... Nie mogłam za nią nadążyć. Kiedyś zdublowała mnie i Natalię na bieżni. Miała 6 lat. Tęsknię za jej bystrością, jej sarkazmem, jej dowcipem, tym uroczym uśmiechem i wybuchami radości.

Rozjaśniała każdy mój dzień. Tęsknię za widokiem jej pięknej twarzy. Była taka dobra. Przestrzegała zasad. Każdy mógł liczyć na to, że zrobi właściwą rzecz.

Była najbardziej kochaną córką, opiekuńczą starszą siostrą i głupiutką młodszą. Uwielbiała bawić się z Bianką i Capri. Bianka kochała chodzić z nią na plac zabaw, skakać z Gigi na trampolinie... Capri śmiała się od ucha do ucha, gdy tylko Gianna pojawiała się w pokoju. Przypomina mi ją. Wyglądają podobnie, ich uśmiechy też są podobne – wyrażają czystą radość.

Nie będziemy mieli już okazji widzieć Gigi w jednym liceum z Natalią. Nie zapytamy jej, jak minął dzień. Nie nauczymy jej, jak prowadzić samochód. Nie powiem jej, jak cudownie wygląda na własnym weselu. Nie zobaczę jej idącej korytarzem, tańczącej ze swoim tatusiem, rodzącą swoje własne dzieci...

Kobe i Gigi Bryant byli nierozłączni (fot. Getty Images)

Byłaby taką wspaniałą matką. Od małego była bardzo opiekuńcza.

Gigi prawdopodobnie zostałaby najlepszą koszykarką w lidze WNBA. Zrobiłaby ogromną różnicę w świecie damskiej koszykówki. Była zdeterminowana, by zmienić postrzeganie kobiet w sporcie. W szkole pisała wypracowania o prawach kobiet i o tym, jak niesprawiedliwe są nierówne płace w NBA i WNBA. Choć jej nie ma, już teraz widzę pozytywny wpływ na ligę, na zawodniczki, które wiedzą, że Gigi pragnęła być wśród nich...

Wciąż jestem z niej dumna. Choć żyła tylko 13 lat, była wspaniałą osobą i wpłynęła na wiele osób. Jej koledzy i koleżanki ze szkoły dzielili się z nami wieloma cudownymi wspomnieniami. Te historie przypominały mi, że Gigi kochała wszystkich ludzi. Zawsze, zawsze, zawsze dbała o innych i ich uczucia. Była piękna. Była pełna życia i miała tak wiele do zaoferowania światu... Nie mogę wyobrazić sobie życia bez niej. Mama, Natalia, Bianka, Carpi i tatuś bardzo cię kochają, Gigi. Będę tęskniła za twoimi ręcznie robionymi laurkami, za twoimi słodkimi pocałunkami i cudownym uśmiechem. Tęsknię. Za całą tobą, każdego dnia. Kocham cię.”


***

Vanessa o Kobe’em:

„Czas na moją bratnią duszę. Kobe znany był ze swojej nieustępliwości na parkiecie. Najlepszy koszykarz w historii, pisarz, zdobywca Oscara, no i „black mamba” (pseudonim, którym posługiwał się Bryant w trakcie kariery; czarna mamba to najgroźniejszy, najbardziej jadowity wąż na świecie – dop. red.). Dla mnie, to było po prostu. Moje kochanie. Mój boo-boo. Mój Papi Chulo. Ja byłam jego Vivi, jego księżniczką. Jego Mambą.

Nie widziałam w nim celebryty, nie widziałam nawet niesamowitego koszykarza. Był moim słodkim mężem, wspaniałym ojcem naszych dzieci. Był mój. Był dla mnie wszystkim. Byliśmy razem, odkąd skończyłam 17 lat. Byłam jego pierwszą dziewczyną, pierwszą miłością, jego żoną, jego najlepszą przyjaciółką. Jego powierniczką i obrończynią. Był najwspanialszym mężem. Dał mi więcej, niż mogę wyrazić słowami.

Był rannym ptaszkiem, ja sową. Ja byłam ogniem, on lodem. Uzupełnialiśmy się. Zrobiłby dla mnie wszystko. Nie wiem jak to się stało, że zasłużyłam na kogoś, kto kochał mnie i pragnął tak bardzo, jak Kobe. Był charyzmatyczny, był dżentelmenem. Kochał.

To on był romantyczną duszą w naszym związku. Zawsze czekałam na walentynki i kolejne rocznice. Planował niezwykłe podróże i wspaniałe prezenty z okazji każdej rocznicy naszego małżeństwa. Choć ciężko pracował by być jak najlepszym koszykarzem, myślał nietuzinkowo i wpadał na cudowne pomysły. Kiedyś wręczył mi sukienkę, w której Rachel McAdams występowała w filmie „Pamiętnik”. Gdy zapytałam, dlaczego wybrał akurat tę niebieską sukienkę, odpowiedział, że to ta sama, w której Allie (bohaterka filmu) wróciła Noah. Miał nadzieję, że zestarzejemy się razem. Tak jak w filmie”.


„Naprawdę mieliśmy piękną historię miłosną. Kochał mnie całym sobą, tak ja jego. Dwoje doskonale niedoskonałych ludzi tworzących piękną rodzinę, wychowujących nasze cudowne, słodkie córki...

Kilka tygodni przed śmiercią, Kobe wysłał mi piękną wiadomość. Wspominał o tym, byśmy spędzili czas razem. Tylko we dwoje, bez dzieci. Nigdy nie mieliśmy okazji zrealizować tego planu. Choć byliśmy zajęci dbaniem o nasze córki, zajęci codziennymi obowiązkami, jestem wdzięczna, że wciąż mam tę wiadomość. Znaczy dla mnie bardzo wiele. Kobe chciał, byśmy odnowili nasze ślubowania. Chciał, by Natalia (najstarsza z córek – dop. red.) przejęła firmę, abyśmy mogli podróżować razem dookoła świata.

Często rozmawialiśmy o tym, jak wspaniale będzie zostać dziadkiem i babcią dla dzieci naszych córek. Byłby świetnym dziadkiem.

Był MVP (najbardziej wartościowy zawodnik, terminologia koszykarska – dop. red.) dla naszych córek. A raczej: MVD („najbardziej wartościowy tata”). Nigdy nie zostawiał podniesionej deski w toalecie. Zawsze powtarzał dziewczynkom, jakie są piękne i mądre. Nauczył je odwagi, nauczył je podążać za marzeniami, nauczył je, jak być twardym.

Gdy zaszłam w kolejną ciążę, a on skończył karierę, zajął się odbieraniem i podwożeniem naszych córek do szkoły. Zajmował się małą Capri i Bianką.

Jedno z ostatnich wspólnych zdjęć rodziny Bryantów... (fot. Getty Images)

Kiedy jeszcze grał, pojawiałam się w szkole godzinę wcześniej, by stanąć pierwsza w kolejce po Natalię i Giannę. Powiedziałam mu, że nie może zawieść w tej kwestii. Spóźnił się raz, a ja dałam mu wyraźnie do zrozumienia, że mnie nigdy się to nie zdarzyło. Od tego czasu przyjeżdżał godzinę i 20 minut wcześniej.

Wierzył, że zawsze można robić coś lepiej. Zawsze chciał być lepszy, chciał się rozwijać. Chętnie podwoził nasze dziewczynki i spędzał z nimi czas. Był świetnym ojcem. Ojcem, który był oddany i obecny. Co wieczór pomagał mi kąpać Biankę i Capri. Śpiewał im głupiutkie piosenki pod prysznicem, nieustannie wprawiając je w radość. Miał cudowne ramiona, w których Capri zasypiała dosłownie w kilka minut. Przekonywał, że to wszystko zasługa nauki, że wystarczy osiem razy w górę i w dół po naszym korytarzu...

Uwielbiał zabierać Biankę na spacery do parku. Po raz ostatni byli razem w wieczór tuż przed jego śmiercią. Wynajmował kino, by oglądać z Natalią „Gwiezdne Wojny” i „Harry’ego Pottera”. Urządzali sobie maratony filmowe, a on cieszył się każdą chwilą. Uwielbiał też typowe „wyciskacze łez”, jak „Macocha”, „Stalowe magnolie” czy „Małe kobietki”.

Miał miękkie serce.

Jakimś cudem zawsze wiedział, gdzie jestem. Zwłaszcza wtedy, gdy spóźniałam się na jego mecze. Martwił się o mnie. Podczas pierwszej przerwy, w pierwszej kwarcie, pytał ochroniarzy, gdzie jestem. Ja, mądrala, odpowiadałam mu potem, że przecież nie rzuci 81 punktów w ciągu pierwszych dziesięciu minut.

Myślę, że każdy, kto ma dzieci, rozumie, że czasami nie udaje się zdążyć na czas. W końcu się do tego przyzwyczaił. Dla mnie sam fakt, że grał w najlepszej lidze świata, na najwyższym poziomie, a jednocześnie martwił się o to, czy bezpiecznie dotrzemy na mecz, był najlepszym dowodem na to, że rodzina zawsze była dla niego najważniejsza.

Uwielbiał być trenerem Gianny. Mówił mi, że żałuje, iż nie udało mu się przekonać Natalii do gry w koszykówkę, by mogli jeszcze więcej czasu spędzać razem. Nade wszystko chciał, by mogła podążać za własnymi pasjami, swoją własną ścieżką. Oglądał Natalię grającą w siatkówkę w jej urodziny, 19 stycznia, tydzień przed śmiercią, ciesząc się, jak inteligentną jest zawodniczką. Był przekonany, że byłaby doskonałym rozgrywającym. Mówił, że chce, by Bianka i Capri, gdy dorosną, spróbowały koszykówki. Chciał spędzać z nimi tyle samo czasu, co z Gigi.

Powtarzał im, że będą razem dorastać, razem grać i rywalizować ze sobą.

Bianka i Capri nie będą miały swojego tatusia. Nie będą miały swojego nauczyciela. To coś, czego nie rozumiem. Jestem jednak wdzięczna, że słyszał Koko mówiącą „ta-ta”.

Nie będzie odbierał Bianki i Capri z przedszkola. Nie będzie go, by powiedzieć mi: „weź się w garść, V”.

Nie przejdziemy już razem korytarzem, nie obróci mnie już na parkiecie, podśpiewując jedną z naszych ulubionych piosenek.

Chcę, by nasze córki wiedziały, jak wspaniałą był osobą. Człowiekiem, który chciał pokazywać przyszłym pokoleniom jak stawać się lepszym i uczyć na własnych błędach. Zawsze lubił zajęcia z dziećmi.

Był bardzo troskliwy. Pisał najwspanialsze listy miłosne. To po nim Gigi miała cudowną umiejętność przelewania myśli na papier, sprawiania, że czuło się miłość wylewającą się z liter. Była jak on. Tak łatwo było go pokochać... Oboje przyciągali do siebie ludzi. Byli zabawni, głupiutcy, uroczy, kochali życie.

Byli pełni życia. Żądni przygód. Bóg wiedział, że nie mogliby funkcjonować na tym świecie bez siebie. Musiał zabrać oboje do swojego domu. Kochanie, opiekuj się naszą Gigi. Mam Nani, B.B i Koko. Wciąż jesteśmy najlepszą drużyną.

Kochamy was i tęsknimy za wami, Boo Boo i Gigi. Spoczywajcie w pokoju i bawcie się dobrze w niebie. Pewnego dnia się spotkamy.

Wasza zawsze i na zawsze, mama.”




***

Vanessę Bryant ze sceny odprowadził sam Michael Jordan. Po wysłuchaniu przemówień Diany Turasi, Sabriny Ionescu, Geno Auriemmy i Roba Pelinki, na podium pojawił się sześciokrotny mistrz NBA, na którym Kobe wzorował się od najmłodszych lat.

– Prosił go o rady w sprawie swojego rzutu. Zdobył 34 punkty w meczu przeciwko swojemu idolowi. On odpowiedział, zdobywając 36 i wygrywając mecz. Powitajcie, proszę Michaela Jordana – zapowiedział kolejnego gościa Kimmel.

Michael Jordan o Kobe’em:

„Dziękuję Vanessie i reszcie rodziny Bryantów za możliwość zabrania głosu.

Jestem wdzięczny, że mogę być tutaj, by uczcić pamięć Gigi i świętować prezenty, które zostawił nam Kobe – to, co osiagnął jako koszykarz, biznesmen, pisarz i ojciec. Na parkiecie, w życiu, jako rodzic, Kobe nie zostawił niczego w baku. Dał z siebie wszystko.

Może to dla niektórych zaskoczenie, że byliśmy z Kobe’em przyjaciółmi. Ale byliśmy. Bardzo bliskimi. Był moim drogim przyjacielem. Traktowałem go jak młodszego brata. Wszyscy chcieli zawsze rozmawiać o różnicach między mną a nim. Ja chciałem rozmawiać o Kobe’em.

Każdy z nas ma braci, siostry, małych braci, małe siostry, którzy uwielbiają nosić nasze rzeczy, zaglądać do naszych szaf, przymierzać buty, wszystko. To uciążliwe, jeśli mogę użyć tego słowa, ale ta uciążliwość z czasem zamienia się w miłość. Chcą wiedzieć wszystko o starszych braciach i siostrach, których podziwiają. O każdym szczególe życia, które zamierzają rozpocząć.

Nawet sam Michael Jordan nie potrafił powstrzymać łez (fot. Getty Images)

Kobe zwykł pisać i dzwonić do mnie o północy, po północy, o trzeciej nad ranem, pytać o pracę stóp, koszykarskie ruchy, czasem też o słynne „trójkąty”. Początkowo mnie to wkurzało. Potem stało się bardzo pasjonujące. Ten dzieciak miał pasję, jakiej nie miał nikt inny. To coś wspaniałego. Jeśli kocha się coś, jeśli jest się w coś tak zaangażowanym, robi się wszystko, by spróbować to zrozumieć.

Kobe Bryant był dla mnie inspiracją. Kimś, kto pokazał mi, że ktoś naprawdę zwracał uwagę na to, jak gram w koszykówkę i na to, jak on sam chce grać w koszykówkę. Chciał być najlepszym koszykarzem, jak to tylko możliwe. A ja, odkąd go poznałem, chciałem być dla niego najlepszym starszym bratem, jakim tylko się da.

Rozmawialiśmy o rodzinie, koszykówce, biznesie. O wszystkim. Wiedziałem, że chce być nie tylko lepszym koszykarzem, ale i lepszym człowiekiem”.


(Jordan się rozpłakał; żartował, że znów będzie bohaterem memów)

„Mówiłem żonie, że nie chcę tego robić, bo nie chcę się oglądać na tych zdjęciach przez kilka kolejnych lat. Tak właśnie wpływał na mnie Kobe. Jestem przekonany, że Vanessa i wszyscy jego przyjaciele powiedzą to samo: wiedział, jak dotrzeć do człowieka, by na niego wpłynąć. Nawet wtedy, gdy bywał wrzodem na tyłku, można było darzyć go uczuciem. Wiedziałem, że stara się wydobyć z każdego to, co ma w sobie najlepszego. Ze mną zrobił to samo.

Uczeń i mistrz. Wrogowie na parkiecie, przyjaciele poza nim (fot. Getty Images)

Kilka miesięcy temu napisał do mnie wiadomość, że chce nauczyć Gigi kilku ruchów. Pytał o to, co robiłem, co myślałem i co trenowałem w jej wieku. „Jakim wieku?” – zapytałem. „12” – odpowiedział. A ja mu na to: Gdy miałem 12 lat, próbowałem grać w baseball. Zaśmiał się. Była druga w nocy...

Kiedyś przyleciałem do Los Angeles, żeby spotkać się z Philem Jacksonem (trener legendarnych Chicago Bulls, później Lakers z Kobe’em w składzie – dop. red.). To był 1999 lub 2000 rok, nie pamiętam. Kobe był w jego gabinecie, siedział na jednym z krzeseł. Spojrzał na mnie i pierwsza rzecz, o jaką zapytał, to to, czy wziąłem moje buty do grania.

Nie, nie myślałem wtedy o graniu, ale to kolejny dowód na to, jak bardzo nastawiony był na rywalizację. Kochałem to w tym dzieciaku: jeśli mógł czerpać od kogoś i jeśli czuł, że stanie się w ten sposób lepszy, korzystał z każdej szansy. Strasznie go za to kochałem. Nieważne, gdzie się spotkaliśmy, szukał wyzwań. Doceniałem jego pasję, bo rzadko widzi się kogoś, kto każdego dnia chce coś poprawiać. Nie tylko w sporcie, ale też jako rodzic, jako mąż... Inspirował mnie tym, czego dokonał i tym, jaką więź zbudował z żoną i dziećmi.

Mam trzydziestoletnią córkę, jestem dziadkiem. Mam bliźniaczki. Dwie sześcioletnie bliźniaczki. Nie mogę się doczekać, aż wrócę do domu i będę „ojcem córeczek”, przytulę je, by poczuć miłość i zobaczyć uśmiech, które dzieci dają nam, rodzicom. Nauczył mnie cieszyć się z tego wszystkiego. To rzeczy, których nauczył nas Kobe Bryant.

Kobe dawał z siebie wszystko, niezależnie od tego, jakiego wyzwania się podejmował. Po koszykówce zaprezentował swoją kreatywną twarz. Wyglądał na takiego szczęśliwego podczas emerytury... Znalazł nowe pasje. I wciąż dawał: jako trener, ojciec, cudowny mąż, który poświęcił się rodzinie i który kochał swoje córki z całego serca. Zawsze dawał z siebie wszystko. To coś, czego oczekiwałby od każdego z nas.

Nikt nie wie, ile czasu nam zostało. Musimy cieszyć się chwilą, korzystać z życia i spędzać jak najwięcej czasu z rodziną, przyjaciółmi i ludźmi, których kochamy.

Gdy Kobe zmarł, zmarła cząstka mnie. Obiecuję ci, że od dziś, będę żył wspomnieniem mojego młodszego brata i pomagał w każdy możliwy sposób. Spoczywaj w pokoju, braciszku”.




***

Głos zabrał jeszcze Shaquille O’Neal, z którym Kobe zdobył w barwach Los Angeles Lakers trzy mistrzowskie tytuły.

– Czasem, jak niedojrzałe dzieciaki, kłóciliśmy się i walczyliśmy ze sobą. Ale wierzcie mi: gdy kamery były wyłączone, mrugaliśmy do siebie oczami i mówiliśmy: zlejmy jeszcze kilka tyłków! – opowiadał.

Shaq porównał więź między nim a Kobe’em do tego, co łączyło Johna Lennona i Paula McCartneya z The Beatles. – Kobe, w niebie na pewno jesteś MVP. Kocham cię, bracie – zakończył.

Wzruszający wieczór zwieńczyły występy Alicii Keys, która zagrała na fortepianie „Sonatę księżycową” Beethovena i Christiny Aguilery, która wykonała „Ave Maria”.

Całość można obejrzeć tutaj:

źródło:
Zobacz więcej