Raport

#FabrykahejtuPO

Demokratom pozostało już tylko wycie. Impeachment wzmocni Trumpa

Donald Trump nie boi się przeciwstawiać środowiskom lewicowym (fot. Chip Somodevilla/Getty Images)

Uderzenie w znienawidzonego przez amerykańską lewicę Donalda Trumpa za pomocą procedury impeachmentu nie mogło przynieść pożądanego przez nią rezultatu, jakim miało być nie tylko pozbawienie go stanowiska, ale i stałe wyeliminowanie z polityki. Ten desperacki ruch, klasyczne chwytanie się brzytwy, pokazał słabość Demokratów i siłę amerykańskiej prawicy, która nie dała się podzielić i stanęła po stronie swojego reprezentanta. Wszystko wskazuje na to, że impeachment wzmocni Trumpa i pomoże mu w walce o reelekcję.

Trump w orędziu: USA silniejsze niż kiedykolwiek

Stany Zjednoczone są silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej – powiedział we wtorek w swoim trzecim i ostatnim w obecnej kadencji orędziu o stanie...

zobacz więcej

Amerykańska lewica, ze szczególnym uwzględnieniem środowisk medialnych i celebryckich, wciąż nie może pogodzić się z tym, że Donald Trump został prezydentem. Jak ktoś taki jak on, w ich odczuciu – nie tylko prostak i redneck, ale po prostu faszysta – mógł pokonać tak wspaniałego kandydata, jakim – znów, w ich odczuciu – była Hillary Clinton – to pytanie nurtuje to środowisko od dnia ogłoszenia wyników wyborów prezydenckich w 2017 roku.

Sytuacja ta powoduje, że jesteśmy świadkami nieustannego ataku na Trumpa. Fala nienawiści wobec niego przybrała niespotykane wprost rozmiary i jest, mimo wszystko, nowym zjawiskiem w i tak mocno spolaryzowanej Ameryce. W większości mainstreamowych mediów, zdominowanych przez lewicę, trwa licytowanie się w obrażaniu prezydenta, w przypisywaniu mu kolejnych złych cech charakteru, słabości umysłu, dyktatorskich zapędów, oskarża się go o bycie rosyjskim agentem, rasistą, szowinistą i mizoginem.

Lista formułowanych pod jego adresem zarzutów jest długa i jest monotonnie, przy każdej okazji przywoływana. Wśród głosów krytycznych od samego początku przewijało się pytanie – i co dalej, co można z tym „prezydentem” zrobić, jak się go pozbyć, jak doprowadzić nie tylko do sytuacji, by nie mógł powtórzyć swojego zwycięstwa, ale by, w jakiś sposób, jego wyborczy sukces anulować. No bo przecież Trump nie mógł pokonać Clinton. Po prostu nie mógł... A nawet jeśli mu się to udało, to tylko dlatego, że dostał wsparcie od Kremla, za które będzie musiał się odpłacić.

Do dziś jednak – ani nie znaleziono jakiegokolwiek potwierdzenia tego oskarżenia w dowodach, ani nawet w prowadzonej od tego czasu polityce zagranicznej Białego Domu. Wprost przeciwnie, to USA pod przywództwem Trumpa są najostrzejszymi krytykami Kremla, nakładają na Rosję najmocniejsze sankcje, jednoznacznie opowiadają się po stronie Ukrainy – wspierają ją finansowo i militarnie, wysyłają dodatkowych żołnierzy na wschodnią flankę NATO, nawołują do wzmocnienia Sojuszu Północnoatlantyckiego i wspierają dywersyfikację energetyczną Europy Środkowo-Wschodniej.

Mało? Oczywiście, że mało - dla Demokratów, którzy za wzór przywódcy stawiają Baracka Obamę, pomimo tego, że prowadził on politykę ustępstw i błagania o reset w relacjach z Moskwą. Politykę, która poniosła klęskę. Obamy nikt jednak po lewej stronie amerykańskiej sceny politycznej z tego nie rozlicza. Rozlicza się zaś Trumpa, za to, czego nigdy nie zrobił i za to, kim nigdy nie był.

Nie będzie świadków w procesie Trumpa. Wyrok Senatu ws. impeachmentu zapadnie w środę

W najbliższą środę zapadnie wyrok w sprawie impeachmentu prezydenta Donalda Trumpa. W piątek wieczorem czasu miejscowego Senat USA, w którym toczy...

zobacz więcej

Widmo impeachmentu – jako sposobu na „rozwiązanie problemu Trumpa”, w sytuacji, gdy nieustanny atak na niego nie przynosi pożądanych rezultatów, a ten, krok po kroku, realizuje swoje cele i – o zgrozo – odnosił sukcesy, w tym i ekonomiczne, którym ciężko zaprzeczyć, musiało w końcu przybrać materialne kształty.

Nie oznacza to jednak, że nawet w środowisku jego zapiekłych przeciwników nie zastanawiano się, czy doprowadzi to do zwycięstwa, czy nie obróci się przeciwko samej Partii Demokratycznej, czy, przypadkiem, nie pomoże tylko znienawidzonemu przeciwnikowi, który będzie miał możliwość postawienia się w roli ofiary nagonki politycznej.

Głosy rozsądku, kalkulacji, myślenia strategicznego – przegrały ostatecznie z zapiekłością, z nienawiścią, z chęcią upokorzenia raz na zawsze wroga.

Od samego początku jednak impeachment był wydmuszką. Nie chodzi tylko o same zarzuty – bardzo słabe, wyciągane na siłę, będące bardziej domysłami niż faktami, bardziej rojeniami niż dowodami. Ale też o to, że były one „za słabe” by przekonać Republikanów, którzy pokazali podczas całego procesu niezachwianą wiarę w Trumpa, widząc, jak bardzo jego polityczni przeciwnicy szyją całą „sprawę” naprawdę grubymi nićmi.

Co więcej, do skazania prezydenta przez Senat wymagana jest większość 2/3 głosów, a żaden z zasiadających w izbie 53 Republikanów nie zapowiadał, że zagłosuje za skazaniem.

Demokraci nie kryją rozczarowania. Liczyli, że dwa zarzuty: nadużycia władzy oraz utrudniania parlamentarnego śledztwa - będą wystarczające, by pozbyć się Trumpa. Przekonywali, że wstrzymując pomoc militarną dla Ukrainy w wysokości 400 milionów dolarów, próbował on wymusić śledztwo przeciwko swemu rywalowi politycznemu Joe Bidenowi, który ma szansę zostać kandydatem Demokratów w walce o prezydencki fotel, a którego syn Hunter Biden – był w przeszłości zatrudniony w podejrzanej o działalność korupcyjną firmie gazowej Burisma.

Prawnicy Trumpa: Wniosek o impeachment sprzeczny z konstytucją

Prawnicy prezydenta Trumpa w wydanym w sobotę oświadczeniu stwierdzili, że Demokraci formułując wniosek o odsunięcie od władzy prezydenta Trumpa...

zobacz więcej

Adwokaci Trumpa zbudowali obronę swojego klienta na czterech mocnych punktach. Mianowicie, że z transkryptu jego rozmowy z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim nie wynikało, że rozmawiano o warunkowości wstrzymania pomocy dla Ukrainy. Później obaj prezydenci deklarowali, że nie wywierano żadnej presji na władze w Kijowie. Strona ukraińska, w trakcie tejże rozmowy, nie wiedziała również o wstrzymaniu pomocy wojskowej. Pomoc ta została ostatecznie odblokowana, a Ukraina nie musiała w tym celu podejmować żadnych działań związanych ze śledztwem.

O tym, że grillowanie prezydenta przez Demokratów będzie trwało o wiele krócej niż liczyli, zdecydowali Republikanie, którzy w większości nie zgodzili się na przedłużanie procesu, odrzucając możliwość wezwania świadków w procesie Trumpa.

W głosowaniu tylko dwójka Republikanów – Mitt Romeny i Susan Collins – poparła wniosek o ich powołanie.

W efekcie – zapewne w środę – sam proces dobiegnie końca i amerykański Senat, zdominowany przez Republikanów, uniewinni prezydenta od zarzutów.

Dla Demokratów to więcej niż porażka. Liczyli oni bowiem, że uda im się przedłużać proces i wzywać kolejnych świadków, w tym byłego doradcę Trumpa do spraw bezpieczeństwa narodowego Johna Boltona. W zeszłą niedzielę „New York Times" napisał bowiem, że dotarł do nieopublikowanej jeszcze książki Boltona, której manuskrypt miał potwierdzać wnioski śledztwa prowadzonego przez Demokratów w sprawie „afery ukraińskiej”.

To jednak nie przekonało Republikanów, co postawiło Demokratów w bardzo trudnej sytuacji. Nie dość bowiem, że przedstawili bardzo słabe, właściwie publicystyczne argumenty, na poparcie swoich zarzutów, to nie naruszyli popularności Trumpa i dali mu możliwość do przedstawiania siebie jako ofiary „polowania na czarownice”. Rozczarowali przy tym znaczną część swojego elektoratu, która liczyła, że proces ten zakończy się sukcesem.

Zmotywowali też amerykańską prawicę, by kolejny raz stanęła po stronie Trumpa, który przedstawia się jako przeciwnik establishmentu – „waszyngtońskiego bagna” – gdyż walczy o prawa „zwykłych obywateli”.

Spodziewane na środę ogłoszenie decyzji Senatu w sprawie impeachmentu zbiegło się z orędziem wygłoszonym w nocy polskiego czasu przez amerykańskiego przywódcę.

Incydent w Kongresie USA. Pelosi podarła dokument z orędziem Trumpa

W trakcie owacji po wygłoszeniu przez prezydenta Donalda Trumpa w Kongresie orędzia o stanie państwa stojąca za nim demokratyczna przewodnicząca...

zobacz więcej

Trump, na co by wskazywała logika zbliżających się wyborów prezydenckich, skupił się w nim na tematach gospodarczych. Wskazywał na rosnące wskaźniki, spadające bezrobocie, podpisanie ważnych umów handlowych m.in. z Chinami.

Nie zapomniał też o akcentach prolajferskich, prorodzinnych, religijnych – tak znienawidzonych przez skręcające coraz bardziej w odmęty skrajnej lewicowości maistreamowe media, celebrytów i samej Partii Demokratycznej. Warto w tym miejscu przypomnieć, że Trump, niedawno, jako pierwszy prezydent USA, wziął udział i przemówił na corocznym „Marszu dla Życia”. Jest on również bardzo pozytywnie oceniany przez te środowiska, za konkretne działania na rzecz obrony życia dzieci nienarodzonych, wspieranie instytucji rodziny i wolności religijnych.

To, co dało się zaobserwować podczas wygłaszania orędzia, to pozytywne, czasem wręcz entuzjastyczne reakcje na jego słowa większości Republikanów i niechęć, obojętność, większości Demokratów. Mając w pamięci, że kilka lat temu był on mocno krytykowany przez część amerykańskiej prawicy, jego obecna popularność w tym elektoracie to jego wielki sukces. To zaś jedynie wzmacnia do niego niechęć lewicy.

O skali złych emocji między tymi opcjami, świadczy również to, że wchodząc na mównicę Trump nie podał ręki Nancy Pelosi, szefowej Izby Reprezentantów, chociaż ta wyciągnęła swoją w jego kierunku. Pelosi była jednym z głównych orędowników jego impeachmentu. Po wygłoszeniu zaś przez prezydenta orędzia, podarła ona ostentacyjnie na kawałki otrzymany egzemplarz.

Jednym zaś z nielicznych momentów, gdy obie strony tego sporu – „zgodnie klaskały” i to na stojąco, było pojawienie się w Kongresie przywódcy wenezuelskiej opozycji Juana Guaido.

Trump ma prawo, by czuć się silnym. Ma prawo, by na wiecach mówić o sukcesach gospodarczych, udanych negocjacjach handlowych, dbaniu o amerykańskich pracowników, zwalczaniu bezrobocia, wzmacnianiu sił zbrojnych, umacnianiu prorodzinnych wartości, a także zapewnianiu bezpieczeństwa, poprzez wprowadzenie surowszego prawa migracyjnego i budowie muru na granicy z Meksykiem.

O tym, że jest doceniany za to, co zrobił w trakcie upływającej kadencji, świadczy też to, że jest pewnym kandydatem Partii Republikańskiej w zbliżających się wyborach.

Zamieszanie podczas prawyborów Demokratów w USA

W amerykańskim stanie Iowa doszło do pierwszego starcia Demokratów w prawyborach prezydenckich. Po wielu godzinach od zakończenia głosowania wciąż...

zobacz więcej

W tym samym czasie Partia Demokratyczna ma ogromny problem z wyborem kandydata na tyle silnego, by mógł mu się przeciwstawić, co pokazały prawybory w Iowa. Największe szanse na to, by w ogóle stanąć w szranki z Trumpem, mają senatorowie Bernie Sanders i Elizabeth Warren, a także były wiceprezydent Joe Biden.

O tym, jak brutalna może się okazać wewnętrzna wojna w tej partii, zdążył się już przekonać zadeklarowany od lat skrajny socjalista Sanders, którego Warren oskarżyła o to, że w rozmowie z nią miał powiedzieć, że kobieta nie pokona Trumpa. Został on za to z miejsca uznany za seksistę. O „niewłaściwe zachowania” w stosunku do kobiet oskarżany był zaś wcześniej Biden. Warren zaś musiała się gęsto tłumaczyć, gdy okazało się, że jej „indiański przodek”, a na te korzenie często się powoływała, żył prawdopodobnie sześć do dziesięciu pokoleń temu...

Koniec impeachmentowej hucpy, wewnętrzna wojna wśród Demokratów i owoce pierwszej kadencji pozwalają Trumpowi spać spokojnie i prowadzić swoją kampanię, przed wyborami, które odbędą się 3 listopada, bez oglądania się na peleton. Kampania w USA będzie jednak baczenie obserwowana na całym świecie, także nad Wisłą. Od tego bowiem, kto zasiądzie w prezydenckim fotelu na następną kadencję, w dużym stopniu zależeć będą relacje Polski z naszym głównym sojusznikiem. Warszawa miała do tej pory z Trumpem po drodze. Ewentualna zmiana przywództwa w Stanach Zjednoczonych może jednak zachwiać tym układem.

Petar Petrović

Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia

źródło:
Zobacz więcej