Żegnaj, Kobe. Dlaczego tak krótko?

Koszykarz zginął w katastrofie helikoptera (fot. Rob Carr/Getty Images)

W niedzielę zmarł Kobe Bryant. Mąż, ojciec czterech córek, wspaniały koszykarz, legenda sportu. Miał 41 lat.

Kobe Bryant nie żyje. Słynny koszykarz zginął w katastrofie śmigłowca

Słynny koszykarz NBA Kobe Bryant zginął w wypadku śmigłowca. Maszyna z pięcioma osobami na pokładzie spadła w miejscowości Calabasas w Kaliforni...

zobacz więcej

Oczy mu się szkliły. Stał o kulach, opierał się o ścianę, cierpliwie odpowiadał na pytania otaczających go reporterów. Choć łamiącym głosem powtarzał, że jest wściekły, jego twarz wyrażała raczej smutek niż złość. Wiedział, że pewna podróż dobiegła końca. Chciał coś wszystkim udowodnić, znowu, pokonywał wszelkie przeciwności, znowu, ale tej się nie dało. Dopytywany, czy to na pewno Achilles, czy nie ma żadnej nadziei, że za moment wróci, zrezygnowany kręcił głową. „Nie mogę chodzić”.

Miał wtedy 35 lat i kibicowałem mu jeszcze bardziej niż wcześniej. To był zmierzch kariery. Coraz więcej urazów, coraz więcej problemów. A przecież miało być tak pięknie... Tamtych Lakers, z Nashem, Howardem i Gasolem, ukoronowano jeszcze przed rozpoczęciem sezonu. Po kilku chudych latach, Kobe dostał drużynę na miarę oczekiwań. Chciał jeszcze raz wejść na szczyt. Podporządkował temu wszystko i... przegrał.

To był dziwny czas. Gwiazdorski projekt – z wielu przyczyn, nad którymi nie ma sensu się teraz pochylać – nie wypalił. Lakers zaczęli sezon z jedną wygraną w pięciu meczach. W pewnym momencie zaliczyli serię sześciu kolejnych porażek, zwolniono trenera, a sportowa Ameryka żyła konfliktem Bryanta z Howardem. Kobe, ambitny do bólu, nie mógł znieść trybu życia młodszego kolegi, jego wątpliwej etyki pracy i zbyt lekkiego podejścia do kolejnych klęsk. Drużyna nie była drużyną, grali słabo. Zamiast bić się o mistrzostwo, do ostatnich chwil walczyli o to, by awansować do fazy play-off.

Wtedy Kobe wziął sprawy w swoje ręce.

Przejął zespół. Właściwie nie schodził z parkietu, pracując ciężko po obu jego stronach. W lidze, w której młodzieniaszkowie rzadko grali więcej niż 40 minut w meczu, on, podstarzały weteran, walczył średnio przez 46. Wielu pukało się w czoło, ponaciągane, obciążone mięśnie musiały w końcu odmówić posłuszeństwa, ale Kobe uwielbiał udowadniać, że jest – w pewnym sensie – nadczłowiekiem. On naprawdę w to wierzył.

Do dramatu doszło w końcówce meczu z Golden State Warriors. Lakers, dzięki staraniom swojego lidera, wygrali sześć z siedmiu spotkań, zbliżali się do kolejnego zwycięstwa i upragnionego awansu. To nie były obrazki mrożące krew w żyłach: prosty manewr, upadek, pozornie nic groźnego. Bryant wiedział od razu. Kręcił głową. Koledzy odprowadzili go z parkietu. Wrócił po chwili, by wykonać rzuty wolne. Na jednej nodze. Kuśtykający, zrezygnowany, przy aplauzie publiczności, trafił dwukrotnie i zszedł do szatni.


Kobe Bryant nie był nadczłowiekiem.

To był koniec kariery. Jasne, wrócił po kilku miesiącach, grał, wygrywał, ale nie było w tym wszystkim tej pasji, ikry, wiary w to, że wciąż jest najlepszy. Lakers nie mieli szans na sukces, a on nie był już w stanie w pojedynkę pchać ich na szczyt. Gdyby wtedy, w kwietniu 2013 roku, nie doznał najgorszej z możliwych kontuzji... Nie wiem, czy Lakers powalczyliby o mistrzostwo. Pewnie nie. Uczucie niedosytu pozostanie ze mną jednak na zawsze. Dokąd zaprowadziłby go ten żar? Jak długo trwałby ostatni taniec?


***

A imię jego dwadzieścia i cztery. Kobe Bryant ma już 40 lat

23 sierpnia 1978 roku, dokładnie 40 lat temu, w Filadelfii w stanie Pensylwania, przyszedł na świat Kobe Bryant — syn Joe i Pam, nazwany na cześć...

zobacz więcej

Legenda Kobe'ego Bryanta rodziła się w czasach, gdy internet przyspieszał, powstawał YouTube, a idoli zza oceanu można było podziwiać noc w noc. Budził skrajne emocje. Chodził i powtarzał, że chce być najlepszy, że chce skończyć karierę jako najwybitniejszy zawodnik w historii. Za dużo rzucał, za mało podawał, a fani dzielili się na tych, którzy wpatrzeni byli w niego jak w obrazek, i na tych, którzy powtarzali, że nigdy nie będzie Jordanem. Zawodnicy darzyli go szacunkiem, ale niewielu chciało z nim grać. Kobe wymagał od siebie i innych.

Niektórzy myśleli, że się popisuje. Jak koledzy z reprezentacji olimpijskiej, gdy na śniadanie przyszedł po trzech godzinach treningu. Oni, wielcy mistrzowie, wciąż w piżamach, ziewający, on – spocony, zmęczony, gotowy do kolejnych zajęć. To był jego reżim. Tak trafił na szczyt.

Miał w sobie coś magicznego. Aurę, której nie da się opisać słowami. Biegali po halach NBA lepsi od niego, będą biegać, ale większy wpływ na koszykówkę wywarł tylko Michael Jordan. Gra stała się namacalna, bohaterów – za pośrednictwem mediów społecznościowych – można śledzić niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę, porozmawiać, dotknąć... Kobe Bryant unosił się ponad parkietami. Był ostatnim z bogów. Nieosiągalnym, niedostępnym, którego sama obecność wystarczyła, by rywalom uginały się nogi.

Emeryturę znosił godnie. Nie opowiadał w mediach, że kiedyś było lepiej, trudniej, a obecne gwiazdy mogłyby mu wiązać sznurówki. Mecze oglądał rzadko. Jeśli to robił, miał u boku 13-letnią Giannę. Chwalił się nią, cieszył, widać było, że aż pęka z dumy. Widział w niej samego siebie. Ten sam błysk w oku, tę samą zadziorność i potrzebę rywalizacji. Powtarzał, że zagra w WNBA.

Gdy kilka dni wcześniej oglądali w akcji jej ulubionego Trae Younga, cierpliwie tłumaczył zawiłości dyscypliny. Krótkie, wymowne nagranie z trybun obiegło świat. Czekałem na jej debiut. Chciałem przekonać się, czy – jak ojciec – wejdzie na szczyt. Musiała, prawda?

Byłem ciekawy, co Kobe jeszcze wymyśli. W czym jeszcze będzie chciał być najlepszy. Czekałem na kolejny krok, by wciąż być jego kibicem. Przeżywałem z nim dwadzieścia lat kariery i wciąż chciałem więcej.

I znów został ten cholerny niedosyt...

źródło:
Zobacz więcej