Zabiegi Grodzkiego warte każdych pieniędzy. Brzmi może dwuznacznie, ale niesłusznie

„Wreszcie skończył się cyrk marszałka Tomasza Grodzkiego, jaki zaserwował nam wszystkim w związku z nowelizacją ustawy o sądownictwie” – pisze Jerzy Jachowicz (fot. PAP/Rafał Guz)

Uff, jaka ulga. Wreszcie skończył się cyrk marszałka Tomasza Grodzkiego, jaki zaserwował nam wszystkim w związku z nowelizacją ustawy o sądownictwie. Tomasz Grodzki, niezależnie od innych zalet, jakie sobą reprezentuje, choćby tej, że jest wielbicielem filmowej sagi „Gwiezdne wojny”, w tym epizodu X, przejdzie do historii parlamentu wolnej Polski jako marszałek, który troskę o tworzenie prawa zgodnego z konstytucją wprowadził na niebywałe szczyty doskonałości.

„Nawet mu powieka nie drgnęła”. Nowy świadek w sprawie Grodzkiego

W sprawie przeszłości obecnego marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego zgłosił się nowy świadek. „Po chwili mama wyszła z gabinetu [Grodzkiego]....

zobacz więcej

Zanim Senat dokonał oceny i wydał decyzję o oddaleniu w całości projektu ustawy, marszałek Grodzki w imieniu opozycji przeprowadził szerokie konsultacje na niespotykaną do tej pory skalę. Niemal cały miesiąc, jaki Senat miał na podjęcie swojej decyzji, marszałek Grodzki poświęcił rozmowom z najwybitniejszymi znawcami prawa w Europie. Pozwolił sobie jedynie na krótką pauzę, aby spotkać się w sprawie niecierpiącej zwłoki z ambasadorem Rosji w Polsce. Wszystkie pozostałe dni oddał na rzecz zgryzoty o możliwie idealny kształt ustawy o sądach.

W celu zgłębienia przepisów, jakie w projekcie uchwalonej przez Sejm ustawy się znalazły, marszałek Tomasz Grodzki odbył daleką podróż poza granice własnego państwa. Pojechał do dalekiej Brukseli, gdzie zgromadzony jest kwiat znawców i wybitnych autorytetów prawniczych. Wśród nich komisarz Unii Europejskiej Viery Jourovej, która nie zdążyła jeszcze zająć biurka w swoim brukselskim gabinecie, jak jej myśli skupiły się wokół problemów praworządności w Polsce. Nie stało się to bynajmniej w wyniku boskiego olśnienia. O tworzeniu nowych przepisów proponowanych przez nasz rząd, komisarz Jourovą powiadomili życzliwi Polsce nasi rodacy przebywający w Brukseli. Zrobili to na początku grudnia, zanim projekt został uchwalony przez Sejm i powędrował do Senatu.

Marszałek Tomasz Grodzki tak łaknął fachowej wiedzy najlepszych specjalistów, że zaprosił na własny koszt (tzn. Senatu) biegłych w sprawach prawa, praworządności i demokracji z Komisji Weneckiej przy Radzie Europy. Ponieważ jest człowiekiem otwartym i prostolinijnym, na część spotkań z członkami Komisji Weneckiej zaprosił pozostałych senatorów opozycji.

Na tę ważną debatę poświęconą projektowi ustawy zaprosił także grono polskich znawców tych kwestii ze środowiska sędziowskiego i naukowego. Debata ta przypominała konferencję na poziomie ogólnoświatowym. Senaty innych państw mają nam czego zazdrościć. Zresztą nie tylko Senatu, ale przede wszystkim marszałka, jego aktywności na wielu niwach senackich oraz jego inicjatyw.

Szkoda tylko, że tak piękne przedsięwzięcie, jego głębia i rozmach przyniosły rezultat, jakiego wszyscy się spodziewali. A właściwie znali od początku. Podobnie jak marszałek Grodzki, któremu być może wydawało się, że przesądzonym finałem wyprowadzi wszystkich w pole.

Fałszywym teatrem, własnej produkcji, marszałek wprowadził nową jakość uprawiania polityki. Format ten polega na wydawaniu publicznych pieniędzy na fałszywe zabiegi, które mają pozorować uzasadnienie decyzji powziętej zanim te zabiegi wprawiono w ruch.

Chyba że chodziło o to, aby „trzecią osobę w państwie” poznały ważne gremia europejskie i w ogóle politycy, z których opinią należy się liczyć. Do tych zabiegów trzeba przyłożyć inną miarę. Osiągnięcie takich celów warte jest każdych pieniędzy.

źródło:
Zobacz więcej