Raport

Epidemia koronawirusa

Wilder walczył dla córki. Teraz chce miłości rodaków

Deontay Wilder pozostaje niepokonany na zawodowym ringu (fot. Getty Images)

Miał 19 lat, gdy musiał rzucić szkołę i wziąć życie w swoje ręce. Przyrządzał homary w restauracji "Red Lobster" i naleśniki dla jednej z amerykańskich sieciówek. Przed świtem dowoził beczki z piwem. Wreszcie odkrył też boks. Nie marzył o sławie i wielkim majątku. Potrzebował pieniędzy. Każdych, jakichkolwiek, bo wciąż było za mało...

Skoki narciarskie. Geiger wygrywa, trzech naszych w dziesiątce

Dobrze, ale bez błysku. Tak najkrócej można ocenić występ polskich skoczków podczas konkursu Pucharu Świata w Rasznowie. Kamil Stoch był szósty,...

zobacz więcej

Deontay Wilder był przystojnym, dobrze zbudowanym młodzieńcem. W liceum, jak większość rówieśników, grał w futbol i koszykówkę. Nieźle, ale nie na tyle, by dostać stypendium największych, najbardziej prestiżowych uczelni. Wyższe wykształcenie musiał odbierać w lokalnej szkole publicznej.

Zanim rozpoczął drugi rok studiów, dowiedział się, że zostanie ojcem. Początkowo, wraz z ówczesną partnerką, chciał godzić nową rolę z nauką. Wtedy życie wystawiło go jednak na poważną próbę: córka miała przyjść na świat z rozszczepem kręgosłupa. Choć to nieuleczalna choroba, z odsłoniętym rdzeniem kręgowym da się żyć. Potrzebna jest jednak kosztowna terapia, by nie ryzykować infekcji i dalszych uszkodzeń.

Odpowiedzialność go przerosła. - Kupiłem broń. Byłem zdecydowany. Chciałem to wszystko skończyć, pozbyć się wszelkich problemów - mówił po latach w rozmowie z BT Sport. Zdał sobie jednak sprawę, że bez niego malutka Naieya nie ma żadnych szans.

Myślał, zastanawiał się, aż doszedł do wniosku, że musi na poważnie zająć się boksem. - Moje podejście było proste: chodziło wyłącznie o pieniądze. Jeśli miałem gdzieś zarobić ich tyle, by pomóc córce, to właśnie na ringu - tłumaczył.

W Tuscaloosa, jego rodzinnym mieście, na pierwszym miejscu był futbol amerykański, na drugim futbol, a na trzecim... futbol. Najbliższa przestrzeń do treningów znajdowała się kilkanaście minut drogi od centrum. Nic jednak nie mogło go zniechęcić. Miał cel. Miał dla kogo walczyć. W przenośni i dosłownie.

Gdy Wilder pojawił się w hali, nie zrobił wielkiego wrażenia na trenerze Jayu Deasie. - Był wyższy od rówieśników, bardzo dobrze zbudowany, ale wielu takich wcześniej widziałem. Odpadali, gdy tylko zobaczyli, że boks to naprawdę trudny kawałek chleba. Na domiar złego, Deontay był też zupełnie "surowy", nie miał odpowiedniej techniki...

Choć pracował na trzy etaty, przychodził na treningi i pracował ciężej niż inni. Chciał jak najszybciej przejść na zawodowstwo. - To, że tego chciał, nie oznaczało, że mógł to zrobić - wyjaśniał trener portalowi "The Undefeated". - Tym bardziej, że nie był żadnym fenomenem. Jeśli spojrzeć na jego wczesne walki, było wiele genialnych momentów, ale też wiele takich, gdy na ringu panował zupełny chaos, po prostu machał rękoma bez sensu. Wiedziałem, że potrzeba wiele pracy.

Na amatorskich ringach spisywał się na tyle dobrze, że zasłużył na walkę o miejsce w reprezentacji olimpijskiej. W Pekinie zdobył brązowy medal - ostatni w męskim boksie krążek dla Amerykanów. Trzy miesiące później przeszedł na zawodowstwo.

Reszta jest historią. Minęło kilka lat, a "Bronze Bombera" znał już cały świat. Trudno się dziwić: każdą walkę wygrywał przez nokaut, imponując efektownością i efektywnością. Wciąż nie porażał techniką, gołym okiem widać było, że przygodę z boksem zaczynał bardzo późno, ale... to nie miało znaczenia. Jego piornujący cios zwalał z nóg największych twardzieli. Do walki z Tysonem Fury'm przystępuje mając na koncie 41 nokautów w 43 walkach. Poza Brytyjczykiem, oparł mu się jeszcze tylko Bermane Stiverne.

Choć znany, rozpoznawalny, najmniejszym szacunkiem od zawsze cieszył się w ojczyźnie. Jakkolwiek efektowne nie byłyby jego wygrane, fachowcy i kibice nieustannie dopatrywali się jakichś "ale". Słaba technika, brak poważnych rywali, a nawet - zdaniem samego bohatera - również kolor skóry.

Nie wyprzedawał hal, nie wzbudzał wielkiego zainteresowania. Aż do pierwszego starcia z Fury'm. "Jeśli wygra tę walkę, wreszcie będzie miał na koncie znaczące zwycięstwo. Jakiś stempel na swojej karierze" - pisano za oceanem.

Był blisko. Miał rywala na deskach, długo prowadził, wydawało się, że lada moment dokończy dzieła. Nie zrobił tego, pozwolił Fury'emu na ringowe odrodzenie i był o włos od porażki. Remisowy werdykt - w opinii wielu - był dla Wildera prezentem. Szansą od losu.

22 lutego w MGM Grand, imponującej i słynnej hali w Las Vegas, ma udowodnić, że zasługuje na uwielbienie rodaków. Bokserska Ameryka potrzebuje bohatera w wadze ciężkiej i - czy tego chcą, czy nie - tylko Wilder może nim być.

źródło:
Zobacz więcej