Raport

#FabrykahejtuPO

Alkohol, kokaina i prostytutki. Wyboista droga Fury'ego na szczyt

Życie Tysona Fury'ego pełne jest wzlotów i upadków. Jak będzie tym razem? (fot. Getty)

Nowy mistrz świata wagi ciężkiej to postać nietuzinkowa. Trzy lata temu, pogrążony w depresji i alkoholizmie, Tyson Fury modlił się o śmierć. Teraz jest na bokserskim szczycie. Jak udało mu się na niego wejść?

Jeszcze w 2015 roku był tylko obiecującym, pyskatym 27-latkiem, który porywa się z motyką na słońce. Walka z Władimirem Kliczką, który wygrał dwadzieścia dwa kolejne starcia, toczona na jego terenie, w Niemczech, wydawała się wyzwaniem nieco przedwczesnym. Fury zapowiadał oczywiście, że Ukraińca zniszczy, że odbierze mu trzy mistrzowskie pasy, ale któż by tego nie robił? Taki jest przecież boks, taki urok jego nieco szalonej otoczki.

Nieoczekiwanie, Fury słowa zamienił w czyny. Zdominował starszego rywala, nie pozwalał się trafić, a walka - choć brzydka, choć sporo było w niej klinczów i „zapasów” – mogła mieć tylko jednego zwycięzcę. Jeszcze przed jedenastą rundą, świadomi sytuacji trenerzy Kliczki, krzyczeli do niego w narożniku: „musisz go dopaść”. Wiedzieli, że tylko nokaut uratuje ich podopiecznego.

Nie uratował. Fury wygrał jednogłośnie na punkty (115-112, 115-112, 116-111), zdobywając pasy federacji WBA, IBF i WBO. Po werdykcie, wyszedł na środek ringu i zaśpiewał do swojej ukochanej ckliwe „Don't wanna miss a thing” zespołu Aerosmith. Szalonego Brytyjczyka, który sam siebie określał mianem „Króla Cyganów”, pokochał cały świat.


I choć starcie nie porwało, fani ostrzyli sobie zęby na rewanż - taką „obietnicę” dostał Kliczko w kontrakcie, do ustalenia pozostało tylko kiedy i gdzie...

***

Bezradny, pobity Wilder. Tyson Fury mistrzem świata!

Tyson Fury (30-0-1) przejął pas mistrza świata federacji WBC. Brytyjczyk w efektownym stylu rozprawił się z Deontayem Wilderem (42-1-1), wygrywając...

zobacz więcej

Nigdy.

- Kiedy zdobywasz najważniejsze mistrzowskie pasy, nie ma już niczego do zrobienia - opowiadał później Brytyjczyk. Zatracił się w alkoholu, narkotykach i kobietach. Popadł w depresję. - Bawiłem się jak gwiazda rocka. I nie było w tym niczego fajnego. Budziłem się i nie chciałem dłużej żyć. Nikt nie mógł przemówić mi do rozsądku, wszyscy dookoła cierpieli - opowiadał podczas wizyty u Joe Rogana.

Ukraińca zwodził miesiącami. Obiecany rewanż nieustannie przekładał, wygłupiał się na konferencjach prasowych, aż w końcu wpadł podczas testu antydopingowego, gdy w jego organizmie wykryto... kokainę. Stracił pasy, zszedł z piedestału, walki największych oglądał w domu. Niewielu wierzyło, że kiedykolwiek wróci.

Pił kilkanaście piw dziennie. Strzelał do gołębi, grał w golfa, jeździł samochodami terenowymi... Za wszelką cenę szukał ujścia adrenaliny. - Oglądałem Kliczkę, gdy byłem młodym chłopakiem. Był moim celem. Gdy go pokonałem, wszedłem na Everest. Nie było niczego dalej. Czułem pustkę, którą musiałem jakoś zapełnić - tłumaczył.

Latem 2016 roku, kilka miesięcy po wygranej z Kliczką, kupił sobie nowiutkie Ferrari. Podczas jednej z pierwszych przejażdżek, rozpędził się do niebezpiecznej prędkości, chcąc popełnić samobójstwo. Pędził w kierunku mostu, aż... usłyszał głosy. - To dotarło do mnie nagle. „Nie rób tego, Tyson, pomyśl o dzieciach, o rodzinie, o synach, o córce, która dorośnie bez ojca...” - wspominał.

Z pomocą lekarzy i najbliższych, a także (przede wszystkim?) dzięki wielkiemu samozaparciu, Fury powoli wychodził na prostą. Rzucił alkohol, wrócił do treningów, regularnie modlił się i chodził do kościoła. Siłę, jak sam przyznawał, czerpał od rodziny i od Boga. Zmienił nastawienie. - Mistrzowski pas? Nic wielkiego. Czy fajnie go mieć? Pewnie, ale przecież nie będę się z nim kochał. Jedyne o czym myślę to to, by wrócić do domu i cieszyć się świętami - mówił przed pierwszą walką z Deontayem Wilderem, stoczoną w grudniu 2018 roku.

***

Świat zobaczył odmienionego Fury'ego. Uśmięchniety, roztańczony, stał się jednym z ambasadorów zdrowia psychicznego. Człowiekiem, który wyszedł z ciemnego pokoju i odnalazł światło. Wielki powrót na ring, jak przekonywał, miał być świadectwem dla wszystkich, którzy - tak jak on - cierpieli lub cierpią z powodu depresji.

Wielu pukało się w czoło. Przekonywano Brytyjczyka, że popełnia błąd. Po dwóch przeciętnych walkach, Fury - który wciąż czuł się mistrzem świata („nikt mnie jeszcze nie pokonał”) – podjął się bowiem najtrudniejszego z możliwych wyzwań. Wilder miał wszelkie „papiery”, by nazywać go najlepszym przedstawicielem wagi ciężkiej: nokautował rywala za rywalem, a przed jego piorunującym ciosem od lat uciekał nawet inny mistrz - Anthony Joshua (choć sytuacja pomiędzy oboma pięściarzami jest znacznie bardziej skomplikowana).

Niepokonany „Bronze Bomber” był wielkim faworytem starcia, które ostatecznie, po dwunastu ekscytujących rundach, zakończyło się remisem. Remisem zaprawionym sporym niedosytem – dla obu pięściarzy. Fury prowadził bowiem na punkty i mógł wygrać, gdyby nie potencjalnie nokautujący cios Wildera w ostatnich minutach walki. Amerykanin cieszył się już w myślach z kolejnej efektownej wygranej, ale rywal, po chwili oddechu, liczony przez sędziego, nagle - jak gdyby nigdy nic - otrzepał się i wstał. Wilder tylko uśmiechał się pod nosem...

W rewanżu do śmiechu już mu nie było. Pod wodzą nowego trenera, Javana „Sugar” Hilla, Fury wyszedł na ring jeszcze silniejszy, jeszcze bardziej zdeterminowany. Przeważał od początku do końca, który nastał – po rzuconym przez narożnik Wildera ręczniku - w siódmej rundzie.

- Wilder to wielki wojownik, pokazał dziś serce do walki i kiedyś jeszcze będzie mistrzem, ale dziś król powrócił na tron - oznajmił po wygranej Brytyjczyk.

To był nokaut w każdym wymiarze. Nokaut, który rozpoczął się jeszcze przed walką. Kontrowersyjny „Król Cyganów” pojawił się bowiem na ringu... w lektyce, niesiony przez kilka umięśnionych pań, z koroną na głowie, odziany w efektowne szaty, podśpiewując pod nosem utwór „Crazy” autorstwa Patsy Cline.

Na jego szczęście, równie wyluzowany był też między linami. Wilder od trzeciej rundy, trafiony w okolice błędnika, słaniał się na nogach i walczył o przetrwanie. Fury zadał 267 ciosów, z których do celu doszły 82 (Wilder zadał 141, w tym 34 skuteczne). Do momentu zakończenia walki, wyraźnie prowadził też na punkty u każdego z trzech sędziów (59-52, 59-52, 58-53).

Co dalej? - Jestem w Las Vegas! Zamierzam ruszyć w miasto, zażyć dużo kokainy i korzystać z usług prostytutek. Najlepiej takich tanich, za 30 dolarów. Czy może być coś lepszego?! - żartował, w swoim stylu, jeszcze przed pierwszym gongiem.

Czy tym razem uda mu się udźwignąć ciężar mistrzowskiego pasa? Niewykluczone, że przed Tysonem Fury'm próba znacznie trudniejsza niż ta, do której doszło w ringu. Tym razem, zamiast nieco przygnębiającego Aerosmith, zaprezentował fanom w MGM Grand znacznie weselszy utwór. Może to dobry omen?

źródło:
Zobacz więcej