Raport

Epidemia koronawirusa

Repetowicz: Krwawa farsa w Syrii

W 2018 r. trzy państwa ogłosiły, że łączą się w wysiłkach, by w Syrii nastał pokój (fot. PAP/EPA/YAHYA NEMAH)

Syryjska wojna domowa coraz bardziej przypomina krwawą tragifarsę, w której deklaracje poszczególnych aktorów rozmijają się z ich faktycznymi działaniami. Na przykład ogłoszenie zawieszenia broni zwiastuje rządową ofensywę, tureckie zapowiedzi konfrontacji z siłami Asada materializują się bombardowaniem Kurdów, a tzw. umiarkowani rebelianci są faktycznie zwolennikami Al-Kaidy i często wolą walczyć w Libii niż w syryjskim Idlibie.

Nocny ostrzał bazy wojskowej w Homs. Syria oskarża Izrael

Syryjska armia poinformowała o nalocie na bazę lotniczą T-4 w prowincji Homs. Damaszek uważa, że ataku dokonała armia izraelska. Tel Awiw nie...

zobacz więcej

Kierunek Idlib!

Od listopada 2019 r. armia syryjska, przy silnym wsparciu Rosji, prowadzi operację w prowincji Idlib w północno-zachodniej Syrii, czyli w ostatnim terytorium kontrolowanym przez rebeliantów. A w zasadzie to dżihadystów, bo większość z broniących Idlibu bojowników należy do ściśle związanego z Al-Kaidą Hajat Tahrir Asz-Szam (HTS), a także różnych innych podobnych organizacji zbrojnych specjalizujących się w obcinaniu głów, samobójczych atakach czy szkoleniu kilkunastoletnich chłopców, jak skutecznie zabijać niewiernych.

Świat oczywiście wiedział, że emirat Al-Kaidy na dłuższą metę nie może istnieć w północno-zachodniej Syrii, bo zagraża, choćby Europie, w równym stopniu co Państwo Islamskie. Ale jak nastąpił początek rozprawy militarnej, to od razu pojawiły się protesty i żądania wstrzymania operacji. Ponieważ są one zwykle adresowane do Rosji, to aż strach pomyśleć, co niektórzy byliby jej w stanie oddać za to, by na życzenie samych Europejczyków odpuściła Al-Kaidzie i pozwoliła jej dalej się rozwijać pod naszym bokiem.

W 2018 r. trzy państwa ogłosiły, że łączą się w wysiłkach, by w Syrii nastał pokój. Była to Rosja, Turcja i Iran, co zwiastowało wiele, ale na pewno nie to, że będzie pokój. W ramach tzw. „formatu astańskiego” stworzono strefę zdemilitaryzowaną w Idlibie, ale Turcja została zobowiązana do pozbycia się stamtąd dżihadystów. Była to oczywiście „mission impossible”, bo Al-Kaida nie tylko nie miała zamiaru nigdzie się wynosić, ale wręcz przeciwnie, wyparła konkurentów z większości tego regionu.

Turcy ustawili jednak kilkanaście punktów obserwacyjnych wzdłuż linii oddzielającej pozycje rządowe od rebelianckich. A w październiku 2019 r. rozpoczęli „operację antyterrorystyczną”. Oczywiście nie przeciwko Al-Kaidzie, tylko przeciwko Kurdom, którzy w sojuszu z USA zwalczali Państwo Islamskie. Był to oczywiście najlepszy moment, by Rosja z Asadem zaczęła ofensywę w Idlibie.

Jak Amerykanie rosyjskiego generała schwytali. Pustynne gry wojenne

Siły USA wciąż są w Syrii – i to jest ogromny problem dla Asada, Erdogana i Putina. Amerykanie nadal de facto współpracują z Kurdami i odstraszają...

zobacz więcej

Libia czy Idlib, brzmi podobnie

Rosjanie tłumaczyli, że skoro Turcja sobie z Al-Kaidą nie poradziła, to oni muszą wziąć sprawy w swoje ręce. Oczywiście wzięli je „po rosyjsku”, co nie zwiastowało niczego dobrego dla cywilów. Bomby zaczęły spadać, mieszkańcy uciekać z domów, Turcja zaś zaczęła protestować, ale bardzo niemrawo. W rzeczywistości zaś zainteresowana była tym, by jak najwięcej syryjskich dżihadystów z tego terytorium przerzucić na front przeciwko Kurdom, a także do … Libii. I jej się to udało. Do Libii wyjechało co najmniej 2000 syryjskich dżihadystów, aby walczyć tam o imperialny interes Turcji za miesięczny żołd wahający się miedzy 200 a 2000 dolarów. I za obietnicę tureckiego obywatelstwa.

W końcu Libia czy Idlib, jaka to różnica. Może i dzieli je kilka tysięcy kilometrów, ale w końcu nazwy są podobne, można się pomylić. Niemniej wśród mieszkańców Idlibu zaczęło rosnąć rozgoryczenie wobec Turcji, a ci spośród dżihadystów, którzy nie chcieli zostać najemnikami w Afryce Płn., mogli jeszcze pomyśleć o zemście na Turcji za taką zdradę. Zwłaszcza, że ta nie chciała też już przyjmować uchodźców, bardzo brutalnie uniemożliwiając im dostanie się na swoje terytorium. Cały czas jednak grała tą kartą, wymuszając na Europie różne ustępstwa i akceptację swojej polityki.

Syria: Mimo porozumienia o zawieszeniu broni słychać strzały

W okolicach miasta Ras al-Ajn na północnym wschodzie Syrii było słychać odgłosy strzelaniny; stało się to dzień po tym, jak Turcja uzgodniła z USA,...

zobacz więcej

Zawieszenie broni zapowiedzią nalotów

By pokazać wierzącym wciąż w Erdogana antyasadowskim Syryjczykom z Idlibu, że mogą oni liczyć na Ankarę, Turcy zaczęli wzmacniać swoje punkty obserwacyjne, a tureckie media (kontrolowane przez rząd) informowały o silnych konwojach wojskowych wjeżdżających do Syrii z Turcji. Druga armia NATO przeciwko rachitycznej armii Asada. Nie ma się czego bać. Zwłaszcza, że w styczniu na szczycie w Moskwie Erdogan z Putinem uzgodnili zawieszenie broni.

Tyle że najwyraźniej Putin zapomniał przekazać tę informację swoim żołnierzom w Syrii, bo walki były kontynuowane w najlepsze. Armia syryjska po prostu obchodziła tureckie punkty obserwacyjne, a Turcy sobie w nich siedzieli, nie ruszali się z nich i siedzą nadal. Połowa z nich znajduje się już na terenach, na których rebeliantów nie ma śladu, bo zajęła je armia syryjska. Syria nie była zresztą najważniejszym punktem w rozmowach przywódców Turcji i Rosji w tym czasie.

Styczniowy szczyt w Moskwie dotyczył przede wszystkim Libii, w której miało dojść do podziału wpływów między Moskwę i Ankarę. Erdogan miał otrzymać kontrolę nad Trypolisem, a Putin miał zmusić nacierającego na libijską stolicę gen. Haftara, by Turkom nie przeszkadzał. Okazało się jednak, że Haftar nie ma zamiaru oglądać się na uzgodnienia turecko-rosyjskie.

Syria: Kurdowie czują się zdradzeni [OPINIA]

Kilkaset tysięcy mieszkańców musiało opuścić swoje domy w wyniku tureckiej inwazji na Syrię Północno-Wschodnią. Wielu z nich prawdopodobnie nigdy...

zobacz więcej

Krwawa zemsta Turcji ?

W końcu doszło więc do konfrontacji między syryjskimi i tureckim żołnierzami. 3 lutego Turcy otworzyli ogień do nacierających na miasto Sarakib sił asadowskich, ci zaś odpowiedzieli i w rezultacie 8 Turków zginęło. Erdogan natychmiast zapowiedział odwet, a tureckie media podały, że w nalotach tureckich zginęło około 30-35 żołnierzy syryjskich. Tyle że nikt nie zauważył w tym czasie żadnych tureckich samolotów nad rejonem operacji armii syryjskiej. Doszło natomiast do bombardowania kurdyjskich pozycji w rejonie Tel Abjad, czyli na linii frontu, która powstała po inwazji tureckiej na sojusznicze wobec USA i zdominowane przez Kurdów Syryjskie Siły Demokratyczne.

USA nawiasem mówiąc pochwaliły Turcję i za ten „odwet”. A niektórzy, słabo zorientowani analitycy zaczęli już wieszczyć rozpad turecko-rosyjskiego sojuszu. Erdogan zresztą zapowiedział, że „format astański” już nie istnieje, a rewanż Turcji będzie straszliwy. Był tak przerażający, że trzy dni później do Sarakibu wkroczyła armia syryjska. A Turcy się wycofali.

Tuż po zabiciu tureckich żołnierzy pod Sarakib Erdogan zażądał, by syryjska armia natychmiast wycofała się do granic sprzed rozpoczęcia listopadowej ofensywy na Idlib, grożąc, że inaczej „Turcja weźmie sprawy w swoje ręce”. Dodał również, że „od teraz wszelkie naruszenia reżimu syryjskiego spotkają się z odpowiedzią tureckich oddziałów, które w odwecie będą atakować jego oddziały”. Jak to powiedział Hamlet w jednym ze swoich monologów, „słowa, słowa, słowa”. A życie sobie.

Słowa potrzebne były jednak, by zatrzeć złe wrażenie. Turcja już wielokrotnie tak robiła w przeszłości, udając, że wciąż jest protektorką rebeliantów, podczas gdy dawno pogodziła się już z tym, że władzę w Damaszku dalej sprawować będzie Asad. Syryjczycy są jej jednak potrzebni do targów z Rosją i wiecznego szantażowania Europy uchodźcami.

Zresztą Rosja również gra. Deklaruje, że cała Syria powinna wrócić w ręce Asada, ale wcale nie zamierza do tego doprowadzić. Świadczy o tym m.in. to, że równolegle z ofensywą w Idlibie toczy się druga, bardziej na północ, na zachodnich przedmieściach miasta Aleppo. Tam jednak nie idzie tak dobrze, bo armię rządową wspiera nie Rosja, ale Iran i Hezbollah, a Rosja na każdym kroku stara się podkładać nogę tym swoim formalnym sojusznikom. Syria ma być bowiem wasalem rosyjskim i niczyim innym. Dlatego też Moskwa potrzebuje, by nad syryjskim przywódcą wisiał ciągle bat. I tym batem są Turcy i ich sojuszniczy dżihadyści stacjonujący pod Aleppo. Zatem będą tam jeszcze długo, ostrzeliwując miejscowych chrześcijan, którzy są z kolei wdzięczni Rosji za to, że ich chroni.

źródło:
Zobacz więcej