Turcja jak koń trojański Rosji. Ale nikt jej z NATO nie wyrzuci

Recep Erdogan i Władimir Putin (fot. Sputnik/Aleksey Nikolskyi/Kremlin via REUTERS)

Szantaż Ankary w sprawie planów obronnych NATO daje kolejny argument do ręki zwolennikom wykluczenia Turcji z Sojuszu. I znów też Erdogan robi coś, co raduje Kreml. Czy to jest główny motyw działań Turków? Raczej nie – tutaj Ankara chce osiągnąć własne cele w Syrii. Erdogan uznał zapewne po sprawie z S-400, że może stawiać kolejne żądania.

Rosyjscy szpiedzy w Bułgarii. Hybryda znana też ABW

Pierwszy raz od 11 lat Bułgaria – kraj uważany za jeden z najbardziej przyjaznych Rosji w UE i NATO – wyrzuca rosyjskiego dyplomatę za szpiegostwo....

zobacz więcej

26 listopada. Ankara informuje o wznowieniu operacji wojskowej „Źródło Pokoju” w północno-wschodniej Syrii, skierowanej przeciwko Kurdom. Rozpoczęta 9 października ofensywa, zatrzymana oficjalnie 23 października (porozumienie z udziałem Rosji i Damaszku), de facto wciąż była prowadzona. Co jakiś czas nadchodziły informacje o kolejnych potyczkach i ofiarach, tyle że medialnie Ankara wyciszała swoje militarne działania.

Dlaczego akurat teraz głośno mówi o wznowieniu operacji? To wzmocnienie argumentów tureckich dyplomatów w NATO, żądających od sojuszników uznania kurdyjskiej formacji zbrojnej YPG – z nią właśnie Turcy walczą w Syrii – za terrorystyczną.

Turcja „wzięła zakładnika”

26 listopada. Kilka godzin po deklaracji Turcji o wznowieniu operacji przeciwko Kurdom pojawia się depesza Agencji Reutera. Powołując się na czterech wysokiej rangi przedstawicieli NATO, agencja napisała, że Ankara odmawia poparcia planu pomocy NATO dla Polski i krajów bałtyckich dopóki Sojusz nie zaoferuje jej politycznego poparcia w walce przeciw kurdyjskim milicjom YPG w Syrii. NATO wprowadziło pierwsze plany obronne dla krajów bałtyckich i Polski na wypadek agresji rosyjskiej w 2010 r., po czym zostały one zaktualizowane po aneksji Krymu.

Od tamtej pory trwają dyskusje nad szczegółami dalszego wzmocnienia tych planów. Planowano je przedstawić na najbliższym, jubileuszowym szczycie Sojuszu. Jednak okazuje się, że Ankara poinstruowała swojego przedstawiciela w NATO, by nie podpisywał planów dotyczących pomocy dla Polski i krajów bałtyckich, dopóki Sojusz nie uzna YPG za terrorystów.

Ale to niejedyny postulat. 25 listopada podczas wizyty w Katarze prezydent Turcji Recep Tayyip Erdogan zapowiedział, że na szczycie NATO w Londynie zaproponuje zorganizowanie międzynarodowej konferencji sponsorów budowy domów i infrastruktury dla uchodźców syryjskich. Turcja chce po prostu, żeby sojusznicy i partnerzy sfinansowali przesiedlenie do strefy buforowej w północno-wschodniej Syrii miliona Syryjczyków, którzy w czasie wojny domowej w ich ojczyźnie uciekali do Turcji właśnie. Ankara szacuje, że potrzeba na to co najmniej 27 mld dolarów.

Ostatnie 10 minut życia na Ziemi. Jak Rosja ćwiczyła wojnę jądrową

Władimir Putin nacisnął przycisk na konsoli w supernowoczesnym centrum dowodzenia. I nic. Rakieta nie poleciała. Dobrze dla Kremla, że to była...

zobacz więcej

Bez aprobaty Ankary Sojuszowi trudno będzie szybko wzmocnić mechanizmy obronne dla tych krajów. Jak zauważa były dowódca estońskiej armii Ants Laaneots, „szantaż Erdogana” pokazuje, że należy wprowadzić zmiany do obecnego mechanizmu decyzyjnego wewnątrz NATO opartego na jednomyślności. „W pewnych sytuacjach czyni to Sojusz słabym, w skrajnej sytuacji” – powiedział Laaneots w wywiadzie dla dziennika „Postimees”.

Ankara starała się skłonić NATO do wsparcia jej operacji w Syrii i uznania tamtejszych Kurdów za terrorystów jeszcze przed początkiem ofensywy „Źródło Pokoju”, ale teraz – tuż przed szczytem w Londynie - żądania są bardziej kategoryczne. Warto pamiętać, że koalicja Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF), której trzon stanowią oddziały YPG, odegrała główną rolę w pokonaniu Państwa Islamskiego w Syrii. Przy wsparciu koalicji międzynarodowej, głównie USA, to Kurdowie zdobyli Rakkę, „stolicę” dżihadystów. Ankara uznaje YPG za organizację terrorystyczną, odnogą PKK (Partii Pracujących Kurdystanu). Również Stany Zjednoczone uznają PKK za terrorystów, ale mają inne stanowisko w kwestii YPG.

„Koordynacja stanowisk trwa”

W Brukseli robią dobrą minę do złej gry. Faktem jest, że nie ma histerycznych reakcji na tureckie żądanie – co może potwierdzać, że sprawa tureckiego postulatu nie jest czymś zupełnie nowym. Rzeczniczka Sojuszu Oana Lungescu stwierdziła: „NATO ma plany obrony wszystkich sojuszników. Zaangażowanie NATO w bezpieczeństwo wszystkich sojuszników jest niezachwiane”.

Doniesienia Agencji Reutera Jens Stoltenberg skomentował dopiero 27 listopada. Powiedział, że nie zamierza ujawniać szczegółów wewnętrznych dyskusji, ale zauważył, że Sojusz ma wystarczające środki, żeby obronić wszystkich sojuszników. Uwagę zwraca podkreślanie, że NATO ma możliwość obrony wszystkich sojuszników. To zdecydowanie ugodowy ton wobec Ankary. Należy bowiem pamiętać, że kwestię uznania YPG za terrorystów Turcja chce wpisać do planu pomocowego NATO właśnie dla niej. Stoltenberg chciałby więc pogodzić wszystkich i doprowadzić od kompromisu korzystnego dla bezpieczeństwa zarówno Turcji, jak i Polski oraz państw bałtyckich.

Zabójstwo w cieniu Reichstagu. Po latach dopadli wroga Rosji

Pochodzący z Gruzji Czeczen, weteran wojen z Rosjanami, kilka razy był o włos od śmierci. W końcu go dopadli, w Berlinie. Wszystko wskazuje na to,...

zobacz więcej

W podobnym tonie zresztą wypowiadają się główni zainteresowani. Szef litewskiej dyplomacji Linas Linkevicius wyraził nadzieję, że konieczne decyzje zostaną podjęte przed szczytem: „Nie ma jeszcze ostatecznej decyzji. Koordynacja stanowisk trwa”. Linkevicius nie chciał komentować stanowiska Ankary ws. wojskowego planowania NATO, ale przyznał, że Turcja chce, by Sojusz przyjął dokumenty wyrażające jego oficjalną pozycję odnośnie kurdyjskich organizacji. Szef MSZ Łotwy Edgars Rinkevics zaapelował, by „nie dramatyzować” informacji o negatywnym stanowisku Turcji ws. planów obrony Polski, Litwy, Łotwy i Estonii przez NATO.

W rozmowie z agencją LETA Rinkevics powiedział, że obecnie Sojusz „prowadzi ocenę ryzyk i formuły odpowiednich działań”, a także zauważył, że „ten proces przewiduje dowolnie szerokie dyskusje”. – Nigdy nie komentujemy wewnętrznych i niejawnych dyskusji, które odbywają się w Sojuszu – dodał szef łotewskiej dyplomacji.

– Jestem przekonany, że dyskusja zakończy się tym, że interesy bezpieczeństwa naszego regionu będą uszanowane, a sojusznicy będą odnosić się do nich tak samo poważnie, jak poważnie my odnosimy się do ich interesów bezpieczeństwa – powiedział Rinkevics.

Przesuwanie czerwonych linii

Wydaje się, że Erdogan jest pewny swego. Skoro nie ustąpił pod presją Amerykanów w sprawie zakupu rosyjskich systemów rakietowych S-400, trudno spodziewać się, że odpuści w sprawie jasno przedstawionej oferty: plany obronne dla Polski, Litwy, Łotwy i Estonii w zamian za plan obronny dla Turcji (uwzględniające jej cele w Syrii i wobec Kurdów). Zresztą właśnie w dniu, w którym Agencja Reutera napisał o tureckim szantażu, Turcy rozpoczęli testy S-400 w przestrzeni powietrznej nad Ankarą.

Amerykanie ustępują Turcji. Przykładem cofanie „czerwonych linii” w sprawie S-400. Najpierw Mike Pompeo ostrzegł Ankarę, że aktywacja kupionego od Rosjan systemu rakietowego spowoduje nałożenie sankcji przez USA. Ale zaraz potem Turcy aktywowali S-400, żeby go przetestować – i na dodatek testowali go na F-16, myśliwcach amerykańskiej produkcji. Ale Pompeo wyszedł i powtórzył groźby, z tą zmianą, że sankcje będą nałożone, jeśli Turcja doprowadzi S-400 do „pełnej operacyjności”.

Wcześniej było tylko „aktywacji”. 26 listopada rzecznik Erdogana zapewnił, że Turcja nie będzie integrowała S-400 z natowskimi systemami bezpieczeństwa i obrony powietrznej. Sojusznicy z NATO wskazują jednak, że rosyjski system w tureckiej armii może sprawić, że „niewidzialne” myśliwce F-35 mogą stać się widzialne dla Rosjan. Radary zainstalowane w S-400 mogą nauczyć się dostrzegać i śledzić F-35. Wystarczy, że Rosja zachowa przynajmniej częściową kontrolę nad sprzedanymi Turcji zestawami.

„Supertajny” oddział GRU. Fakty i mity

„New York Times” wywołał prawdziwą burzę, publikując artykuł o tajnej jednostce rosyjskiego wywiadu wojskowego, której celem jest destabilizacja...

zobacz więcej

Sprzedając S-400 Ankarze Rosjanie nie tylko zarobią 2,5 mld dolarów. Ważniejszy jest nawet cel polityczny: skłócenie sojuszników i osłabienie NATO. Erdogan i Putin dogadują się coraz lepiej, czego dowodem zapowiedź kolejnych umów o współpracy zbrojeniowej. Z punktu widzenia Ankary chodzi jednak nie tylko o gospodarkę (turyści, elektrownia atomowa, gaz) ale przede wszystkim Syrię. Erdogan postawił tu na bliską współpracę z Rosją i Iranem (tzw. format astański), co było zresztą logiczne, biorąc pod uwagę złe relacje z innymi poważnymi graczami na tym teatrze wojennym (USA, Izrael).

Z drugiej strony jednak nie brakuje głosów, że demonstracyjna przyjaźń Moskwy z Ankarą to de facto związek, w którym partnerzy nie ufają sobie za grosz. Wiedzą, że związek nie jest na zawsze, więc chodzi o taktyczne ogranie partnera i wyciągnięcie zysków. Długoterminowo Rosja nie jest dla Turcji alternatywą ani w wymiarze militarnym, ani w obszarze handlowym, ani tym bardziej technologicznym. Erdogan używa Moskwy jako karty przetargowej w relacjach z Zachodem. Putin z kolei wykorzystuje obecne warunki do jak największego osłabienia NATO.

Geopolityka skazuje Rosję i Turcję na rywalizację, a nie sojusz. Ostatnie 300 lat upłynęło pod znakiem wrogości między tymi krajami. Jeszcze z carami tureccy sułtanowie prowadzili 17 wojen. Potem Turcja kemalistowska weszła do NATO w dużej mierze z powodu obaw przed ekspansjonizmem Sowietów.

- Rosja nie może zastąpić USA czy NATO, ponieważ Turcji i Rosji nie łączą strategiczne interesy. Nie zgadzają się one w kwestii o krytycznym znaczeniu dla Ankary, jak Cypr, czy też w wielu kwestiach dotyczących Bałkanów, Kaukazu czy Syrii – mówił były turecki ambasador Selim Kuneralp. Dlatego Turcja – jeśli chce utrzymać ważną pozycję mocarstwa regionalnego – skazana jest na współpracę z Zachodem, a nie z Rosją.

Premier lawiruje, sojusznicy naciskają. Kulisy polowania na rosyjskich szpiegów

Do niedawna rosyjski wywiad mógł się czuć w Bułgarii jak u siebie w domu. Ostatnie skandale szpiegowskie oznaczają, że zachodnie służby wreszcie...

zobacz więcej

Druga armia Sojuszu

Turcja należy do NATO od 1952 r. Przez cały okres zimnej wojny była jednym z najwierniejszych i najsilniejszych sojuszników Zachodu, zabezpieczając południowo-wschodnią flankę. Z drugą pod względem wielkości armią NATO i bliskimi relacjami z USA Ankara blokowała wyjście Związku Sowieckiego na Bliski Wschód. Nastawienie Turcji do Sojuszu zaczęło się zmieniać dopiero po dojściu do władzy Erdogana i jego umiarkowanie islamistycznej partii AKP. Rok później parlament nie dał zgody na wykorzystanie przez USA terytorium Turcji do inwazji na Irak. Kolejny rok później badania pokazywały, że członkostwo w NATO popiera 53 proc. Turków.

W 2011 r. było już tylko 37 proc. Właśnie wtedy, gdy w Syrii wybuchła wojna domowa. To ten konflikt ostatecznie stał się głównym źródłem animozji między Turcją a jej zachodnimi sojusznikami. Poszło o stosunek do syryjskich Kurdów. Turcy zwalczają ich jako terrorystów i zrobią wszystko, by w północno-wschodniej Syrii nie było kurdyjskiej autonomii, o samodzielności państwowej już nawet nie wspominając. Ci sami Kurdowie współpracują wciąż jednak z USA i dostają wsparcie od zachodnioeuropejskich członków NATO.

Obserwując politykę Erdogana wobec sojuszników zachodnich, nie można też nie doceniać wewnętrznych aspektów kształtujących linię polityczną Ankary. Turcja i jej społeczeństwo stają się coraz mocniej islamistyczne, antyzachodnie, a w geopolityce – euroazjatyckie czy bliskowschodnie. Wystarczy spojrzeć na zrobione niedawno badania opinii publicznej autorstwa Uniwersytetu Kadrir Has. Okazuje się, że za zagrożenie dla Turcji aż 81 proc. respondentów uznaje USA, zaś Rosję tylko 44 proc. Czy USA, Wielka Brytania, Francja to przyjaciele Turcji? Tak uważa mniej niż 5 proc. Tak źle o Zachodzie i NATO Turcy nie myśleli od początku członkostwa w Sojuszu.

W Turcji są głośne środowiska, które przyklasnęłyby wyjściu z NATO. Twierdzą, że członkostwo w Sojuszu się nie opłaca, bo i tak Turcy nie otrzymują wystarczającego wsparcia przeciwko śmiertelnym wrogom. Tak uważa np. nieoficjalny koalicyjny partner Erdogana, Devlet Bahceli z Partii Ruchu Narodowego. To on w czerwcu oświadczył, że przyszedł czas na dyskusję na temat członkostwa Turcji w NATO.

Po drugiej stronie również nie brakuje głosów za wyrzuceniem Ankary z Sojuszu. Główny powód to coraz bliższa współpraca Turcji z głównym wrogiem NATO, Rosją. Jak bardzo zagrożone jest miejsce Ankary w Sojuszu? Sądząc po ostatnich (jak i wcześniejszych) wypowiedziach liderów Zachodu, Erdogan nie ma się czego obawiać.

Zdemaskował psychuszki, ograł KGB, chciał urządzić komunistom drugą Norymbergę

Władimira Bukowskiego bali się kolejni gospodarze Kremla, od Breżniewa po Putina. Legendarny dysydent wygrał wojnę z sowieckim Imperium Zła, ale...

zobacz więcej

„Otwarta na propozycje”

Jens Stoltenberg w opublikowanym 21 listopada wywiadzie dla „Le Figaro” zauważył: „Wszyscy sojusznicy skrytykowali operację turecką w Syrii, ale nikt nie poddał w wątpliwość miejsca Turcji w NATO”. Przypomniał, że „Turcja to jedyny kraj w NATO graniczący z Syrią i Irakiem”. 20 listopada w litewskim portali Delfi pojawił się z kolei wywiad z szefem MSZ Niemiec. Heiko Maas podkreślił, że „w naszym interesie jest, aby Turcja, która także jest kluczowym partnerem w NATO, nie odeszła od Europy”. Zaś 27 listopada, a więc już po słynnej depeszy Agencji Reutera, w Bundestagu Angela Merkel oświadczyła: „Turcja powinna pozostać członkiem NATO i powinniśmy to popierać ze względu na geostrategiczne znaczenie faktu, że Turcja w nim jest”.

Nie wydaje się, by w stolicach państw NATO ktoś w ogóle myślał o wyrzucaniu Turcji z Sojuszu. Zresztą nawet nie wiadomo, jak można by to było zrobić od strony formalnej (w Traktacie Północnoatlantyckim nie ma zresztą słowa na ten temat). To członek Sojuszu może sam wystąpić z jego szeregów.

Ale Turcja tego nie zrobi. Członkostwo w Sojuszu zabezpiecza ją przed regionalnymi rywalami. Żaden z nich nie porwie się na wojnę z członkiem NATO, sprzymierzeńcem USA. Turcja nie jest dość samodzielna w sferze bezpieczeństwa i silna technologicznie, by móc być regionalnym mocarstwem mającym strategiczną samodzielność. Erdogan doskonale wie, że wykluczenie Turcji z NATO jest nierealne. Zachodnie operacje militarne na Bliskim Wschodzie w dużym stopniu zależą od tureckiego zaangażowania. Ogromne znaczenie mają bazy Incirlik i Kürecik. Jeśli Turcja znajdzie się poza NATO, Sojusz straci też jakiekolwiek możliwości wpływu na sytuację w strategicznych cieśninach łączących Morze Czarne z Morzem Śródziemnym.

Nazajutrz po pierwszych doniesieniach Agencji Reutera, ta sama agencja potwierdziła w swym tureckim źródle, że Ankara będzie przeciwstawiała się planom obronnym dla krajów bałtyckich i Polski, dopóki jej żądania dotyczące planu obronnego dla Turcji nie zostaną spełnione. Informator Reutera w tureckich władzach twierdzi, że NATO zgodziło się już wcześniej w tym roku na plan obronny dla Turcji przewidujący m.in. możliwość ataku z południa (czyli z terytorium Syrii). Plan ten miał też uznawać YPG za terrorystyczne zagrożenie dla Turcji, ale Waszyngton podobno wycofał później swe poparcie dla tego projektu, a za nim podążyły inne kraje członkowskie.

- Więc mówimy, że jeśli nasz plan obronny nie jest opublikowany, nie pozwolimy zrobić tego z innym – mówi informator. Rozmówca agencji mówi też, że Stoltenberg próbuje znaleźć wspólny grunt między członkami ws. planu obronnego dla Turcji i że Ankara jest „otwarta na propozycje”. Pytanie, czy uda się dojść do porozumienia, zanim w kuluarach szczytu NATO w Londynie dojdzie do spotkania przywódców Turcji, Francji, Wielkiej Brytanii i Niemiec w celu omówienia sytuacji w Syrii.

źródło:
Zobacz więcej