Trochę wojny, trochę farsy

Lider Wiosny Robert Biedroń (L) został wybrany jako wspólny kandydat Lewicy na prezydenta (fot. PAP/Wojciech Olkuśnik)

Dramat lubi mieszać się z farsą, a współczesne media i masowy dostęp do informacji ułatwiają im stanięcie na jednej scenie. Ostatnie dni to wybuchowa, w dosłownym sensie, mieszanka realnego zagrożenia wojną, reakcji pospiesznych i histerycznych, a czasem zwyczajnie niepoważnych.

Biedroń kandydatem Lewicy na prezydenta? „Te wybory nie są ostatnimi”

Jesienne wybory parlamentarne nie są ostatnimi, które nas czekają; to z tymi kolejnymi nadchodzącymi wyborami związana jest w dużym stopniu decyzja...

zobacz więcej

To również zderzenie geopolityki, w której jedni chcą nas rozgrywać, a inni sami chcą być rozgrywani. Wreszcie zobaczyć mogliśmy obronę, która stała się kolejnym wielkim kłopotem broniącego się i wizytę, podczas której zapraszający zdziwił się, że za gości nie chce płacić ten, który ich nie zapraszał. Umiemy się znakomicie bawić nawet wtedy, gdy słychać już strzały, a choć od nas daleko, to od naszych – całkiem blisko. Muzyczne tło zapewnia nam zaś odegrany przez lewicę twist.

I to od tego zwrotu akcji warto zacząć felietonowe podsumowanie wydarzeń ostatnich dni, zwłaszcza, że wskazanie przez Lewicę takiego, a nie innego kandydata do wyborów prezydenckich ma pewne znaczenie w czasie, który niekoniecznie musi być czasem pokoju. Nim jednak do tego dojdziemy, przypomnijmy sobie, co działo się wcześniej. Robert Biedroń jako lewicowy kandydat brany był pod uwagę od dawna, lecz po drodze okazało się, że jego „Wiosna” stopiła bardziej entuzjazm własnych działaczy, niż lody rządów Zjednoczonej Prawicy.

Zandberg do działaczy Wiosny: stworzycie nową formację, która będzie naszym dobrym sojusznikiem

Idziecie w stronę stworzenia nowej formacji, która, mam nadzieję, będzie naszym dobrym sojusznikiem – powiedział lider Lewicy Razem Adrian Zandberg...

zobacz więcej

Niejasności wokół finansowania, liczne sygnały o bardzo przedmiotowym i instrumentalnym traktowaniu lokalnych działaczy, niespełniona obietnica rezygnacji z mandatu zdobytego w eurowyborach, stopniowe rozpływanie się Wiosny w SLD, utrata jednej europosłanki (a więc 1/3 reprezentacji partii w PE) – to wszystko sprawy, które nie przysporzyły popularności byłemu prezydentowi Słupska. Przez ten czas pojawiały się przecieki, że wspólnym kandydatem lewicy na prezydenta miałby zostać Adrian Zandberg.

Tygodnik „Wprost” pisał o tym w październiku i, dziwnym trafem, niemal natychmiast pojawiła się poważnie omawiana przez wysłanników tej politycznej trójki do mediów wiadomość, że koalicję reprezentować będzie w wyborach prezydenckich kobieta. I choć kobiet o wiek się nie pyta, dziennikarze szybko posprawdzali metryki i okazało się, że faktycznie większość młodych polityczek lewicy weszła już w „wiek prezydencki”, niekiedy dosłownie w ostatniej chwili. Jednak oprócz nich na giełdzie nazwisk pojawiła się nawet Jolanta Kwaśniewska, co było pomysłem karkołomnym i świadczącym o niezauważeniu przez kogoś, że od roku 2005 minęło już, bagatela, piętnaście lat. I już czekaliśmy na dołączenie do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej przynajmniej jednej koleżanki w wyścigu do Belwederu, gdy niespodziewanie, na kilka dni przez wcześniej wyznaczonym terminem, dowiedzieliśmy się, że wraz z lewicą wracamy do punktu wyjścia, czyli do Roberta Biedronia.

Trump zabrał głos po śmierci Sulejmaniego. „Iran nigdy nie przegrał negocjacji!”

„Iran nigdy nie wygrał wojny, ale nigdy nie przegrał negocjacji!” – napisał na Twitterze prezydent USA Donald Trump. Zdaniem Trumpa, zabity...

zobacz więcej

Złośliwi twierdzą, że nikt inny po prostu nie chciał. Lepiej poinformowani sugerują wręcz, że Biedroń być może też nie chciał, ale musiał, bo kiedyś coś komuś nieopatrznie obiecał. Nie chciał na pewno Adrian Zandberg, bo czym innym tłumaczyć dość szybkie i jednak zaskakujące poparcie Razem dla liberała, który jako prezydent miasta na pomoc w sprawach ekonomii wezwał w swoim czasie samego prof. Leszka Balcerowicza? Czemu jednak nie zdecydowano się wykorzystać wyborów jako szansy wypromowania jakiegoś nowego nazwiska, uprawomocnienia równościowej retoryki lewicy dodaniem do trójki liderów przynajmniej jednej mogącej nawiązać z nimi walkę o przywództwo kobiety? Lęk przed konkurencją, czy trauma roku 2015 – tego już się zapewne nie dowiemy. Wróćmy więc na wojnę.

Kiedy w nocy z wtorku na środę Iran wystrzelił swoje rakiety w kierunku obiektów amerykańskich znajdujących się na terenie Iraku, ci, którzy nie poszli jeszcze spać, podzielili się na dwie grupy – przekonanych, że właśnie oglądamy początek wojny, być może nawet trzeciej wojny światowej i twierdzących, że, jak zawsze, nic z tego nie będzie. Nim jednak prezydent Trump nie wygłosił kolejnego oświadczenia, zaś Iran nie uznał, że pomsta za Sulejmaniego już się dokonała i nie ma potrzeby dalszej eskalacji działań, mogliśmy zauważyć dość ciekawe zachowania na naszym własnym podwórku. Okazało się bowiem, że niektórzy z naszych ekspertów, komentatorów i polityków swoją bojowością pasowaliby raczej do opartych o stereotypy kawałach na temat bojowej odwagi Francuzów.

Czarzasty: Zgłoszę Biedronia jako kandydata na prezydenta

Lider SLD Włodzimierz Czarzasty oznajmił, że zarekomenduje kandydaturę Roberta Biedronia jako kandydata na prezydenta Nowej Lewicy. – Robert...

zobacz więcej

To, że w chwili możliwego konfliktu rozpoczyna się dyskusja na temat geopolitycznego, militarnego i zwyczajnie ludzkiego sensu naszej obecności militarnej na zagrożonym terenie, to jedno. Rozmowy na ten temat są czymś naturalnym, zwłaszcza w tak dynamicznej sytuacji. Jednak zupełnie czym innym jest noszące znamiona histerii wzywanie do natychmiastowego powrotu do domu naszej, bardzo zresztą niewielkiej, grupy żołnierzy tylko dlatego, że na miejscu może zrobić się niebezpiecznie. Zawód żołnierza związany jest z ryzykiem, w obecnych czasach wybieranym dobrowolnie i robienie z członków naszej armii przestraszonych sylwestrowymi fajerwerkami piesków jest dla nich raczej obraźliwe. Rano niektórzy musieli zresztą kasować tweety, bo wojny, jak już wiemy, nie było.

I tu wracamy na chwilę do Roberta Biedronia. Kiedy dynamika wydarzeń zmusiła komentatorów do dyskutowania w tych samych audycjach o potencjalnym konflikcie i kandydacie lewicy, pojawiły się opinie, że międzynarodowe niepokoje zmniejszają szanse polityka, który nie jawi się jako poważny przywódca na trudne czasy. Chciałbym zaryzykować odwrotną hipotezę. Czy nam się to bowiem podoba, czy nie, w dzisiejszym świecie nie brak osób, które właśnie w momencie kryzysowym szansy upatrywać będą w kimś, kto jest (w ich odczuciu) fajny, kto powie po prostu, że wojna jest zła, pokój dobry, więc chcemy pokoju, nie wojny, świat zaś zachwyci się tym szczerym i prostym przekazem, zmieni się na lepsze lub przynajmniej nam samym da święty spokój. Przecież takie właśnie nastawienie przez lata dawało polityczna przewagę Donaldowi Tuskowi, a wcześniej, w jakimś stopniu, również Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Jest oczywiście inną sprawa, czy pozwoli to wygrać wybory, czy nawet wejść do drugiej tury.

Donosy świadka Grodzkiego na żonę. „Nazywała mnie pachołkiem stalinowskim”

Funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa Tadeusz Staszczyk, który poświadczył o uczciwości marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego, już rok po ślubie...

zobacz więcej

Gdy świat zastygał w oczekiwaniu, względnie oddychał z ulgą, inni toczyli swoje małe wojny. Marszałek Tomasz Grodzki toczył bój z dziennikarzami i świadkami, których sam uważa za oszczerców i uczestników spisku przeciwko demokracji, Polsce i Senatowi, jako instytucjom państwa uosabianymi przez jego osobę. Na swoje nieszczęście popełnił jednak kolejny błąd, tym razem znajdując świadka swej niewinności w postaci człowieka, który – gdyby nie istniał – wymyślić mógłby najgorszy wróg profesora. Lata temu zespół T.Love nagrał autoironiczny utwór „Złygmunt Staszczyk”, w którym lider zespołu (Zygmunt Staszczyk, przypomnijmy dla porządku) śpiewa o sobie w trzeciej osobie „To właśnie on okradł żonę swą/Czuję jego swąd – Zygmunt Staszczyk”.

Świadek Grodzkiego na imię ma Tadeusz, nazwisko się zgadza, żonę zaś okradł przede wszystkim z zaufania, pisząc na nią donosy niemal od dnia ślubu, będąc samemu wieloletnim współpracownikiem aparatu przemocy PRL. Grodzki zaprosił też, choć w innej sprawie, Komisję Wenecką, nie chcąc pamiętać, że ani on, ani komisja nie mają za bardzo umocowania do takiego działania. W ten sposób kolejny raz konstytucja ucierpiała z ręki swoich obrońców, zaś weneccy goście z pewnością wspominać będą ten dziwny wyjazd do Polski. Oto bowiem mało kto chciał się z nimi spotkać, powołując się na brak podstaw formalnych i czasu, okazało się też, że przedstawiciele władz, którzy na komisarzy nie czekali, nie chcą też nieproszonych gości obsługiwać logistycznie. W ten sposób przynajmniej kilka osób na świecie, w tym członkowie delegacji Komisji Weneckiej, z tych dni zapamięta coś innego, niż nerwowe oczekiwanie na rozwój sytuacji na Bliskim Wschodzie.

źródło:
Zobacz więcej