RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

Palce na plecach

Czy i które zarzuty wobec Mariana Banasia są prawdziwe, tego tak naprawdę dalej nie wiemy, trudno bowiem doprosić się konkretów (fot. arch. PAP/Tytus Żmijewski)

Jak wszyscy wiedzą, największym kłopotem PiS w nowej kadencji okazał się nie Tomasz Grodzki, czego można było się spodziewać, a Marian Banaś, czego nie spodziewał się właściwie nikt. Oczywiście innego zdania są politycy opozycji, którzy twierdzą, że przecież swoje uwagi i zastrzeżenia zgłaszali wcześniej, tylko nikt nie chciał ich słuchać. Zresztą i oni mają swoje kłopoty, może i mniejsze, lecz blokujące ich szanse na upragnioną zamianę ról w polskiej polityce.

Rozmowa portalu tvp.info. Szef ABW o sprawie Mariana Banasia

ABW realizując procedurę wobec Pana Mariana Banasia w pełni wywiązała się z obowiązków, które na nią nakładają przepisy Ustawy o ochronie...

zobacz więcej

Czy i które zarzuty wobec Mariana Banasia są prawdziwe, tego tak naprawdę dalej nie wiemy, trudno bowiem doprosić się konkretów. Nim w sprawę włączyły się służby i koledzy prezesa NIK z Prawa i Sprawiedliwości, jedyną rzecz w całej sprawie pewną była umiarkowana wiarygodność redaktora Kittela, znanego z bezkompromisowego dziennikarstwa, w którym najpierw dostaje się nagrody, po latach zaś nie tłumaczy się już z niczego, gdy kolejni bohaterowie przedwczorajszych skandali okazują się być niewinni. Jak Romuald Szeremietiew, którego publikacja Kittela kosztowała stanowisko wiceministra obrony narodowej i wiele długich lat poza polityką, o obronie dobrego imienia nie wspomnę.

„Jeśli Szeremietiew okaże się niewinny – odejdę z polityki”

Ba, brawurowe dziennikarstwo Kittela karierę kosztować też mogłoby samego Bronisława Komorowskiego, gdyby oczywiście ten potraktował poważnie dane przez siebie słowo. „Jeśli Szeremietiew okaże się niewinny – odejdę z polityki” – powiedzieć miał były prezydent w swoim czasie, jednak kilka lat od wyroków uniewinniających byłego wiceministra obrony nie wystarczyło na dotrzymanie obietnicy.

Coś jednak wzbudziło wątpliwości służb i kolegów Mariana Banasia, skoro pojawiły się zarzuty i wezwania do dymisji. Pojawiła się ponoć nawet sama dymisja, choć tu sprawa zaczyna ocierać się o groteskę. Historia zwróconego jakoby pisma przypomina sprawę oświadczenia o współpracy z komunistycznymi służbami, jakie pamiętnego 4 czerwca 1992 wysłał do PAP, następnie zaś wycofał prezydent Lech Wałęsa. Pisma Banasia nie widziała marszałek sejmu, za to odnalazło się ono cudem w jednej z warszawskich redakcji, być może kurier pomylił drogę. Kolejne dni to oczekiwanie na ustąpienie prezesa NIK i jego oświadczenie, w którym zapowiada on współpracę w wyjaśnianiu wszelkich wątpliwości przy równoczesnym pozostaniu na stanowisku.

Koszty polityczne tego zamieszania pozostają nieznane, tak, jak nieznana jest odpowiedź na dwa inne pytania: czy w ewentualną winę (winy?) Banasia wierzą jego koledzy, przede wszystkim zaś – wyborcy Prawa i Sprawiedliwości. Nie widać tu na razie jednomyślności i nie sądzę, by na tym etapie sprawy ktoś, nie będąc zdeklarowanym przeciwnikiem obozu dobrej zmiany, miałby odwagę na całkowite przesądzenie sprawy. Nie brak wciąż również obrońców szefa NIK, wciąż trzymających się wersji, że wszystkie jego kłopoty to efekt nadepnięcia na odcisk potężnym graczom.

Sędzia, rolnik i krzyki Frasyniuka

Okazuje się, że wystarczyło trochę pogrzebać w archiwach mediów – i to mediów z grupy mocno zaangażowanej we wspieranie oporu przeciw zmianom w...

zobacz więcej

W nurt ten wpisuje się list krakowskich opozycjonistów, którzy jednak w swej korespondencji popełniają kilka rażących błędów, choćby porównując (chyba trochę na wyrost) Mariana Banasia do zamordowanego w sfingowanym wypadku drogowym szefa NIK Waleriana Pańko, którego zresztą mylą ewidentnie z Michałem Falzmannem i przypisują mu jego zasługi…

Dziś trwają próby wybrnięcia z tej sytuacji za pomocą strategii przetestowanej przy okazji kampanii wyborczej do Europarlamentu – zaproszenia opozycji do współpracy w celu rozwiązania problemu i wykazania, że bynajmniej jej na tym nie zależy. I, oczywiście, sprawdza się to o tyle, że opozycja niemająca interesu w pozbawieniu PiS kłopotu, akceptuje tym samym stan ryzykowny dla funkcjonowania kluczowej instytucji państwa. Nie jedynej zresztą i tu przechodzimy do drugiej poważnej sprawy ostatnich dni, czyli kolejnej odsłony walki środowiska sędziowskiego z PiS, de facto zaś ze wszystkimi, nieakceptowanymi przez nie ośrodkami władzy w Polsce. Wyrok Izby Pracy SN, pod pretekstem odniesienia się do wyroku TSUE, narusza według głosów wielu ekspertów cały dotychczasowy porządek konstytucyjny, stawiając ponad konstytucję i decyzje TK własną interpretację dokumentu instytucji UE. Po wcześniejszych działaniach sędziego Juszczyszyna, skromnych lecz pełnych „apolitycznych sędziów” politycznych demonstracjach i chaotycznej autocenzurze TVN, kasującej materiały kompromitujące świeżą gwiazdę protestów, wydarzenia nabierają tempa. I, zupełnie przypadkiem, w tym samym czasie Sąd Najwyższy uznaje, że dziennikarze (w tym wspomniany już Kittel) kreując „aferę Szeremietiewa” z zarzutów w całości przez sądy obalonych, dochowali najwyższej staranności. I trudno uwierzyć, że wyrok ten, tak idealnie trafiający w czas i zapotrzebowanie przeciwników PiS, nie ma nic wspólnego z bieżącą polityką. Tak samo, jak decyzje sądów w sprawach Durczoka czy Najsztuba.

Prawybory w PO: Dobry i zły glina

W czwartek kandydaci z PO ruszają w teren w ramach kampanii przed prawyborami. – Będziemy konkurować o głosy naszych partyjnych kolegów – mówiła...

zobacz więcej

Prezent dla opozycji

Jeśli uznać, że sprawa Banasia to prezent dla opozycji, ta odwdzięcza się jednak rządowi na wszystkie możliwe sposoby. Marszałek Grodzki powołuje własny, niezgodny z konstytucją urząd mający badać inne ustawy ze zgodnością z tą samą ustawą zasadniczą. Żarty polityków PiS o tym, że następny będzie własny rząd na uchodźstwie, za chwile mogą okazać się prorocze, wystarczy, że ego profesora puchnąć będzie w tym samym, co dotąd, tempie. Tomasz Grodzki upolitycznia zaludniane dotąd przez apolitycznych urzędników instytucje senatu, oddając je politykom, którzy nie dostali się do sejmu, oczywiście z list partii opozycyjnych. W efekcie możemy podziwiać, jak na Twitterowym profilu izby wyższej ląduje zdjęcie Grodzkiego z Donaldem Tuskiem, a ktoś pełen kompleksów opisuje je słowami „Tymczasem na zachodzie…”. Na zachodzie, czapki z głów! Jak pamiętamy natomiast z geografii, kierunkiem przeciwnym do zachodu jest wschód i stamtąd właśnie przyszło wyzwolenie według Włodzimierza Czarzastego.

Uroki „wyzwolenia”

Czarzasty osoby, które traktują wejście na polskie tereny Sowietów tylko jako zmianę okupanta, nazywa subtelnie „debilami” i każe wypytać o przeszłość dziadków. Jest to sprytne, bo zapewne ci spośród nich, którzy najostrzej weszliby z Czarzastym w polemikę, dawno już nie żyją, bo w odróżnieniu od swoich katów nie stać ich było na leczenie, a część też po komunistycznych więzieniach nie była przez lata przesadnie gadatliwa. Mamy jednak coraz więcej wspomnień, które zapewne w okolicach marca znów zagoszczą na radiowych antenach, byśmy mogli na nowo odkrywać uroki „wyzwolenia”. Nie jest to jednak artykuł historyczny, mający na celu wyczerpująco opisać podobieństwa i różnice losów Polski i Polaków za czasów Niemców i Sowietów, a próba oceny sytuacji politycznej.

Kamienica Banasia, złoto Glapińskiego, lakierki Tuska

Donald Tusk zakończył swoją kadencję na stanowisku szefa Rady Europejskiej i lansuje modę na bieganie w nietypowych butach. Robert Biedroń...

zobacz więcej

Ciekawe bowiem, jaki to instynkt każe Czarzastemu brnąć w dywagacje historyczne, wokół których nie będzie nigdy zgody, a które czynią lewicę absolutnie niewybieralną dla wyborców nastawionych bardziej socjalnie, lecz jednak przywiązanych do patriotycznych narracji. Dla reszty wyborców socjalnych lewica ma nie tylko Adriana Zandberga, lecz i posła Kulaska, ledwo wiążącego koniec z końcem za 9 tysięcy złotych. Wciąż nie znamy też nazwiska kandydata lewicy na prezydenta, zaś ostatnie pogłoski wskazują, że parytet wygra tu z kalkulacją polityczną, co też dobrze trzem (a za chwilę dwom) lewicowym partiom nie wróży.

Listę te można jeszcze ciągnąć, bo wszędzie coś by się znalazło, nie można jednak nie wspomnieć na koniec o Donaldzie Tusku. Tusk zapowiada zwiększenie swego udziału w polityce krajowej, co świadczy o nienajlepszym rozpoznaniu rzeczywistości politycznej końca 2019 roku. Za nic nie odpowiadać, niczym nie ryzykować, rozstawiać dawnych kolegów nie dając nic w zamian – sprytne, lecz chyba mało skuteczne. Polityczny potencjał Donalda Tuska równy jest sile rażenia jego dwóch palców wycelowanych w plecy prezydenta Trumpa. Wygłupy, niegodne byłych i obecnych stanowisk, połączonych z niczym nieuzasadnioną pewnością siebie. Więcej godności wydaje się mieć odmawiający ustąpienia ze stanowiska Marian Banaś.

źródło:
Zobacz więcej