Co to był za rok! Powrót Kubicy, „cud” Kubackiego i rekordowy maraton

2019 rok fani sportu zapamietają na długo... (fot. Getty Images)

Kolejny rok dobiegł końca. Z perspektywy polskiego sportu: bardzo udany. Piłkarze awansowali na Euro, siatkarze zagrają na igrzyskach olimpijskich, a sporo radości – jak zwykle – przynieśli nam skoczkowie i lekkoatleci. Co jeszcze wydarzyło się w trakcie ostatnich 365 dni? Jest co opowiadać.

Kubica zostaje w F1. Orlen sponsorem tytularnym zespołu

PKN Orlen został tytularnym sponsorem zespołu Alfa Romeo Racing w sezonie 2020 Formuły 1. W ramach współpracy Robert Kubica dołączy do ekipy jako...

zobacz więcej

Czekaliśmy, czekaliśmy i... doczekaliśmy się. Najpierw jednym ze sponsorów Williamsa został PKN Orlen, a kilka dni później brytyjski zespół ogłosił podpisanie kontraktu z Robertem Kubicą. Polak wrócił do Formuły 1 po tragicznym wypadku i kilku latach przerwy, a kibice i eksperci na całym świecie nie mieli wątpliwości: to sportowa historia dekady!

– Pokazał, że jako sportowiec jest w stanie dokonać czegoś, co wydaje się niemożliwe, używając determinacji jako swojej broni, podążając wbrew logice. Nikt nie zachęcał go do tego, co wydawało się zakazane i zrobił wszystko samemu, tak jak wielokrotnie podczas swojej kariery. Uczył się, jak zaadaptować się do prowadzenia samochodu ze swoimi ograniczeniami – pisał na Twitterze włoski ekspert Roberto Chinchero, dołączając do chóru zszokowanych postępami Polaka.

Przypomnijmy: 6 lutego 2011 na trasie rajdu Ronde di Andora prowadzone przez Kubicę auto wbiło się w przydrożną bandę. Lekarze godzinami walczyli o jego życie. Choć po kilku operacjach stan był stabilny, deformacji uległa prawa ręka, w której pełnej sprawności Polak nie odzyska już nigdy. Wszystko wskazywało na to, że to koniec pięknej kariery. Kto mógł wówczas przypuszczać, że osiem lat później Kubica raz jeszcze dostanie szansę walki w najbardziej wymagających wyścigach świata?

Zadebiutował 17 marca podczas Grand Prix Australii na torze w Melbourne. Już wtedy stało się jasne, że udział w cyklu może mieć charakter wyłącznie symboliczny. Bolidy Williamsa wyraźnie odstawały od reszty i ani Polak, ani jego partner z zespołu (George Russell) nie mogli nic z tym faktem zrobić. Nawet Lewis Hamilton, mistrz świata, nie byłby w stanie poprowadzić zespołu do jakiegokolwiek trofeum...

Koniec końców, Kubica zapunktował tylko raz: podczas szalonego Grand Prix Niemiec, gdy niemal połowa stawki nie dojechała do mety. W Williamsie już nie pojeździ, w Formule 1 – wszystko na to wskazuje – też nie. Tak czy siak: walki o powrót na pewno nie żałuje.

***

Cud w Seefeld

Niespotykany przebieg miał konkurs skoków na normalnej skoczni w Seefeld. Dawid Kubacki został mistrzem świata, choć po pierwszej serii zajmował dopiero... 27. miejsce. Srebro wywalczył Kamil Stoch, będący wcześniej na 18. pozycji. Prowadzący po pierwszej serii Japończyk Ryoyu Kobayashi zakończył konkurs dopiero na 14. miejscu.

– Wciąż nie dowierzam. Wszystko wskazywało na to, że jest już po zawodach, że nie ma szansy na medal. Raczej ciężko z takiego miejsca walczyć o dobrą lokatę, a okazało się, że można – przyznał Kubacki na antenie TVP Info.

Loterii, jaka miała miejsce na skoczni im. Antona Seloosa, nikt się nie spodziewał. Opady deszczu i śniegu okazały się zabójcze dla torów najazdowych, niewyposażonych w system mrożenia. Karty rozdawał także wiatr. To sprawiło, że po pierwszej serii szósty był Czech Filip Sakala, który wcześniej nigdy nie przebrnął kwalifikacji do zawodów Pucharu Świata.

Obserwatorzy nie mieli wątpliwości: druga seria nie powinna się odbyć. Władze FIS były jednak zdeterminowane, a jury – po długich naradach – dało zawodnikom zielone światło. Kubacki skoczył aż 104,5 metra, długimi fragmentami przyglądając się, jak kolejni rywale zawalają swoje próby. Nie mieli szans: warunki były fatalne, z minuty na minuty coraz gorsze. Skoro nie poradził sobie z nimi nawet Kobayashi, wygrywający wówczas wszystko i wszędzie, to nie poradziłby sobie nikt. Jakkolwiek to brzmi, Polacy mieli ogromne szczęście, że w pierwszej serii spisali się tak... słabo.

Po nieudanej „drużynówce” i konkursie na skoczni dużej, na koniec mistrzostw świata w Seefeld przeżyliśmy jeden z największych sportowych cudów roku. I to już w marcu!

***

Kenijczyk przebiegł 42 km w mniej niż 2 godziny

Kenijczyk Eliud Kipchoge jako pierwszy na świecie przebiegł maratoński dystans poniżej dwóch godzin. W sobotę, podczas próby w Wiedniu, pokonał...

zobacz więcej

Rekordowy maraton

„Cudu” dokonał też Kenijczyk Eliud Kipchoge, który jako pierwszy człowiek w historii przebiegł maraton (42,195 km) w mniej niż dwie godziny. Dokładny czas – 1:59:40 – nie został jednak uznany za rekord, bo został uzyskany w specjalnych warunkach.

34-letni Kipchoge to rekordzista świata w maratonie, w 2018 roku w Berlinie uzyskał 2:01.39. Jest również trzykrotnym medalistą olimpijskim. W Rio de Janeiro triumfował właśnie na dystansie 42 km 195 m, a podczas wcześniejszych igrzysk – w Pekinie i Atenach – rywalizował na 5000 metrów. Wywalczył wówczas srebro i brąz.

Próba przełamania bariery dwóch godzin w biegu maratońskim przygotowywana była niezwykle starannie przez ponad trzy miesiące. Sponsor przedsięwzięcia, brytyjska firma petrochemiczna, sfinansował między inny pokrycie całej trasy (pętli długości 9,9 km) nowym asfaltem, aby nie było na niej żadnych nierówności.

Przeprowadzono liczne próby i symulacje, zbadano nawet, jaki wpływ na wynik mogą mieć... liście spadające z rosnących przy drodze drzew. Również godzinę startu ustalono właściwie w ostatniej chwili, opierając się o najnowsze i bardzo precyzyjne prognozy warunków atmosferycznych. Ostatecznie Kenijczyk ruszył na trasę w Wiedniu o 8:15 czasu lokalnego.

W samym biegu Eliudowi Kipchoge towarzyszyło 41 dyktujących tempo biegaczy, a przed maratończykami jechał elektryczny samochód podający aktualne międzyczasy. Na asfalcie wyświetlana była też laserowa linia, by Kenijczyk „nadążał” za upragnioną barierą dwóch godzin.

W tej sytuacji stało się oczywiste, że World Athletics (dawniej IAAF) nie uzna tego wyniku za rekord świata. Nie umniejsza to wagi wyczynu kenijskiego biegacza, który od kilku lat dominuje na trasach maratonów. Sam biegacz porównał swoje dokonanie do „pierwszych kroków człowieka na Księżycu”. Nie mamy pewności, czy warto uciekać tak daleko. Nawet jeśli Kipchoge nie stąpa po ziemi twardo, to na pewno szybko.


***

Złote dziecko pływania

Zostajemy w temacie wyczynów nieprawdopodobnych. W lipcu, podczas pływackich mistrzostw świata w Gwangju, karty rozdawał Amerykanin Caeleb Dressel, który wywalczył aż sześć złotych krążków. Imponujący wyczyn przyćmił jednak 19-letni Węgier Kristof Milak, który o blisko sekundę pobił dziesięcioletni rekord Michaela Phelpsa na 200 metrów stylem motylkowym.


Jakie są granice ludzkich możliwości? Wynik Phelpsa zdawał się być jednym z tych „nie do pobicia”. Milak uporał się z nim jak z niedzielnym śniadaniem...

***

Sensacja w ringu

Śniadań – i to sporo! – zjadł w swoim życiu Andy Ruiz. Gdy ogłoszono, że 1 czerwca stanie do walki z Anthonym Joshuą, wielu kibiców pukało się w czoło. Brytyjczykowi zarzucano brak ambicji, śmiejąc się z postury ważącego ponad 120 kilogramów Meksykanina. Rzeczywiście: zdecydowanie niższy, grubszy, przy „wyrzeźbionym” mistrzu świata wyglądał wręcz karykaturalnie.

Co ciekawe: do tej walki wcale nie musiało dojść. Pierwotnie rywalem Brytyjczyka miał być Jarrel Miller, ale w połowie kwietnia okazało się, że w jego organizmie wykryto niedozwolone substancje. Wielka gala w Madison Square Garden stanęła pod znakiem zapytania, a Eddie Hearn – promotor Joshuy, jedno z największych nazwisk w świecie boksu – w ciągu doby rozmawiał z kilkunastoma pięściarzami. Trzeba było ratować sytuację.

Walki o pas chciał Ivan Dychko, pragnął jej Manuel Charr, a faworytem zdawał się być Luis Ortiz. Nie godzili się jednak na walkę tak szybko (mieliby nieco ponad miesiąc na przygotowanie), nie dogadali się też w sprawie warunków finansowych. Padło więc na Ruiza.

Meksykanin zarobił 7 milionów dolarów, a do walki przygotowywał się podglądając... Mike’a Tysona. „Bestia” przez lata bił wyższych od siebie rywali, tak jak Ruiz chciał pobić Anthony’ego Joshuę. I... udało mu się. Po szalonej konfrontacji, w trakcie której obaj kilkukrotnie leżeli na deskach, Andy Ruiz Jr. dokonał niemożliwego i przerwał dominację niepokonanego wcześniej Brytyjczyka.

Świat boksu stanął na głowie. Joshua, uważany wcześniej za bezwzględnie najlepszego przedstawiciela wagi ciężkiej, domagał się jak najszybszego rewanżu. Do walki doszło po nieco ponad pół roku: 7 grudnia, w specjalnie na ten cel wybudowanej hali w Arabii Saudyjskiej. Bilety sprzedały się na pniu, a galę oglądały miliony kibiców na całym świecie.

Tym razem Joshua nie pozostawił wątpliwości: skutecznie wypunktował rywala, który przez 12 rund nie był w stanie przeprowadzić skutecznego ataku. Eksperci zarzucali Ruizowi niedostateczne przygotowanie, sporą nadwagę i zlekceważenie przeciwnika. Meksykanin miał ponoć zachłysnąć się sławą i zarobionymi milionami. Czy dostanie kolejną szansę? Wiele wskazuje na to, że tak. Choć już niekoniecznie przeciwko Brytyjczykowi.

***

Najlepszy klub na świecie

Historii pięknych zwycięstw było więcej: mistrzostwo NHL zdobył nieoczekiwanie zespół St. Louis Blues, a w NBA triumfował – po ponad 70 latach oczekiwania – zespół z Kanady. Toronto Raptors, prowadzone do boju przez Kawhiego Leonarda, pokonało w finale gwiazdozbiór z Golden State Warriors. Żeby nie było tak pięknie: w trakcie decydującej serii kontuzji doznały dwie z trzech największych postaci zespołu, znacząco ułatwiając „Dinozaurom” drogę po tytuł. Tak czy siak: czapki z głów.

Czapki z głów również przed Liverpoolem, który po raz drugi w historii triumfował w Lidze Mistrzów. Do złotych czasów Rafy Beniteza w wielkim stylu nawiązał Juergen Klopp. Drugiego „cudu w Stambule” może nie było, ale odrobić trzybramkową stratę w dwumeczu z Barceloną to też nie lada sztuka.

Pierwszy półfinał Liverpool przegrał na Camp Nou 0:3. The Reds nie byli w tym meczu dużo gorsi, wynik nie oddawał przebiegu spotkania, ale – wiele na to wskazywało – rozstrzygał o losach awansu do finału. Nic bardziej mylnego. 7 maja doszło do starcia, które na dobre zapisze się w historii futbolu.

Choć po siedmiu minutach, dzięki bramce Divocka Origiego, było 1:0 dla Liverpoolu, w pierwszej połowie piłkarze Kloppa nie byli w stanie poprawić wyniku. Trafili tuż po przerwie, dwa razy w ciągu trzech minut, gdy dośrodkowania raz z prawej, raz z lewej strony wykorzystał Georginio Wijnaldum.

W 56. minucie rywalizacja rozpoczęła się od nowa. Było 3:0, kibice na Anfield szaleli z ekscytacji, a Liverpool nie ustawał w atakach. W końcu na niecodzienne rozegranie rzutu wolnego zdecydował się Trent Alexander-Arnold. Młody obrońca chciał oddać piłkę jednemu z kolegów, ale gdy zobaczył, że niepilnowany w polu karnym jest Origi, natychmiast wrócił do narożnika i szybko zagrał w okolice piątego metra. Piłkarze Barcelony stali jak wryci, a Belg ze stoickim spokojem pokonał Marca-Andre ter Stegena.

Finał nie był może najbardziej porywającym widowiskiem, ale na stadionie Wanda Metropolitano w Madrycie Liverpool potwierdził swoją wielkość, dość łatwo ogrywając Tottenham (2:0). Dominacja The Reds trwa: niedawno zdobyli Klubowe Mistrzostwo Świata, rozgrywają też historyczny sezon w Premier League. To obecnie, bez cienia wątpliwości, najlepszy klub piłkarski na świecie. Aż szkoda, że nie gra w nim żaden Polak...

***

Kobieta też może

To nie koniec pięknych historii. W grudniu, podczas transmitowanych przez Telewizję Polską mistrzostw świata w rzutkach, Fallon Sherrock została pierwszą kobietą, która wygrała mecz na imprezie tej rangi.

Co ciekawe: 25-letnia Brytyjka nie zachłysnęła się sukcesem i pokonała też swojego rywala w drugiej rundzie. Piękny marsz zakończyła dopiero w trzeciej, przegrywając 2:4 z Chrisem Dobeyem.

***

W lutym Walentynki. Pewna młoda fanka z Toronto wymarzyła sobie, by spędzić je z jedną z gwiazd ukochanego zespołu – Mitchem Marnerem...

Marner of the Toronto Maple Leafs makes a girl’s Valentine’s Day from r/sports
Czy tak właśnie wygląda wymarzona randka? Mina dziewczyny mówi wszystko.

***

Skoro już jesteśmy na tafli... Niezwykle sympatyczny obrazek z mistrzostw świata w łyżwiarstwie figurowym. Zwycięska para na pierwszym stopniu podium nie prezentowała się zbyt okazale na tle konkurencji, więc ci postanowili nieco „poprawić” mistrzowskie zdjęcie. Wyszło wspaniale.

2nd & 3rd place winners of World Figure Skating Championships help to lift the champion for podium photo from r/sports
Oby jak najwięcej takich pozytywnych historii w 2020 roku!

źródło:
Zobacz więcej