Tomasz Grodzki. Mąż stanu jak królik z kapelusza

Czy z obecnym marszałkiem senatu uda się ta sztuka? (fot. PAP/Leszek Szymański)

W ostatnich latach liberalna opozycja usilnie szuka kogoś, kto pozwoli jej wyjść na prostą. Czy z obecnym marszałkiem Senatu uda się ta sztuka?

Jest kolejny świadek, który oskarża Grodzkiego. Chodzi o zdjęcie rentgenowskie

Radio Szczecin dotarło do kolejnego świadka, który twierdzi, że prof. Tomasz Grodzki, gdy pracował jako lekarz, przyjął w swoim gabinecie...

zobacz więcej

Schemat jest już dobrze znany: po przegranych przez anty-PiS kilka lat temu wyborach parlamentarnych i prezydenckich w studiach telewizyjnych liberalnych mediów dało się zauważyć pewne scenograficzne zmiany. Nie, tło zostało właściwie to samo. Szybko jednak, jeden po drugim, z ekranów zaczęli znikać ważni politycy Platformy Obywatelskiej. Ich twarzy nie dało się upudrować na tyle dobrze, by przestały wyrażać bezdenne zdumienie własną porażką.

Wyborcy opozycji, przyzwyczajeni, że zawsze mają rację i że na dobre już pokonali „ten straszny PiS”, nie chcieli patrzeć w telewizji na tych, którzy swoją klęską boleśnie pozbawili ich wielu złudzeń. Poza tym, jak wiadomo, sukces ma wielu ojców – porażka żadnego. Stąd bezpieczniej było dla wierchuszki Platformy zejść z pierwszej linii medialnego strzału.

Poza tym nic mądrego o przyczynach własnej porażki nie mieli do powiedzenia – i jak się wydaje, nadal nie bardzo rozumieją, dlaczego przegrywają kolejne wybory, nawet mając za sobą zdecydowaną większość opiniotwórczych mediów w Polsce. A i całkiem sporo za granicą.

Z pomocą przyszli wówczas polityczni naturszczycy z Komitetu Obrony Demokracji (w jego kilku rozłamowych odsłonach) i ludzie z ruchu My Obywatele. To było ich pięć minut, z których najlepiej skorzystał Mateusz Kijowski. Rychło ogłoszony męczennikiem polskiej demokracji, pechowo dla siebie i swoich towarzyszy nie poradził sobie z mołojecką sławą potencjalnego zbawcy „Polski dla Peowiaków”. I z czasem zniknął na dobre, bo jakoś głupio było walczyć o te wysokie ponoć standardy liberalnego establishmentu z panem Kijowskim na czele.

Dziennikarz Radia Szczecin: Nie boimy się pozwu od Tomasza Grodzkiego

– Mężczyzna, który wypowiada się dziś na antenie Radio Szczecin, to osoba, która bezpośrednio płaciła Tomaszowi Grodzkiemu. Płaciła w szpitalu za...

zobacz więcej

Nieco dłużej trwała polityczna karierka Ryszarda Petru i jego Nowoczesnej. Mechanizm był już sprawdzony – wcześniej ćwiczono go z Januszem Palikotem. Obaj właściwie pełnili rolę politycznych dublerów. Choć Palikot w większym chyba stopniu sprawiał wrażenie kogoś na serio. A może po prostu lepiej grał swoją rolę polityka z prawdziwego zdarzenia.

Ryszard Petru do polityki okazał się mieć zbyt miękkie serce i zbyt słabą głowę – tak rzecz ujmijmy. Ale długo jeszcze będzie pamiętany jako typowy przedstawiciel liberalnej, wzbogaconej postinteligencji – człowiek sukcesu z potworną ilością lapsusów językowych na koncie – świadczących przede wszystkim o niemal absolutnej nieznajomości przez tego typu ludzi podstawowych cywilizacyjnych kodów kulturowych.

Wzbogacony, wąsko wykształcony, z pozoru elokwentny, ale „jak cymbał brzmiący” – postawiony przed szereg ośmieszył nie tylko swoją formację, która miała stanowić szalupę ratunkową dla niemałej części środowiska Platformy Obywatelskiej.

Przed wyborami w październiku 2019 r. liberalna opozycja nie miała już nikogo, kto mógłby grać charyzmatycznego lidera. Miała za to Grzegorza Schetynę, który chciał rządzić partią nawet w warunkach kolejnej przegranej. W tych warunkach to było zwycięstwo na miarę jego możliwości. Trudno sądzić, że Schetyna wierzył w wyborczą wygraną – za to z całą pewnością nie chciał tracić kontroli nad formacją, którą wywalczył dla siebie po abdykacji Donalda Tuska. I która wciąż jest drugą partią III RP.

Funkcjonariusz UB informatorem Radia Zet, Onetu i bohaterem konferencji Grodzkiego

„Przyszedł do mnie człowiek, który zaproponował pieniądze za napisanie oświadczenia, w którym oskarżę prof. Grodzkiego o to, że żądał ode mnie...

zobacz więcej

Oczywiście na lewicy sprawy miały się nieco inaczej – ale ani Włodzimierz Czarzasty, ani Adrian Zandberg, ani Robert Biedroń nie mogli liczyć na to, że staną się twarzami całej liberalno-lewicowej opozycji. Owszem, Robert Biedroń jest obecnie pierwszą twarzą dla części politycznego wyborczego segmentu. Ale mimo swojej rozpoznawalności trudno go porównać z Aleksandrem Kwaśniewskim z 1995 r.

Były prezydent-postkomunista, nie tylko dzięki disco polo, stał się bohaterem choćby dla sporej części wysadzonego z siodła przez transformację społeczeństwa. Biedroń, nawet jeśli dociera do mniejszych ośrodków, to jest bardzo mocno sformatowany jako polityk jednej politycznej opcji, obyczajowej lewicowo, która samodzielnie wciąż nie znaczy zbyt wiele. I nie zmieni to się także w tym roku, roku prezydenckich wyborów.

Nic więc dziwnego, że marszałek Senatu Tomasz Grodzki, jak sam lubi mówić o sobie, „trzecia osoba w państwie”, błyskawicznie zyskał taką estymę wśród opozycji i związanych z nią mediów. Tak naprawdę jeszcze niedawno był właściwie politycznym „no namem”, człowiekiem bez dobrze rozpoznawalnego nazwiska. Nikt go też nie posądzał o zbytek charyzmy – podejrzewam, że ma jej równie wiele, co Małgorzata Kidawa-Błońska. Czyli jak na lekarstwo.

Ale był i jest potrzebny, bo nikogo poza nim politycznie liberałowie dziś właściwie nie mają. I tak kolejny opozycyjny mąż stanu, wyciągnięty jak królik z kapelusza przez splot wyborczych wydarzeń, może dziś stroić się w togę czcigodnego polityka, zatroskanego o dobro Polski. Tego potrzebuje opozycja, by dalej rozgrywać swoją partię przeciw PiS. Jest jasne, że nikomu wśród opozycji nie przeszkadzają wątpliwości dotyczące lekarskiej kariery obecnego marszałka Senatu – gra toczy się o zbyt wysoką stawkę.

Patrząc jednak na losy polityczne tych okolicznościowych, opozycyjnych mężów stanu, można obstawiać, jak długo potrwa dobra passa marszałka Senatu. Jak długo jeszcze będzie potrzebny swojej własnej politycznej formacji?

źródło:
Zobacz więcej