RAPORT

Kampania 2020

Imperialna Rosja i głupota opozycji

„Politycy przedstawiający się jako konserwatywni, tacy jak Radek Sikorski, powinni świetnie wiedzieć, jak niebezpieczne jest korzystanie z rosyjskiej karty wewnętrznej w polskiej rozgrywce politycznej” (fot. Sefa Karacan/Anadolu Agency/Getty Images)

Liberalna opozycja popełnia poważny błąd, próbując wykorzystać przeciw PiS najgorszą kremlowską propagandę.

Ambasador Niemiec w Polsce o słowach Putina: Stanowisko naszego rządu jest jasne

„Pakt Ribbentrop-Mołotow służył przygotowaniu zbrodniczej wojny napastniczej hitlerowskich Niemiec przeciw Polsce. ZSRR wspólnie z Niemcami...

zobacz więcej

W ciągu kilku dekad III RP nasłuchaliśmy się mnóstwo o fukuyamowskim końcu historii i globalnym triumfie pokoju, zagwarantowanym przez liberalne demokracje. Sporo też usłyszeliśmy o tym, że polityka historyczna jest dziś właściwie zbędna, bo ponowoczesne państwa kompletnie się nią już nie interesują.

W wypowiedziach tego typu zwykle celował w Polsce medialny mainstream, chętnie korzystający z odprysków modnych książek pisanych przez mniej lub bardziej uznanych autorów. Hipotezy filozofów, socjologów, politologów, ekspertów od stosunków międzynarodowych urastały do rangi dogmatów i były przyjmowane niemal bezkrytycznie przez opiniotwórcze, liberalne środowiska.

Tego rodzaju myślenie, pozbawione krztyny krytycyzmu wobec nadto optymistycznych wizji dziejów, jest szczególnie niebezpieczne w krajach takich jak Polska. I kulturowo, czy wręcz mentalnie – nie do pojęcia. Wydawać by się mogło, że geopolityczne położenie wymusza naturalną nieufność wobec naiwnych historiozofii i analiz geopolitycznych, opierających się choćby na przekonaniu, że Rosja straciła swój imperialny charakter.

Po rozpadzie Związku Radzieckiego można było przez chwilkę to wierzyć – ale tak naprawdę Rosja za Borysa Jelcyna nie była krajem demokratyzującym się, była głęboko zranionym, przepoczwarzającym się boleśnie imperium, osłabionym zderzeniem nowego i starego porządku. Jelcynowska smuta – bo chyba możemy sobie pozwolić na taką analogię – nie wiązała się z budową w Rosji liberalnej demokracji nastawionej na pokojową koegzystencję z krajami sąsiednimi.

Ambasador RP przy NATO: Wypowiedzi Putina są adresowane do Rosjan

Ambasador Polski przy NATO Tomasz Szatkowski powiedział, że antypolskie wypowiedzi prezydenta Rosji nie osiągną sukcesu na arenie międzynarodowej....

zobacz więcej

Tamta Rosja nie była liberalna. Była zbyt słaba, zbyt skorumpowana, nadto zdezintegrowana, by utrzymać status quo zagwarantowane jeszcze przez stalinowskie geopolityczne zwycięstwa. Możliwe zresztą w znacznej mierze ze względu na skomplikowany układ sił w Europie i na świecie w pierwszej połowie XX wieku.

Stalin wygrał podwójnie: najpierw jako wierny sojusznik Hitlera, później jako sprzymierzeniec Aliantów, którym słaba technologicznie sowiecka Rosja zawdzięczała zresztą potężne dostawy sprzętu już po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej. Wojny, której Stalin wcale nie chciał, bo uważał Niemcy Hitlera za swojego sojusznika. I dobrze to zapamiętali choćby Polacy, którzy po 17 września 1939 r. znaleźli się w radzieckich obozach koncentracyjnych, bo tym przecież były łagry.

Budowa komunizmu okazała się jednak dla Sowietów na tyle wyczerpująca, że po kilku dekadach cały system opresji, rozciągnięty również na kraje tzw. demokracji ludowej, w tym Polskę, zaczął się rozpadać. Pieriestrojka, wbrew pięknemu mitowi, nie był owocem umiłowania pokoju i liberalnej demokracji przez osłabionego Michaiła Gorbaczowa, pierwszego sekretarza KPZR.

Była procesem po części wymuszonym, który wymknął się komunistycznej elicie z rąk. Miała służyć przede wszystkim zachowaniu jak największych wpływów przez nomenklaturę i resorty siłowe poszczególnych państw należących do bloku wschodniego.

Historyk o słowach Putina: Współpraca sowiecko-niemiecka nie zakończyła się na Polsce

Dosyć znaczące jest zarzucanie stronie polskiej antysemityzmu. Fakty są takie, że w polskiej dyplomacji okresu międzywojennego nie brakowało...

zobacz więcej

Ale system był już na tyle skorumpowany, społeczeństwa „demokracji ludowej” na tyle niespokojne, a Stany Zjednoczone i Europa zachodnia na tyle silne, że rzecz cała przyjęła – przynajmniej na moment – zdecydowanie niekorzystny dla (około)sowieckich elit obrót. Imperium oparte na przemocy zaczęło rozpadać się jak domek z kart, choć szybko okazało się, że wiele elementów jest jednak trwałych.

Tak się narodził postkomunizm, a w rosyjskich warunkach – twardy postsowietyzm, którego twarzą jest dziś prezydent Władimir Putin, były oficer KGB, w czasie zimnej wojny, m. in. „dyplomata” na terenie Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Postsowiecka Rosja na nowo próbuje rozwijać dziś stare tradycje imperialne, w przedziwnym transformacyjnym procesie łącząc kult carskiej i sowieckiej Rosji. Może się to wydawać absurdalne, ale jest logiczne – fundamentem obu systemów był właśnie imperializm. Nawet dzisiejsze słabości putinowskiej Rosji, nawet jej demografia, nawet chińska ekspansja na Syberii nie powinny nas zmylić.

W naturze imperium leży bowiem to, że odbijają sobie własne porażki tam gdzie wyczują słabszych od siebie. W Rosji niemal wszystko może szwankować, ale dyplomacja i propaganda zawsze będą dysponowały najlepszymi ludźmi i odpowiednimi środkami.

Tym bardziej smutne jest zachowanie naszej lewicowo-liberalnej opozycji wobec wypowiedzi Władimira Putina i innych ważnych czynowników postsowieckich. Politycy Platformy Obywatelskiej i Lewicy w całej tej niebezpiecznej rosyjskiej zagrywce widzą jeszcze jedną sposobność, by ponarzekać sobie na Prawo i Sprawiedliwość.

Rozumiem, że nawet u młodych postkomunistów pewna skryta sympatia dla posowieckiej Rosji to czasem coś więcej niż polityczny nawyk. Ale politycy przedstawiający się jako konserwatywni, tacy jak Radek Sikorski, powinni świetnie wiedzieć, jak niebezpieczne jest korzystanie z rosyjskiej karty w wewnętrznej, polskiej rozgrywce politycznej. To coś więcej niż głupota, panie Sikorski: to zbrodnia.

źródło:
Zobacz więcej