RAPORT

Wojna na Ukrainie

Jeden okrzyk wywołał rewolucję. Dyktator musiał zginąć

22 grudnia 1989 roku, ostatnie przemówienie Nicolae Ceaușescu, za trzy dni zginie (fot. arch.PAP/CTK)
22 grudnia 1989 roku, ostatnie przemówienie Nicolae Ceaușescu, za trzy dni zginie (fot. arch.PAP/CTK)

Słowo jest silniejsze od miecza – głosi starożytne przysłowie. Rzadko kiedy zdarza się, żeby jedno słowo było w stanie odwrócić bieg historii. Tak stało się na Piata Palatului w Bukareszcie, gdzie jeden okrzyk wywołał rewolucję, która zmiotła reżim krwawego dyktatora Nicoloae Ceaușescu, a jego samego z powierzchni ziemi. Mija właśnie 30 lat od rewolucji w Rumunii, jedynego krwawego przewrotu podczas Wiosny Ludów w europejskich demoludach.

Były prezydent Rumunii oskarżony o zbrodnie przeciwko ludzkości

89-letni dzisiaj Ion Iliescu, pierwszy prezydent Rumunii po antykomunistycznym przewrocie, ma odpowiadać za zbrodnie przeciwko ludzkości....

zobacz więcej

Rewolucja to nieobliczalny żywioł. Nie można jej zaplanować, można wprawdzie przewidzieć, że prędzej czy później może do niej dojść, ale zawsze jej wybuch jest zaskoczeniem. Włodzimierz Lenin jeszcze w styczniu 1917 roku, zaledwie kilka tygodni przed wybuchem rewolucji lutowej, biadoli, że przewrót trzeba przygotowywać dla przyszłych pokoleń, że jego pokolenie nie ma na to szans.

Słowa te padają, gdy w Rosji już wrze. Podsycane przez agitatorów strajki trwają od dawna, car Mikołaj II wysyła przeciwko manifestantom żołnierzy, padają zabici, ale Lenin wciąż nie wierzy w rewolucję. Od lat trwa stan permanentnego kryzysu, jednak sytuacja wciąż nie wydostaje się spod kontroli. Obie strony – władza i poddani – są wyczerpani, ale trwali w uporze.

Upór robotników i biedoty sprowadza się do strajkowania, cara – do dyscyplinowania. Protest, kule, zabici, protest, kule, zabici. Plac Znamieński spływa krwią. Deszcz ją spłukuje, zabici dalej podlewają bruk swoją krwią i tak w kółko. Upór to niezwykle męczące zajęcie. Praca jest ciężka, ale wpływa na ciało, a organizm może się przystosować. Upór osłabia ducha, może wkraść się zwątpienie, wyczerpanie, a wyczerpanie wywołuje agresję. Agresja jest pochodną niecierpliwości. Dopóki cierpliwość jest, rewolucji nie ma. Gdy zanika, następuje spirala agresji.

Robotnicy są wściekli, że władza nie odpuszcza. Władza jest wściekła, że robotnicy tkwią w uporze. Szczera nienawiść pogłębia rów, na brzegach którego tkwią obie strony. Tego rowu już nigdy nie da się zakopać. Wiedzą to stojący na obu brzegach. Władza straciła już resztki zaufania, cierpliwość proletariatu jest na wyczerpaniu. Zapach prochu unosi się w powietrzu, ale beczka z nim jeszcze nie chce eksplodować.

Punkt przełomu

Niby obie strony czują siłę, ale jest to siła bezsilna. Nie może złamać uporu drugiej strony. Niby jest muskułów prężenie, ale jednak nadwątlenie. Niby moc, ale utrudzenie. Niby potęga, ale znużenie. Potrzebny jest punkt przełomu. Iskra, jakiś incydent, nowe otwarcie. Może to być działanie, ale równie dobrze zaniechanie. W lutym 1917 roku o wybuchu rewolucji decyduje właśnie zaniechanie. Pokojowe działanie wywołuje wojnę, która niszczy stary porządek i wprowadza nowy. Zaniechanie to rzuca się cieniem na cały świat i wkrótce upuszcza mu rzekę krwi, bo też rewolucja to potwór karmiony najniższymi instynktami – chęcią niszczenia, fascynacją śmiercią, zaraża chorobliwą pasją mordowania.

Agitatorzy drążą, ich orężem jest słowo. „Nie zabijajcie dla cara”, „tam są wasi bracia”, „pomyślcie o ich rodzinach”, „możemy pokonać cara”. W nocy z 26 na 27 lutego (12 marca) skoszarowani żołnierze Pułku Pawłowskiego sami organizują strajk, nie chcą już strzelać do robotników. Żądają rozliczenia winnych ostatniej masakry dokonanej ich rękami. Wysyłają posłańców do koszar elitarnych pułków gwardyjskich: Prieobrażenskiego i Litewskiego. Tam też już kipi. Też mają dość strzelania do bezbronnych ludzi.

„Geniusz Karpat” był otoczony kultem jednostki (fot. fototeca.iiccr.ro)
„Geniusz Karpat” był otoczony kultem jednostki (fot. fototeca.iiccr.ro)

„Po prostu”: Krwawy przewrót w Rumunii 25 lat później

Choć od śmierci Nicolae Ceausescu minęło już ćwierć wieku, to ślady jego reżimu są wciąż widoczne w Rumunii. Przeszłość ciąży nad tym krajem...

zobacz więcej

Nazajutrz żołnierze atakują koszary żandarmerii i dołączają do robotników w dzielnicy Wyborskiej. Czują, że powinni być z nimi od dawna, nie dopuścić do przelewu krwi. Przecież strzelali do takich samych biedaków jak oni sami. Gdyby nie mieli mundurów, nosiliby równie nędzne łachmany, wycierali bruki zniszczonymi butami, klnęli na los. O ile znaleźliby pracę, tak samo wkręcaliby śrubki, walcowali stal, dźwigali worki. Domek z kart się sypie.

Odstąpienie przez żołnierzy Pułku Pawłowskiego od strzelania do strajkujących przesądza o upadku i późniejszej zagładzie Mikołaja II i jego rodziny. Wypadki toczą się lawinowo. Car traci kontrolę nad Piotrogrodem. Na Pałacu Zimowym zawisa czerwona flaga. Żołnierze i robotnicy szturmują gmach MSW, linczują policjantów, którzy nie chcą do nich dołączyć. Palą akta Ochrany, oczywiście najgorliwsi są konfidenci carskiej bezpieki. Euforia trwa kilka miesięcy. Kończy ją kolejna, już nie rewolucja, a rewolta, przewrót. Nie spontaniczna, a dokładnie zaplanowana w najściślejszej konspiracji i przeprowadzona przez komunistów.

Stały mechanizm

Mechanizm rewolucji jest zawsze taki sam. Zmęczenie, agresja, punkt przełomu, krew. Według dokładnie takiego samego scenariusza doszło do rewolucji w Rumunii, dokładnie 30 lat temu. Stwierdzenie, że historia lubi się powtarzać jest banałem, w dodatku nieco na wyrost. Mechanizmy, owszem, są niezmienne – uciskani dążą do buntu, uciskający chcą się utrzymać przy władzy – ale dzieje ludzkości zawsze przynoszą coraz to nowe scenariusze.

Rewolucja w Rumunii miała niezwykle ciekawy scenariusz, zresztą sama komunistyczna Rumunia była niezwykle ciekawym krajem. O ile się w niej nie żyło. Należała do Układu Warszawskiego, ale wyróżniała się na tle innych krajów bloku wschodniego. Jej wojska nie wzięły udziału w Operacji Dunaj i nie zaatakowały w 1968 roku Czechosłowacji. Była to osobista decyzja Nicolae Ceaușescu.

Oczywiście jeden dobry postępek nie może sprawić, żeby „Geniusz Karpat” nagle stał się pozytywną postacią w historii. Pod żadnym pozorem! Stworzył jedną z najbrutalniejszych dyktatur XX wieku. Był trochę jak Enver Hoxha w Albanii, ta sama mania wielkości i całkowicie irracjonalne przekonanie, że wprowadzi autarkię, a nawet stworzy raj na swoim skrawku ziemi.

W Polsce stalinizm – jako najczarniejszy okres próby wprowadzania komunizmu – zakończył się w 1956 roku, w Rumunii i Albanii trwał do końca lat 80. Zakończył się dopiero wraz z upadkiem dyktatur. W tych dwóch nieszczęsnych krajach nawet po wyjściu z orbity Moskwy, władze dalej wprowadzały stalinizm z jego kultem jednostki i terrorem jako głównymi narzędziami podporządkowywania sobie narodu.

Lenin wiecznie żywy. Ekwador na krawędzi wojny domowej

Wenezuela, Chile, Kolumbia, Nikaragua, Brazylia, Boliwia – lista państw Ameryki Południowej, w których robi się niespokojnie, jest coraz dłuższa....

zobacz więcej

Czerwony książę

Pod względem brutalności wszechobecne służby bezpieczeństwa – albańska Sigurimi i rumuńska Securitate – biły na głowę KGB czy Stasi. Securitate nie tylko dokonywała zbrodni, ale też umożliwiała dokonywanie ich przez syna Ceaușescu, Nicu. Ten kompletnie zdegenerowany człowiek najbardziej lubił chlać i gwałcić, kolejność dowolna. Po raz pierwszy dokonał gwałtu na koleżance z klasy gdy miał 14 lat. W normalnym kraju odpowiedziałby za swoje czyny, ale w folwarku ojca dyktatora był całkowicie bezkarny, połajanki wodza miał w głębokim poważaniu.

Jako 16-latek był już alkoholikiem hazardzistą. Gdy w fatalnie zarządzanej Rumunii ludzie przymierali z głodu, on przepuszczał w kasynach na Zachodzie dziesiątki tysięcy dolarów. Gdy był w kraju, lubił jeździć po miastach z funkcjonariuszami Securitate i porywać dziewczyny, a następnie je gwałcić. Nawet w biały dzień. Nie przepuścił nawet pięciokrotnej złotej medalistce igrzysk olimpijskich z Montrealu i Moskwy Nadii Comaneci. Po upadku ojca został skazany na 20 lat więzienia, ale wyszedł po czterech, ze względu na zły stan zdrowia. Zmarł na marskość wątroby.

Securitate kontrolowała każdy aspekt życia w kraju. Miała dostęp wszędzie, co zawdzięczała sieci konfidentów i podsłuchów. W kraju funkcjonowało 248 stacji obserwacyjnych i ponad tysiąc przenośnych urządzeń podsłuchowych. Rumuni bali się rozmawiać o sytuacji w kraju, również przez telefon. Nigdy nie było wiadomo, czy rozmówca zaraz nie pobiegnie z donosem do bezpieki, czy rozmowa toczona nawet między najbliższymi członkami rodziny nie jest podsłuchiwana.

Virgil Magureanu, ostatni szef Securitate, zeznał, że służba zatrudniała 14259 pełnoetatowych pracowników i około 400 tysięcy szpiclów, ale tych drugich mogło być nawet dwa razy więcej. W 22-milionowym kraju. Bezpieka mordowała i torturowała, ale to były zadania doraźne. Podstawowym było, jak w każdej dyktaturze, trzymanie ludzi w strachu.

Strach to najskuteczniejsze narzędzie służące do trzymania ludzi w ryzach. Lęk jest torturą samą w sobie i jako taki jest podporą każdej dyktatury. Dopóki strach jest wcielany w życie, inspirowany, doglądany, pielęgnowany, kontrolowany i dozowany – dyktator może spać spokojnie. Historia uczy jednak, że rządy strachu mają słaby punkt – gnojeni latami ludzie potrafią pozbyć się lęku.

Może do tego dojść w dwóch sytuacjach. Pierwsza to uwierzenie, że jest coś poza strachem, poza zbrodniczym systemem. Tą ideą może być religia, może być mit, na przykład mit życia w sprawiedliwości, przynależności do większej społeczności, której szczęśliwi przedstawiciele żyją poza reżimem. Nam, Polakom, pomogła oczywiście religia i słynne słowa św. Jana Pawła II budzące z komunistycznego letargu: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi!” oraz wezwanie: „Ducha nie gaście”.
Reżim trwonił majątek narodowy na niepotrzebne inwestycje, takie jak Dom Ludowy (fot. Wiki 4.0/Joseolgon)
Reżim trwonił majątek narodowy na niepotrzebne inwestycje, takie jak Dom Ludowy (fot. Wiki 4.0/Joseolgon)

Karuzela zbrodni

Próby traktowania Kim Dzong Una po ojcowsku przez prezydenta USA Donalda Trumpa nie przyniosły żadnego rezultatu. Można odnieść wrażenie, że...

zobacz więcej

Sytuacja dojrzewa

Druga sytuacja, kiedy ludzie pozbywają się lęku, ma miejsce gdy uciskani czują, że nie mają już niczego do stracenia, a skompromitowana władza nie ma niczego do zaoferowania poza terrorem i beznadzieją. W przypadku rewolucji w Rumunii była to jedna z głównych przyczyn jej wybuchu. Zanim kule karabinu maszynowego rozprują ciało Ceaușescu sytuacja musi najpierw dojrzeć. Warunki są jednak wyjątkowo sprzyjające.

Myśl o konieczności zburzenia niesprawiedliwego porządku kiełkuje gdy człowiek dostrzega wynaturzenia i absurdy rzeczywistości, w której przyszło mu żyć. W przypadku systemów opresyjnych nie ma z tym żadnego problemu. Widać to na każdym kroku. To choćby głód, zmuszanie do pracy ponad siły, często w półniewolniczych warunkach, niemożliwość zagwarantowania przez państwo godnej egzystencji. Do tego dochodzą doświadczenia z reżimem, jego irracjonalnymi instytucjami, a przede wszystkim z bezpieką – aparatem terroru.

Kraje bloku wschodniego łączyło jedno. Nawet nie była to ideologia, ta bowiem różniła się w zależności od regionu. Wspólne było życie w oparach absurdu. Absurd ma dwa wymiary – humorystyczny i dramatyczny. Sytuacje, które spotykają ludzi są jednocześnie śmieszne i smutne. Nierozerwalnie. Niewymiennie. Nachalna propaganda sukcesu jako absurd śmieszy, ale jednocześnie wywołuje smutną refleksję, że nie ma żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości.

Komunistyczna Rumunia tonie w absurdach, dla naszego Stanisława Barei stałaby się niewyczerpanym źródłem inspiracji. Ot, trzeba mieć choćby pozwolenia nie tylko na posiadanie radia, ale nawet maszyny do pisania. W przypadku maszyn do pisania agenci pobierają próbki czcionek, żeby w przypadku pojawienia się paszkwilanckich listów czy ulotek namierzyć ich autora. Chciano nawet pobierać próbki pisma odręcznego. Obywatele muszą też zgłaszać do Securitate każdy kontakt z obcokrajowcem w ciągu 24 godzin (Dekret nr 408).

Gdy Ceaușescu, „Granitowy Drogowskaz Promiennej Przyszłości”, jedzie z gospodarskimi wizytami, z pól przepędzane jest wychudłe bydło, a na jego miejsce wygania się zdrowsze okazy, żeby bieda nie raziła oczu przywódcy. W wioskach, które odwiedza nierzadko maluje się trawę na zielono czy na drzewach wiesza jabłka. Jednocześnie ludzie cierpią głód. Żywność jest reglamentowana, takie towary jak kawa czy pieprz nagle stają się dobrami luksusowymi, obiektami marzeń.

Śmieszno i straszno

W sklepach można dostać w zasadzie tylko konserwy z jakąś koszmarną breją, ohydną maziają. Szczęśliwi, którzy zdobywają świńską głowę albo gęsie flaki. Jednocześnie władza wprowadza „Program zdrowego żywienia”, który przewiduje, że na przeciętnego obywatela ma przypadać między innymi 39 kg i 12 deko mięsa rocznie, a z drugiej strony propaganda głosi, że jedzenie więcej niż trzech tysięcy kalorii dziennie jest szkodliwe dla zdrowia. Śmieszno i straszno.

Dyktator, który obalił swój pomnik

Gdy francuski król Ludwik XIV wypowiadał słynne słowa „Państwo to ja”, mógł sądzić, że jego wyjątkowość wynika z bożego namaszczenia. Z pewnością...

zobacz więcej

Do tego dochodzi dziwaczna polityka prorodzinna, zabroniona jest aborcja i antykoncepcja. Do 45. roku życia każda Rumunka musi urodzić co najmniej piątkę dzieci. Przychodzi na świat mnóstwo niechcianych dzieci, których rodzice ani państwo nie są w stanie wykarmić, zapewnić im opieki, również medycznej. Trafiają do sierocińców jak z horroru. Instytucje te, jak wszystko inne, są wybitnie niedofinansowane, co zamienia życie dzieci w koszmar. To także są ofiary zbrodniczego systemu.

Socjalistyczna gospodarka jest niewydajna sama w sobie, ale Ceaușescu potrafi tę niewydajność wznieść na wyżyny. Staje się ona wręcz sztuką. Zauroczony gigantycznymi budowlami sowietów, jak Kanał Białomorski, postanawia stworzyć własne, równie niepotrzebne. Kanał Dunaj–Morze Czarne to wprawdzie pomysł Józefa Stalin, ale po jego śmierci w 1953 roku projekt zarzucono. Conducator rozkazuje wznowienie prac w 1973 roku. Kanał przekopano do 1987 roku. Bezsensowna inwestycja zwróci się już za pół tysiąca lat.

Symbolem megalomanii Ceaușescu jest Dom Ludowy w Bukareszcie. Oczko w głowie dyktatora. Żeby dziwaczny budynek z siedmioma tysiącami pomieszczeń mógł powstać, równa się z ziemią kilka kwartałów domów i przesiedla 40 tysięcy osób. Zniszczono przy tym między innymi zabytkowy klasztor Vacaresti i siedemnaście innych kościołów. Pomnik głupoty i nie liczenia się z rodakami buduje 20 tysięcy robotników nadzorowanych przez siedmiuset architektów. Nie ma co się zagłębiać w liczby, wystarczy podać choćby dwie: koszt budowy (do 1989 roku) – 1,75 miliarda dolarów, powierzchnia zajmowana przez dywany – 200 tysięcy metrów kwadratowych. Absurd.

Fatalne zarządzanie połączone z tego typu niepotrzebnymi inwestycjami sprawiają, że w Rumunii kryzys gospodarczy jest stanem permanentnym, szczególnie gdy kończą się zagraniczne kredyty (nagroda za wystąpienie z Układu Warszawskiego). W odpowiedzi władze podejmują kroki nierzadko absurdalne. Niedobór paliwa rozwiązuje się między innymi poprzez ograniczenie transportu publicznego – auta mają się poruszać według numerów rejestracyjnych – jednego dnia te z numerami parzystymi, drugiego z nieparzystymi.

Cięcia

Cięcia dotykają nawet propagandę. Pod koniec lat 80., gdy kraj jest już na równi pochyłej, w ramach oszczędności telewizja nadaje tylko przez dwie godziny dziennie. Na ramówkę składają się wiadomości (jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej i już wkrótce dogonimy) oraz programów poświęconych twórczości Ceaușescu, jego natchnionych wierszy, prac teoretycznych z wielu dziedzin, do tego film dokumentalny o „Geniuszu Karpat”.

Występują również przerwy w dostawach prądu dla mieszkańców – w takich okolicznościach myśl o potrzebie obalenia reżimu musi dojrzewać szybciej. Są jednak również warunki niesprzyjające. Główną jest zatomizowanie społeczeństwa. Człowiek jest wrogiem człowieka, widzi w nim agenta bezpieki, prawdziwego albo urojonego. Człowiek boi się drugiego człowieka, gardzi nim, zazdrości całej pary butów. Niepowyciągana koszula musi sugerować, że ktoś ciągnie forsę od Securitate, jak inaczej zdobyłby pieniądze? A może na mnie donosi łajdak?

Rumuni mieli dość życia pod rządami komunistów (fot. Wiki/comunismulinromania.ro)
Rumuni mieli dość życia pod rządami komunistów (fot. Wiki/comunismulinromania.ro)

Prorok reglamentuje internet. Alternatywna rzeczywistość Turkmenistanu

Prorok, piosenkarz, sportowiec, chirurg, ekspert od wojskowości, hodowli koni, leśnictwa, uprawy herbaty – gdyby Leonardo da Vinci żył w naszych...

zobacz więcej

Tak przedstawia się sytuacja w komunistycznej Rumunii pod koniec lat 80. Społeczeństwo obywatelskie nie istnieje, jedyną opozycją – nieformalną – są byli członkowie Rumuńskiej Partii Komunistycznej usunięci przez Ceaușescu. A jednak ludzie jednoczą się w grudniu 1989 roku. W tym czasie demontaż demoludów w Europie Wschodniej już postępuje, ale Rumunia wciąż tkwi w zbrodniczym ustroju. 4 grudnia Ceaușescu odwiedza Michaiła Gorbaczowa, radziecki przywódca wzywa go do wprowadzania zmian w Rumunii, apeluje o jakieś reformy, demokratyzację. Demokratyzację? – dziwi się gość i stanowczo odmawia. Bagatelizuje Wiosnę Ludów, która ogarnęła już region. Jego to nie dotyczy.

Ryszard Kapuściński, „Szachinszach”: „Każda rewolucja to zmaganie się dwóch sił: struktury i ruchu. Ruch atakuje strukturę, dąży do jej zniszczenia, struktura broni się, chce unicestwić ruch. Obie te siły, jednako potężne, mają różne właściwości. Właściwością ruchu jest jego spontaniczność, żywiołowa, dynamiczna ekspansywność i — krótkotrwałość. Natomiast właściwością struktury jest bezwładność, odporność, zdumiewająca, niemal instynktowna zdolność przetrwania. Strukturę jest stosunkowo łatwo powołać do życia, nieporównanie trudniej — zniszczyć”.

Ceaușescu reprezentuje strukturę. Wie, że po jego stronie jest aparat państwowy, łącznie z aparatem terroru, który dotąd trzyma ludzi w ryzach. Dyktator wierzy w statystyki, widzi zieloną trawę, jabłka na drzewach, a że wszystko to jest spreparowane? Zapewne nie chce tego dostrzegać. Dlatego, rozumuje, liberalizować, demokratyzować nie ma potrzeby, a układać się też nie ma co, bo i z kim?

Iskra

Ruchowi potrzebny jest impuls, coś co wyzwoli ludzi z lęku. Pozwoli rozpocząć zmagania ze strukturą. Wkrótce iskra się pojawia. Sprawa wydaje się być błaha, a jednak ta iskra rozpala cały kraj. To zresztą niezwykle cenna lekcja historii. Nigdy bowiem nie jest przesądzone, że teoretycznie doniosłe zdarzenie będzie miało większy wpływ na historię niż jakieś niepozorne, niewiele znaczące.

Tym punktem przełomu jest kazanie wygłoszone w Timișoarze przez pastora ewangelickiego Kościoła reformowanego László Tőkésa, przedstawiciela prześladowanej przez reżim mniejszości węgierskiej. Tőkés już wcześniej pozwalał sobie krytykować władzę, nawet udało mu się dotrzeć do zagranicznych mediów. Komunistyczna dyktatura, co wiemy na przykładzie męczeńskiej śmierci wielu polskich księży z błogosławionym Jerzym Popiełuszką na czele, umie jednak zamykać usta niepokornym duchownym.

Reżim chce karnie przenieść Tőkésa do odległej wioski. Duchowny jest izolowany przez Securitate i milicję, nikt nie może się do niego zbliżyć. Sąd decyduje, że do 15 grudnia pastor musi zwolnić mieszkanie, ten wzywa wiernych, żeby byli świadkami eksmisji. 15 grudnia wokół domu duchownego gromadzi się tłum (dzień wcześniej dochodzi do próby demonstracji w Jassach, ale bezpieka wyłapuje wszystkich uczestników). Ludzie są podminowani, ale jeszcze nikt nie zdaje sobie sprawy, że to początek spirali, która wysadzi reżim.

Ostatnie podrygi socjalizmu? Boliwia na rozdrożu

Farmer koki, piłkarz, trębacz, murarz, trzykrotny prezydent Boliwii – kariera zawodowa Evo Moralesa należy do najdziwniejszych, ale i...

zobacz więcej

Do mieszkania Tőkésa przychodzi burmistrz Timișoary i obiecuje, że złagodzi decyzję władz, byle wierni się rozeszli. Świadkowie rozmowy informują zebranych przed domem, że osiągnięto porozumienie. Zdając sobie sprawę, że bezpieka nie zareagowała na zgromadzenie z typową dla siebie brutalnością, ludzie następnego dnia ponownie przychodzą przed dom pastora. Po południu około tysiąca osób organizuje spontaniczną demonstrację w centrum miasta, wznoszone są okrzyki: „Wolność!” oraz „Precz z Ceaușescu”. Władza jest w szoku.

Następnego dnia ludzie ponownie wychodzą na ulice Timișoary. Tym razem „Najznakomitszy syn narodu” wysyła przeciwko rodakom wojsko, milicję oraz siepaczy z Securitate. Ginie około 60 osób. Nie domyślając się, że właśnie zawiązał na siebie stryczek, Ceaușescu leci do Iranu. Wykrwawienie demonstracji rozlewających się już na inne miasta zostawia służbom, którymi pod jego nieobecność ma kierować jego żona Elena.

Coś wisi w powietrzu

19 grudnia dochodzi powtórki z lutego 1917 roku. To efekt zwrotu, jaki zachodzi w wojsku. Dowódca oddziałów pacyfikacyjnych generał Victor Atanas Stănculescu zdradza Ceaușescu, a jego żołnierze przechodzą na stronę manifestantów. Dyktator wraca do Rumunii 20 grudnia. Być może czuje napięcie w kraju, bo faktycznie coś wisi w powietrzu, ale najpewniej wciąż wierzy, że jest tym geniuszem uwielbianym przez lud – jak przedstawia go propaganda. Nie zamierza odpuszczać, wygłasza przemówienie, w którym oskarża „bandę chuliganów” z Timișoary o realizowanie polityki zagranicznych imperialistów.

Nazajutrz na godz. 11.30 na Piata Palatului zorganizowany zostaje spontaniczny wiec poparcia dla władz z udziałem „ludu pracującego stolicy”. Ma to być demonstracja jednomyślności narodu. Na wiecu są zwolennicy reżimu, takich nigdy nie brakuje, pewnie trochę ciekawskich, zorganizowanej opozycji nie ma. Ceaușescu dalej grzmi pod adresem mącicieli. Święcie oburzeni działaniami agentów wrażych sił gwiżdżą. Uzdrowimy sytuację. Gromkie brawa.

W pewnym momencie dochodzi do czegoś bez precedensu w historii, ta w jednej sekundzie jednocześnie gwałtownie zakręca i przyspiesza. W stutysięcznym tłumie ktoś nagle krzyczy: „Timișoara!”. Żadne tam „Chcemy chleba!”, „Precz z komuną!” czy coś pod adresem samodzierżcy. Tylko tyle. „Timișoara !”. W ludziach w jednej sekundzie następuje zmiana. Dostrzegają absurdy reżimu, tylko głupi by ich nie dostrzegł, wiedzą, że wysłuchują bredni, ale nikt nie ma dość odwagi, żeby zareagować, już dawno wkradła się też apatia.

Potrzebny jest ktoś, kto tę odwagę ma. Kto jest już na tyle wściekły, że zaryzykuje być może lata więzienia, być może tortury, a być może nawet życie, żeby w tej jednej chwili dać opór całemu reżimowi. Pokazać gest Kozakiewicza, zrobić co trzeba, w tej jednej sekundzie poczuć się wolnym, poczuć się człowiekiem, nie niewolnikiem systemu. „Timișoara!”.

Żołnierze odstąpili od dyktatora (fot. arch.PAP/APA)
Żołnierze odstąpili od dyktatora (fot. arch.PAP/APA)

Kapłan wyklęty. Ks. Toufar zapłacił życiem za cud

O ile władze kościelne zwykle krytycznie patrzą na domniemane cuda, o tyle komunistyczna bezpieka – niezależnie od kraju – zawsze reagowała na nie...

zobacz więcej

Przez moment ludzie nie rozumieją co się wydarzyło, nie wiedzą, co robić, muszą to przetrawić. Wiedzą, że reżim powinien upaść, ale trwa, a jeżeli trwa, to znaczy, że nie wyczerpał swoich umiejętności przetrwania. Czują się winni, że słyszeli, że nie donieśli władzom. A może Securitate pomyśli, że oni też tak myślą? Że to oni krzyknęli? Panie poruczniku, to nie ja, przysięgam. Zaraz, ten, który krzyknął się nie boi, a pal to licho! „Timișoara!”.

Atmosfera gęstnieje

Kolejne osoby podchwytują okrzyk, pojawiają się gwizdy, już nie pod adresem popleczników imperializmu, szpiegów tego podłego agenta Tokesa. Gwizdy są skierowane pod adresem „Geniusza Karpat”. Przyłączają się do nich kolejne osoby, dziesiątki, setki, tysiące. Zagłuszają oklaski zwolenników reżimu, zatwardziałych komunistów nigdy brakuje. Atmosfera robi się gęsta. Wroga.

Conducator nie jest w stanie zapanować nad tłumem. – Halo, halo, halo! Towarzysze! Towarzysze! Uspokójcie się! – krzyczy z balkonu gmachu KC. Wyćwiczone chóralne „Ceaușescu – Romania!” jest zagłuszane. Dyktator rzuca obietnicę podwyżek pensji, emerytur, dodatków dla dzieci. Może obiecać obiecać wszystko, lud wie, że nie spełni już żadnej obietnicy. Po co forsa, jak nie ma co za nią kupić? Obietnice dyktatora to granie przelicytowanego szlema bez atu blotkami.

Ceaușescu podejmuje decyzję, która przypieczętowuje jego klęskę. Przerażony ucieka wraz z żoną do gmachu KC, telewizja przerywa transmisję. Tłum wdziera się do budynku. Padają strzały, są zabici. Wybucha rewolucja. Ludzie budują barykady. „Jos Ceaușescu, moarte dictatorului, jos comunismul!” („Precz z Ceaușescu, śmierć dyktatorowi, precz z komunizmem!”) – roznosi się po mieście.

Gniew wzbierany przez lata nędzy i upokorzeń rozlewa się po ludziach. Wściekłość tłumi strach. O północy wojsko atakuje barykadę przy hotelu Intercontinental. Ciężkie walki toczą się do trzeciej nad ranem. 22 grudnia rano minister obrony Vasile Milea odmawia dalszego strzelania do protestantów, po chwili popełnia samobójstwo. Oficjalnie to samobójstwo, na pewno ginie od kuli.

Zdrada

Ceaușescu wyznacza na nowego ministra zastępcę Milei, Stănculescu. Nie wie, że generał już go zdradził, że jest dogadany z Ionem Iliescu, byłym członkiem KC, wyrzuconym z partii po konflikcie wodzem. Stănculescu każe wracać żołnierzom do koszar, a „Geniusza Karpat” namawia do ucieczki helikopterem, co następuje dokładnie o godz. 12.06. Od tego momentu dyktator sam staje się tym dyktowanym. Już nigdy nie zobaczy Bukaresztu.

Kazach wychodzi na ulicę

W ostatnich tygodniach przez Kazachstan przelewa się fala protestów. Jest to zjawisko dość zaskakujące. Dotąd w kraju było spokojnie, mieszkańcy...

zobacz więcej

Leci do swojej posiadłości (nielicho się obłowił) w Snagov, 35 km na północ od stolicy. Wieczorem Iliescu organizuje Front Ocalenia Narodowego, Ceaușescu traci władzę, zaczyna walkę o życie. Dowództwo wojskowe pozbawia prezydenta helikoptera, z miejscowości Titu musi dojechać dalej autostopem. Niecodzienny widok, przed chwilą pan i władca, teraz jedzie byle dacią. Chce do Târgoviște, tam jest huta, robotnicy go obronią – rachuje całkowicie oderwany od rzeczywistości.

W tym czasie rewolucja rozlewa się na cały kraj. Napięcia wzbierające przez lata nagle odpuszczają, wentyl puszcza. Walczą wszyscy. Securitate i obrońcy reżimu walczą z „terrorystami”, w Sybinie bezpieka walczy nawet z wojskiem. Zaczyna się polowanie na dyktatora i jego żonę, wojsko otrzymuje rozkaz schwytania ich żywcem. Para trafia w ręce milicji, funkcjonariusze wiozą Nicolae i Elenę na posterunek w Târgoviște, ale ludzie ich rozpoznają. Robi się coraz bardziej niebezpiecznie, żeby uniknąć linczu trzeba – co za upokorzenie! – kłaść się na podłodze auta.

Samochód dojeżdża na komendę około godz. 17.30, dla bezpieczeństwa przez pewien czas wraz z pasażerami stoi ukryty w krzakach. Posterunkiem władają już rewolucjoniści, którzy zarzucają dyktatorowi masakrę w Timișoarze i doprowadzenie kraju do ruiny. „Granitowy Drogowskaz Promiennej Przyszłości” coś jeszcze bredzi, że to wina wrażych sił z zagranicy, ale za to jak rozwinął miasta i przemysł.

Wyrok śmierci

Małżeństwo Ceaușescu przejmują wojskowi i wywożą ich do koszar. Tam wszechwładni jeszcze kilka godzin temu stają się więźniami. Ich proces przed sądem ludowym, tudzież kapturowym, odbywa się 25 grudnia, w Boże Narodzenie. Lista zarzutów jest długa – od nielegalnego gromadzenia bogactwa do ludobójstwa. Rozprawa trwa około godziny i kończy się wyrokiem śmierci dla obojga oskarżonych.

Nowej władzy zależy na pośpiechu, jakimś argumentem może być, że śmierć dyktatora powinna uspokoić sytuację, ale wydaje się, że Iliescu nie chce, żeby Ceaușescu zaczął wyciągać jakieś przykre rzeczy, które poddałyby w wątpliwość uczciwość Prometeusza demokracji. Dlatego też procesu dogląda Stănculescu, a potem dopilnowuje egzekucji.

Wyrok zostaje wykonany wkrótce po jego ogłoszeniu. Skazani chcą zginąć razem. Przed godz. 15 małżeństwo staje przed murem. Elena rozpaczliwie się broni, Nicolae płacze. Gdy upadły dyktator intonuje „Międzynarodówkę”, rozlegają się strzały. Padając krzyczy jeszcze „Niech żyje wolna i demokratyczna Socjalistyczna Republika Rumunii”. Książkowo. Twórcę jednego z najbardziej opresyjnych reżimów w Europie i jego żonę wysłała na tamten świat 30 kul. Film z egzekucji 27 grudnia emituje telewizja, już wcześniej na czarnym rynku w Budapeszcie można go kupić na kasecie VHS. Samo miejsce kaźni staje się atrakcją turystyczną.

Rewolucja w Rumunii pochłania około tysiąca ofiar. Oddają życie za wolność, niby dzięki nim komunizm upada, ale z demokracji, kapitalizmu korzystają głównie ci, którzy obłowili się w poprzednim reżimie. Nomenklatura szybko uwłaszcza kraj, co jest zresztą typową bolączką postkomunistyczną. Wkrótce groby Nicolae Ceaușescu i Eleny na cmentarzu Ghancea w Bukareszcie otrzymują tabliczki z nazwiskami, a ludzie regularnie składają na nich kwiaty.

Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne Aplikacja mobilna TVP INFO na urządzenia mobilne
źródło:
Zobacz więcej