RAPORT

KORONAWIRUS: MAPY, STATYSTYKI, PORADY

„Nie podoba mi się robienie z metalu disnejowskiego produktu”

Fernando Ribeiro zawsze chętnie koncertuje w Polsce (fot. Wiki 4.0/S. Bollmann)

Muzyka to produkt, a metal w dzisiejszych czasach stał się dużym biznesem. Wiele zespołów stało się chciwych, ale my tak nie działamy. Gdybyśmy mieli tworzyć muzykę masową, jakbyśmy robili pizzę, to wolałbym być biedny niż bogaty – powiedział w rozmowie z portalem tvp.info wokalista cenionego portugalskiego zespołu Moonspell Fernando Ribeiro, który zawsze chętnie gości w Polsce. – Niezależnie od zmian w naszej muzyce, zawsze mogliśmy liczyć na polskich fanów – podkreślił.

„Metal to stan ducha”. Anneke van Giersbergen dla tvp.info

– Metal to bardziej stan ducha niż konkretne dźwięki. W tej muzyce najważniejszy jest postęp, to jest jej esencja i siła napędowa To sprawia, że...

zobacz więcej

Czym jest dla pana metal? Stylem życia? Rozrywką? Pracą? Możliwością oderwania od rzeczywistości? Inspiracją?

Cięższą muzyką zainteresowałem się pod koniec lat 80., metal stał się wtedy dla mnie pewnym stylem życia i tak jest do dziś. Jest też specyficzną kulturą, która – trzeba pamiętać – nie ogranicza się tylko do muzyki. Ma związek z emocjami, umysłem, inteligencją, jest w książkach, przyrodzie. Niestety, dziś metal to przede wszystkim rozrywka, biznes, ale dla mnie zawsze pozostanie stylem życia, pewną kulturą.

Ale czerpie pan korzyści z tego, że rozrywka jest przemysłem.

Muzyka to produkt, a metal w dzisiejszych czasach stał się dużym biznesem. Wiele zespołów stało się chciwych, my jako Moonspell w ten sposób nie działamy. Twardo stąpamy po ziemi, nie robimy muzyki pod publikę. Robimy swoje. Gdybyśmy mieli tworzyć muzykę masową, jakbyśmy robili pizzę, to wolałbym być biedny niż bogaty.

Dopóki może pan z metalu wyżywić rodzinę, jeździć po świecie grając koncerty i zarabiać na tym, to chyba nie ma w tym nic zdrożnego?

Mogę wyżywić rodzinę, mamy więcej pieniędzy, ale pieniądze traktuję jako niepotrzebne zło, zawsze zresztą można powiedzieć „nie”. Moonspell nigdy nie był zespołem zorientowanym na pieniądze; oczywiście musimy z czegoś żyć, nic innego nie robimy, ale nie jesteśmy chciwi, nie organizujemy biletów VIP-owskich połączonych z poznaniem zespołu, jak Megadeth ani tego typu g***a.

Reklamy szamponów?

Zrobiliśmy kiedyś reklamę i dostaliśmy g***niane pieniądze. Nie wiem, kto w metalu robi reklamy produktów do włosów, ale pewnie na scenie znalazłoby się wielu muzyków z odpowiednimi włosami. Ja łysieję, więc pewnie nikt by mnie nie chciał. (Wasz pokorny sługa pokazuje w tym momencie całkowicie łysą głowę, smutne wspomnienie po włosach do pasa). Wystąpiliśmy w reklamie szkoły z piosenkarzem muzyki fado (portugalska muzyka ludowa – przyp. red.), wykonaliśmy „All together now” z repertuaru The Beatles. Bardziej traktowaliśmy to jak zabawę.

Salvador Sobral: W muzyce inspiruje mnie każde doświadczenie. Od transplantacji serca do dobrej polskiej zupy

O swoich marzeniach, o tym czego żałuje w życiu, co go inspiruje do tworzenia swoich piosenek i z czym kojarzy mu się Polska opowiedział Salvador...

zobacz więcej

Jako Moonspell i jego poprzednik Morbid God gracie już 30 lat. Gdy zaczynaliście, spodziewaliście się, że staniecie się legendą metalu?

Nie postrzegamy siebie jako legendy metalu. Moonspell to zespół wciąż walczący o swoje miejsce. Jesteśmy nazwą, którą ludzie lubią. Według mnie raczej można powiedzieć, że jesteśmy kultowi w pewnych kręgach, niż że odnieśliśmy jakiś wielki sukces. Wynika to z naszego podejścia do metalu, kierunku rozwoju naszej muzyki, nas samych.

W czym tkwi tajemnica takiej żywotności Moonspella i umiejętności wychodzenia z wciąż z nowymi pomysłami?

Moonspell zawsze ma coś dobrego ludziom do zaoferowania. Do tego nigdy nie mieliśmy planu dla zespołu i nie mamy go do dziś. Możemy ustalić coś na kolejny rok, ale niczego w dłuższej perspektywie.

Brzmi skromnie, ale mieliście i macie wpływ na sporą liczbę osób, zresztą w różnym wieku.

Jestem za to wdzięczny i, nie ukrywam, również zaskoczony. Zaskakuje mnie choćby to, ile osób przychodzi na nasze koncerty, biorąc pod uwagę, że wykonujemy specyficzną muzykę, która nie jest łatwo dostępna czy przyswajalna. Nie pcham się do mediów społecznościowych, nie spędzam czasu na Facebooku czy na Instagramie. Stąd wiem, że ludzie, których interesuje Moonspell, kupują nasze płyty i przychodzą na nasze koncerty ze względu na muzykę. Mogę się domyślać, że nasi fani cenią sobie szczerą relacje, którą z nimi mamy – nie narzucamy się, czasem znikamy, tworzymy muzykę, nie wyszukujemy siłę koncertów. Nie traktujemy się w ten sposób, że o!, jesteśmy następnymi Type O' Negative (nieistniejący już słynny gothic metalowy zespół z Nowego Jorku – przyp. red.) albo nowymi Iron Maiden. Gwiazdami. Wiele zespołów popełnia ten błąd.

Pete Steele z Type O' Negative wypalił raz, że jego zespół to nowe wcielenie The Beatles.

My po prostu jesteśmy Moonspell. Mamy swoich oddanych fanów, niektórzy mogą nas uznawać za legendy, ale dla mnie legendy to Bathory czy Celtic Frost (zespoły z pierwszej fali black metalu z lat 80. – przyp. red.). To samo mówili mi Quorthon (zmarły w 2006 r. lider zespołu Bathory – przyp. red.) czy Tom G. Warrior (założyciel Celtic Frost – przyp. red.): Nie jesteśmy legendami, jesteśmy, artystami, z krwi i kości, zmieniamy się, popełniamy błędy, żadne z nas gwiazdy rocka. Jako Moonspell jesteśmy tacy sami.

Fernando Ribeiro jest liderem zespołu Moonspell (fot. FB/Fernandomoon/mat.pras.)

Anja Orthodox: Już nigdy nie powiem, że ktoś dostał „tylko pięć lat” więzienia

Klimat i troszkę nawiedzona poetyka jest wyróżnikiem zespołu. Bardzo wielu odbiorców mamy więc spod znaku „nawiedzenie”. Wśród fanów jest tylu...

zobacz więcej

Można chyba przyjąć, że pewnej skali gwiazdą rocka jest się, gdy można żyć wyłącznie z muzyki, bo to oznacza, że się odniosło pewien sukces. Kiedy uwierzyliście, że można się poważnie zająć muzyką i nie trzeba oglądać za pracą od 9 do 17? Co wtedy poczuliście?

Muszę podkreślić, że muzyka to ciężka praca. Ludzie nie mają pojęcia, jak bardzo. Wiele osób chciałoby tak żyć, ale zwyczajnie nie są na to gotowi – na ciężką pracę, na presję. To nie jest tak, że nagle stajesz się zawodowym muzykiem. Z Moonspellem zacząłem jeździć w trasy w wieku 21 lat, w 1995 r. po wydaniu debiutanckiego albumu „Wolfheart” i koncertowaliśmy niemal bez przerwy do 1998 r. Wtedy byliśmy już zawodowymi muzykami, ale tylko dlatego, że to się wydarzyło; po prostu nie mieliśmy czasu, żeby robić co innego.

Gdy wydawaliśmy album „Sin/Pecado” (w 1998 r. – przyp. red.) wciąż mieszkaliśmy z rodzicami. Poszliśmy wtedy do naszego wydawcy Century Media i powiedzieliśmy, że to za wiele. Sprzedaliśmy tysiące albumów, graliśmy dla tysięcy osób, a nie mamy pieniędzy, więc co jest grane. Zastanawialiśmy się wtedy nawet nad zakończeniem działalności i pójściem do normalnej pracy. Szefowie wytwórni przyszli do nas z pieniędzmi, choć wcześniej zapewniali, że ich nie ma. Nagle okazało się, że pieniądze jednak są. Zresztą branża metalowa nie jest wyjątkiem pod tym względem, na całym świecie są pieniądze, choć problemem jest ich niewłaściwa dystrybucja.

Anneke van Giersbergen (była wokalistka holenderskiego zespołu gothic metalowego The Gathering – przyp. red.) powiedziała mi kiedyś, że wtedy wszystkie zespoły miały g***niane kontrakty.

G***niane kontrakty, białe niewolnictwo – gdy nasi szefowie z Century Media podróżowali na Bahamy, skakali ze spadochronem, nurkowali z rekinami, nas nie było nawet stać na dodatkowy dzień w studiu nagrań. Taki był wtedy ten przemysł. Teraz wciąż zresztą jest g***niany. Prawie skończyliśmy z graniem, żeby móc zarobić i mieć jakieś jedzenie na naszym stołach. To nie jest radosna historia, że oto jesteśmy przyjaciółmi i wszystko się dobrze ułożyło. Nie. Jeżeli jakakolwiek grupa czegoś chce, musi o to powalczyć, żadna wytwórnia nie daje pieniędzy za darmo.

Metallica odwołuje trasę. Wróciły demony Hetfielda

Zaplanowana na październik trasa koncertowa Metalliki po Australii i Nowej Zelandii została odwołana. Zespół poinformował, że odbędzie się ona w...

zobacz więcej

Skąd wziął się pomysł, by w gorącej Portugalii grać „zimny” gotycki metal? W pańskiej pięknej Lizbonie na pewno można znaleźć mnóstwo atrakcji nie mniej interesujących niż wydzieranie się do mikrofonu.

Wiele osób ma wyrobioną opinię o Portugalii, zresztą zgodną z prawdą, że mamy piękne plaże, czyste niebo niemal przez cały rok, ale ludzie nie zdają sobie sprawy z melancholii, jaka towarzyszy Portugalczykom. Przez setki lat, przez całe średniowiecze, Portugalia była uważana za koniec świata, dalej nie było nic, dopóki Portugalczycy nie zaczęli odkrywać Brazylii czy wybrzeży Afryki. Dalej rozciągał się olbrzymi niezbadany obszar, pełen potworów z legend, niesamowitych opowieści. Te mity odgrywały dużą rolę w kształtowaniu się naszej tożsamości, naszej mentalności.

Czasem obcokrajowcy pytają mnie, dlaczego jestem gotycki; odpowiadam pytaniem, że jako Portugalczyk mam być szczęśliwym rybakiem? Także rybak cierpi w Portugalii. Moja ojczyzna to wspaniałe miejsce, by doświadczać melancholii. Nasza stolica Lizbona doświadczyła ogromnej tragedii, została zniszczona przez trzęsienie ziemi w 1755 r., co zresztą było tematem naszego ostatniego albumu „1755”. Miasto zachowało swój średniowieczny charakter, czuć gotycką atmosferę, ma zatem właściwy klimat dla gotyckiego metalu.

Oprócz tego Portugalczycy mają w sobie ten pierwiastek smutku, z którym nie możemy sobie nigdy poradzić. Jeżeli posłucha się naszej tradycyjnej muzyki, obejrzy obrazy naszych tradycyjnych malarzy albo rzeźby – najlepsza jest nasza muzyka ludowa, która jest melancholijna. Pozostałe dziedziny sztuki próbują udawać szczęście, bo przecież żyjemy w klimacie śródziemnomorskim i powinniśmy się cieszyć. Jestem pewien, że w porównaniu z Grekami, Włochami czy Hiszpanami jesteśmy najsmutniejszymi mieszkańcami południowej Europy.

Jak zmienił się metal przez ostatnich 30 lat? Kiedyś trzeba było się mocno postarać by stać się częścią środowiska, zdobywać kasety, choćby Moonspella, płyty zwykle były poza zasięgiem cenowym. Dostępność tej muzyki w internecie i wysyp zespołów nie zabiły elitarności metalu?

To złożona sprawa. Na pewno muzyka metalowa ewoluowała i to mocno, przemysł stał się większy. Rozmawialiśmy o The Beatles, w ich czasach rywalizacja między zespołami rozgrywała się w kategoriach muzyki. Beatelsi mieli najwięcej pieniędzy, chcieli robić najlepsze albumy i rywalizowali z zespołami jak The Beach Boys o najbardziej zwariowane, najbardziej eksperymentalne aranżacje. Efektem tego były m. in. albumy „Rubber soul”, „Revolver”, „biały album”.



Brutalne dźwięki zmiażdżyły słuchaczy w Gdańsku i Warszawie. Legendy ekstremalnego grania cały czas w niezłej formie

Szaleńcze tempo, obłąkańcze riffy i nawiedzone wokale. W minionym tygodniu w Gdańsku i Warszawie odbyły się jedne z najważniejszych koncertów w...

zobacz więcej

Ale jak The Beach Boys wydali album „Pet Sounds”, John Lennon zzieleniał z zazdrości.

Dokładnie! Zawsze chodzi o jakość muzyki. Gdy dorastałem w latach 90., na scenie gothic metalowej przyjaźniliśmy się, ale też rywalizowaliśmy z zespołami jak The Gathering czy Tiamat. Oni nagrywali płytę, my nagrywaliśmy płytę, próbując stworzyć jeszcze lepszą muzykę, z jeszcze lepszą atmosferą. Wydaje mi się, że dziś zespoły nie rywalizują pod względem samej muzyki, liczy się to, kto jest większy, robi lepsze show, ma bardziej wypasione autokary na trasy koncertowe w wymalowanymi twarzami. W latach 90. czegoś takiego nie było. Nawet tak wielki zespół metalowy jak Tiamat żył skromnie, jego muzycy podróżowali jak hipisi.

Teraz metal stał bardziej próżny i płytki w porównaniu z tamtym okresem. Ludziom ta muzyka się podoba, więc może się mylę, ale postrzegam metal jako produkt, artyści zachowują się jak gwiazdy popu, robią jakieś wikingowskie rzeczy. Dla mnie receptą na to jest bycie blisko prawdziwego, podziemnego metalu, bardziej eksperymentalnych grup. Może nie mam poczucia humoru, może jestem za bardzo metalowy, ale nie robi na mnie wrażenia robienie z metalu Disneya. Jednym się to podoba, mnie nie. Dobrze, że są takie zespoły, ale też dobrze, że są zespoły jak Moonspell czy Rotting Christ (blackmetalowa grupa z Grecji będąca w trasie z Moonspellem – przyp. red.), które podzielają pasję do prawdziwego metalu.

Zarówno wielkie, jak i podziemne zespoły tracą pieniądze przez dostępność muzyki w internecie, ale jednocześnie mogą dzięki temu medium dotrzeć do większej liczby odbiorców.

Muzyka w internecie to temat rzeka. Ludzie lubią mieć darmową muzykę z sieci, choć zdają sobie sprawę, że to okradanie artystów. Działają serwisy streamingowe, ludzie płacą za słuchanie muzyki, więc myślą, że sami nie okradają wykonawców, ale faktem jest, że do zespołów i tak nie trafiają te pieniądze. Dla nas nic się nie zmienia, ciągle jesteśmy w krzyżowym ogniu. Choć jesteśmy pierwsi w tworzeniu muzyki, to pozostajemy ostatni w łańcuchu finansowym i musimy wyciągać ręce, żeby zdobyć jakiekolwiek pieniądze.

W dobie internetu łatwiej natomiast samemu nagrać muzykę, choćby metalową, i wyjść z nią z ludzi, pozostając w podziemiu.

Ten podziemny duch już umarł. Podziemie metalowe istniało w latach 80., 90. Teraz ludzie mają normalne prace, a przy okazji tworzą muzykę, książki, sami z takimi osobami współpracujemy. Internet zabił metalowe podziemie, nikt już nie nie wymienia się kasetami, magazynami, nie kopiuje ich. Jest wiele podziemnych zespołów, które śledzę, ale sama scena również zaskakuje, choćby norweski zespół Mortem po 30 latach w podziemiu albo niebycie wydał album w formie cyfrowej. Dziwne, ale taki jest, widać, znak czasów. Można tego nie lubić, ale trzeba się zaadaptować.

Legendarny wokalista metalowy ma raka gardła. „Leczenie już się rozpoczęło”

Lider, wokalista i gitarzysta legendarnej thrash metalowej grupy Megadeth ma raka gardła. Muzyk poinformował o tym na Facebooku zespołu.

zobacz więcej

Metal to specyficzna muzyka, jak przekonałby pan osobę nieinteresującą się gitarowym graniem do pójścia na koncert metalowy?

Zdecydowana większość koncertów metalowych posiada to, czego brakuje w innych gatunkach – zaangażowanie zespołów. Niezależnie czy muzycy występują z pasji czy dla pieniędzy – zawsze dają z siebie wszystko. Zostawiają serce na scenie. Czasem chodzę na koncerty rockowe, popowe, czy hip hopowe i ze sceny wylewa się jedynie propaganda czy rozbuchane ego. Artyści dają z siebie 20 proc. swoich możliwości. Jeżeli ktoś chce doświadczyć prawdziwej namiętności, powinien przyjść na koncert metalowy. Jeździmy po całym świecie, czasem gramy w małych salach i przed nami występują niesamowite kapele. Ostatnio graliśmy w Detroit i nasz koncert poprzedził występ jakiegoś małego zespołu, nawet nie byli tacy dobrzy, ale dali z siebie wszystko, może zyskali jednego, może dwóch fanów. Właśnie o to chodzi w metalu – koncerty to esencja tej muzyki.

Ale czy to kwestia tylko pasji do muzyki?

Również biznes dyktuje warunki. Trzeba pamiętać, że jedyne pieniądze, jakie zarabiamy, to właśnie na naszych koncertach. Reszta pieniędzy, choćby z płyt, jest dystrybuowana przez wytwórnie płytowe i dla nas dużo nie zostaje.

Albo rozpływa się rozkradana w internecie.

Dokładnie. Kiedy Metallica pozwała serwis Napster (w 2000 r., o łamanie praw autorskich – przyp. red.) – oczywiście trzeba pamiętać, że to milionerzy, ale również autorzy chronieni prawami autorskimi – było oburzenie na Metallicę, że ma tyle pieniędzy, a się wykłóca, a nikt się nie oburzał na Napstera, że okrada artystów. Takie serwisy jak Pirate Bay czy inny Megaupload nie inwestowały żadnych pieniędzy w tworzenie muzyki, a jedynie wykorzystywały wolność do bogacenia się, a ludziom się to podobało. Zawsze mnie to irytowało. Krytykuje się muzyków, a nie złodziei. Piraci udają Robin Hoodów, ale Robin Hood dawał ukradzione pieniądze biednym, a oni napychają własne kieszenie, kupują sobie jachty, odrzutowce. Jeżeli kradniesz muzykę, kradnij, ale zamknij się, nie próbuj moralizować.

Fernando Ribeiro jest jednym z najbardziej charyzmatycznych wokalistów (fot. FB/Moonspell)

Jay-Z pierwszym miliarderem hip-hopu

Raper Jay-Z został pierwszym hiphopowym miliarderem. Większość jego dochodów pochodzi jednak nie z tworzenia muzyki, ale z różnych przedsięwzięć...

zobacz więcej

Czym się różni podejście do metalu, do życia, 15-letniego Langsuyara (pseudonim wokalisty Moonspella wykorzystywany w początkach kariery – przyp. red.) od 45-letniego Fernando Ribeiro? Jest jeszcze miejsce na bunt?

Oczywiście, że jest miejsce na bunt. Jestem teraz znacznie bardziej zbuntowany niż kiedyś, bo jestem inteligentniejszy, więcej czytam, więcej wiem. Gdy masz 21 lat, nie chcesz obrażać ludzi, boisz się, że ludzie się odsuną od ciebie, gdy wygarniesz im prawdę. W wieku 45 lat te filtry zanikają. Prawda jest teraz dla mnie najważniejsza. Na przykład moim ulubionym zespołem jest Ulver (norweska grupa wykonująca początkowo black metal, obecnie muzykę eksperymentalną – przyp. red.). Kiedyś byli zespołem metalowym, teraz to geniusze. Niedawno odwołali trasę koncertową po USA. Zamiast wymyślać lipne wymówki, że mają kłopoty z wizami albo muzycy się pochorowali, przyznali, że sprzedali za mało biletów i dlatego nie jadą. Właśnie o to chodzi w metalu i w ogóle w muzyce rockowej – o mówienie prawdy.

Oczywiście odwołanie trasy to nieprzyjemna sprawa, ale ludzie zasługują na to, by powiedzieć im prawdę. Jak się wejdzie na konta różnych grup na Facebooku czy Instagramie, wydaje się, że wszędzie jest raj, koncerty wyprzedane, wszędzie zdjęcia tłumów. Sam robię takie zdjęcia, bo nie chcę wyjść na dupka i ludzie to lubią, ale szczerze nienawidzę tego całego: hej, mamy dużo fanów, na nasz koncert przyszły tłumy.

Jest pan koncertującym wokalistą, poetą, pisarzem, działa w wytwórni płytowej, zajmuje się piwowarstwem, jest ojcem rodziny; doba nie jest za krótka?

Nie. Mam wrażenie, że ludzie kłamią na temat czasu, mówią, że go nie mają, a potem grają całymi dniami w gry komputerowe albo nie wychodzą z Facebooka. To oczywiste, że czas jest krótki dla każdego, dlatego zarządzanie nim to kluczowa sprawa. Kiedy nie jestem w trasie, wiodę normalne życie – wstaję rano, prowadzę dziecko do szkoły, robię zakupy, gram z Moonspellem albo doglądam spraw grupy, piszę, czytam i tyle. Nie lubię marnować czasu, najchętniej spędzałbym go więcej z rodziną a mniej w trasie, ale to już nie jest do końca zależne ode mnie. Musimy korzystać z okazji grania, kiedy się pojawiają. Moonspell jest aktywnym zespołem, ale być może za kilka lat już nie będziemy tacy aktywni, dlatego też zajmuję się innymi sprawami, jak choćby tłumaczeniem książek. Ostatnio przetłumaczyłem powieść „Jestem legendą” Richarda Mathesona, o ostatnim człowieku na ziemi, na podstawie której powstał film z Willem Smithem. Mam też projekt z portugalską muzyką ludową fado, ostatnio nagrałem z innymi piosenkarzami kawałek na rocznicę Rewolucji Goździków. Jeżeli nie tracę czasu na oglądanie cycków na Instagramie, to mam go na wszystko.

„Sen o Warszawie”, czyli Metallica na PGE Narodowym

Gdyby patriotyzm był nieważny, topowy rockowy zespół nie sięgałby tak chętnie po polskie symbole narodowe, kulturowe, tożsamościowe.

zobacz więcej

Do lat 90. w metalu obowiązywały główne, uniwersalne nurty – heavy, thrash, death, speed itd. Moonspell z debiutancką płytą „Wolfheart” – moją ulubioną – wpisał się nowy nurt, kiedy europejski metal nabrał europejskiej tożsamości. Odczuwaliście to w ten sposób?

W tym okresie metal był zdominowany przez amerykańskie czy anglosaskie granie. Poza krajami Skandynawii czy częściowo Niemcami pozostałe europejskie kraje nie miały „swojego” grania. Na szczęście wydawnictwo Century Media wyczuło to i podpisało kontrakty z portugalskim Moonspellem, izraelskim Orphaned Land, greckim Rotting Christ czy włoskim Lacuna Coil. Te zespoły stworzyły nową mentalność w metalu, że nie trzeba pochodzić z konkretnych krajów by mieć pewną uznaną jakość.

Teraz w dobie internetu nie ma problemów ze znalezieniem niszowego grania, ostatnio słuchałem jakiejś blackmetalowej grupy z Indii, nie byli szczególnie dobrzy, ale przez to, że pochodzą z tego kraju, byli w stanie dołączyć ten hinduski pierwiastek. Muzyka metalowa jak żadna potrafi wchłonąć takie rzeczy, to jest fascynujące. Metallica, Iron Maiden pokazały, że można zmienić nieco kompas, potem drogę wytyczały Mayhem, Darkthrone, może też trochę Moonspell. Sukces tych zespołów oznacza, że ludzie czekali na coś takiego. Teraz świetne kapele można znaleźć w różnych zakątkach świata – w Afryce, na Bliskim Wschodzie; trzeba tylko do nich dotrzeć.

Wytwórnia Century Media słynęła z tego, że zmieniała styl najważniejszych zespołów. Wystarczy wymienić Tiamat, Morgoth, The Gathering, Samael, ...And Oceans, Ulver, Alastis, itd. Moonspell w krótkim czasie przeszedł drogę z gothic metalu do industrialnego rocka. Po prostu robiliście swoje, a zmiany były efektem naturalnej, choć trzeba przyznać dość nieoczekiwanej, ewolucji każdego zespołu? Wielu fanom metalu nie podeszły tamte zmiany.

Century Media to firma nie muzycy, wytwórnia nie miała pojęcia ani wiedzy o zmienianiu stylistyki. Według mnie Century Media podpisała kontrakty z awangardowymi zespołami, które potrafiły i chciały ewoluować muzycznie. Inna duża wytwórnia Nuclear Blast miała „standardowe” zespoły heavy czy death metalowe, które niewiele się zmieniały. Scena błędnie odbierała, że władze Century Media wpływały na zespoły, na przykład na nas, byśmy grali progresywne albumy jak „Sin/Pecado”. Nie, oni chcieli byśmy powtarzali ciągle gotycki „Wolfheart”, żeby Tiamat nagrywał kolejny wersje płyty „Wildhoney”, a The Gathering powtarzał płytę „Mandylion”. To nie miało prawa się wydarzyć. Twierdzenia, że te zespoły podporządkowywały się wydawnictwu są fałszywe i są brakiem szacunku dla muzyków. Te grupy miały otwarte umysły, czasem nagrywały albumy, które fani kochali, czasem takie, które nie przypadał im do gustów, ale to jest cena, którą się płaci, jeżeli chce się stworzyć coś nowego, a nie nagrywać 10 razy to samo tylko po to, żeby przypodobać się fanom.

Wokalista „Iron Maiden” Bruce Dickinson tym razem o biznesie

Przed uczestnikami Kongresu 590 w Jasionce wystąpił w czwartek wyjątkowy gość. Na scenie pojawił się z mikrofonem, ale bez zespołu. Bruce...

zobacz więcej

Po spokojniejszych albumach jak „Sin/Pecado” czy „Butterfly Effect” szybko wróciliście do cięższego grania. Taki zwrot wykonał też Paradise Lost, choć już Anathema pozostała w klimatach rockowych. Tego powrotu domagali się fani, czy poczuliście, że Moonspell to przede wszystkim cięższe granie?

Nad muzyką naszego zespołu zawsze pracujemy jak nad filmem. Ja przygotowuję skrypt, koncept albumu, a potem muzyka jest do niego dopasowywana. W 1999 r., gdy tworzyliśmy „Butterfly Effect”, świat miał się zaraz skończyć, miała być pluskwa milenijna, więc nagraliśmy płytę o tym. To nie mógł być album blackmetalowy. Uznaliśmy, że skoro chcemy opowiedzieć o maszynach, to powinniśmy utrzymać klimat industrialny i tak właśnie podeszliśmy do naszego brzmienia. Ostatni album, „1755”, jest po portugalsku. Dlaczego? Bo historia wydarzyła się w Portugalii, dlatego też jest inny od naszych „klasycznych” albumów, jak „Wolfheart” czy „Irreligious”. To my decydujemy, jak chcemy brzmieć. Wiele osób kręci nosem, a wydaje mi się, że po prostu zapominają o swoim własnym życiu. Ludzie żyją sentymentami, tęsknią za upijaniem się przy płycie „Wolfheart”, jak robili to 20 lat temu, chcą ponownie przeżywać pierwsze doświadczenia seksualne przy muzyce Tiamatu – tęsknią za tymi doświadczeniami, nie za muzyką. Wiedzą, że głupotą jest tęsknota za muzyką, bo ta jest nagrana i można ją sobie zawsze włączyć, ale chcą wrócić do czasów młodości, a tego się nie da zrobić.

Niezależnie od ewolucji czy dewolucji Moonspella, tworzymy muzykę, którą mamy w głowach. Na przykład od kilku miesięcy pracujemy nad kolejnym albumem, który będzie traktował o władzy na ludzkimi umysłami. Muszę przyznać, że na tym etapie nie jesteśmy do końca zadowoleni z tego, co nam wychodzi, może taką mamy dynamikę, ale też nigdy nie działaliśmy według programu – jak chcieliśmy grać ciężej, to to robiliśmy.

Wiele zespołów gra zgodnie z programem w oparciu o mody. Moonspell nigdy tak nie robił. Zostaliśmy zjechani za cover Depeche Mode na płycie „Sin/Pecado”, a gdy muzycy Lacuna Coil zrobili to kilka miesięcy później, byli chwaleni. Moonspell często wychodzi przed szereg, ale wielu czeka tylko na nasz kolejny album „Wolfheart” i się denerwują, że gramy inaczej. Nie można zawsze czekać, to tak jak jakbym ja czekał, że znów będę miał 21 lat. To się nie wydarzy.

Zwycięzca tegorocznej Eurowizji Salvador Sobral już po przeszczepie serca

9 grudnia zwycięzca tegorocznej Eurowizji przeszedł transplantację serca, bez której nie miał szansy przeżyć. Wiadomo, że transplantacja przebiegła...

zobacz więcej

Ma pan ogromny sentyment do Polski i Polaków. Co według pana łączy nasze nacje? Mamy podobne dusze?

Wydaje mi się, że poza piłką nożną nasze kraje nie miały nigdy szczególnych więzi, za to Moonspell ma szczególne więzi z Polską. Nigdy nie zapomnę, jak zimą 1995 r. przyjechaliśmy vanem do Katowic na nasz pierwszy koncert; wtedy to była inna Polska. Weszliśmy na scenę i wszyscy krzyczeli: „Moonspell! Moonspell!”, choć grały tam również tak wielkie zespoły, jak Kreator czy Testament. To tu po raz pierwszy spotkaliśmy się z takim przyjęciem.

To była trudna trasa, siedzieliśmy wciśnięci w vana, były wypadki, nie mieliśmy czasu jeść czy się wykąpać, a na Metalmanii w Katowicach zostaliśmy tak wspaniale przyjęci. To była wielka chwila dla Moonspella. Fani w Polsce nawet nie wiedzą, jak nam pomogli. Wtedy nie wiedzieliśmy nawet, jaka przyszłość nas czeka, czy nie rozwiążemy zespołu; wiedzieliśmy tylko, że nie chcemy już jeździć vanem. Zawsze chętnie wracamy do Polski i za każdym razem na nasze koncerty tu przychodzą tłumy. Fani w Polsce zawsze też bez uprzedzeń podchodzą do naszych zmian stylistycznych. Dziękuję, Polsko.

Regularnie odwiedza pan Polskę już od ćwierć wieku. Jak zmienia się nasz kraj okiem obcokrajowca? Dużo pan zjeździł, więc stawiam przede wszystkim na drogi. Coś jeszcze? Ludzie się zmienili?

Polacy bardzo się zmienili. Nie muszę tu mieszkać, żeby się o tym przekonać. W 1995 r. widziałem na granicy z Niemcami długą kolejkę lawet jadących po wraki, z których z powrotem miały być zrobione jeżdżące auta. Kilka lat później byłem w centrum handlowym, żeby podpisywać płyty, a tam młodzi ludzie grali w gry komputerowe w okularach wirtualnej rzeczywistości. Teraz w Polsce jest lepiej niż w mojej ojczyźnie, Portugalii. Promotorzy koncertowi są lepsi, tłumy na koncertach większe, wspaniałe jedzenie. Właśnie – jedzenie bardzo się poprawiło, to też muszę przyznać.

Może wtedy więcej piliście i nie przejmowaliście się jedzeniem?

Nie, mnie nigdy jakoś szczególnie nie ciągnęło do alkoholu, ale jestem Portugalczykiem, a my jesteśmy rozpuszczeni, jeżeli chodzi o jedzenie. Mamy wspaniałą kuchnię, a polska zaczęła jej dorównywać. Bez wątpienia Polska jest też wspaniałym krajem do koncertowania, tutejsi fani metalu są niesamowici. Nie wiem, jak tu się żyje, na pewno tu również są problemy, ale wasz kraj wspaniale się rozwinął. Polska z 1995 r. ma niewiele wspólnego z Polską z 2019 r.

Fernando Ribeiro zajmuje się także m.in. tłumaczeniem książek (fot. FB/Fernandomoon/mat.pras.)

„Jak mógł być tak smutny, skoro zawsze wydawał się szczęśliwy?”. Iron Maiden w hołdzie dla Robina Williamsa

Piękny hołd zmarłemu w sierpniu ubiegłego roku aktorowi złożyła brytyjska grupa heavymetalowa. Napisana przez gitarzystę Iron Maiden piosenka o...

zobacz więcej

Jest pan wielkim fanem twórczości Stefana Grabińskiego, dlaczego akurat ten zapomniany polski pisarz, twórca horrorów kolejowych?

W Portugalii niewiele wiemy o Polsce, polskiej kulturze. Znamy piłkę, Bońka, trochę polityki, ale kultura pozostaje niemal nieznana. Dużo czytam, ale bardzo rzadko zostaje przetłumaczony na język portugalski jakiś polski pisarz, gdy więc jedno z portugalskich wydawnictw przetłumaczyło zbiór opowiadań Grabińskiego „Demon ruchu”, byłem bardzo zaskoczony jakością, klimatem. Zacząłem szukać kolejnych polskich dzieł. Uwielbiam czytać i odkrywać nowe rzeczy. Wolę poznawać lokalną kulturę niż piwo, choć z całym szacunkiem, macie wspaniałe piwo. Imponują mi też dzieła malarza Zdzisława Beksińskiego. Nie jestem typowym turystą, który przyjeżdża do Polski, żeby się upić, jak Niemcy czy Anglicy. Zresztą do nas Niemcy i Anglicy też przyjeżdżają i nie interesuje ich nasza kultura, tylko sagres (najpopularniejsza marka portugalskiego piwa – przyp. red.).

O portugalskiej muzyce zrobiło się ostatnio głośno również za sprawą Salvadora Sobrala, który podbił serca także polskiej publiczności. Co pan sądzi o swoim koledze po fachu i krajanie?

Cieszę się, że z jego zdrowiem wszystko jest już dobrze. Ja osobiście nie wierzę w Eurowizję i wiem, że on jej nienawidzi. Ma wspaniały głos, wielki talent, ale żeby wygrać ten konkurs, trzeba mieć przede wszystkim szczęście i on je miał, zresztą ten sukces i jego samego zaskoczył. Eurowizja jest jak balon – szybko leci do góry, a potem spada. Nawet w Portugalii już zapomniano o Salvadorze. Jeżeli ktoś chce poznać portugalską muzykę, nie powinien inspirować się Eurowizją. Salvador był raczej wyjątkiem niż regułą. Trzeba też dodać, że Sobral jest piosenkarzem jazzowym i snobistycznie podchodzi do muzyki, nie trawi rock and rolla i tego typu rzeczy. Nie jesteśmy znajomymi, wykonujemy różną muzykę, ale jestem przekonany, że będzie w stanie odpowiednio pokierować swoją karierą po Eurowizji. Trzymam za niego kciuki. Najważniejsze, żeby nie miał już problemów z sercem, bo jest za młody, by umierać.

Na koniec, piłkarska reprezentacja Portugalii obroni w przyszłym roku mistrzostwo Europy?

Spróbujemy. Ostatnio nam się poszczęściło i długo fetowaliśmy. Piłka nożna podlega prostym prawom – możesz wygrać, przegrać lub zremisować, choć to ostatnie nie w finale. Jeżeli ponownie wygramy, w Portugalii będziemy świętować. Jeżeli przegramy – nie będzie to coś, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni. W eliminacjach graliśmy słabo, ale mieliśmy łatwą grupę i awansowaliśmy do finałów. Teraz łatwo nie będzie, jest wiele lepszych zespołów, ale z Portugalią nigdy nic nie wiadomo, możemy być czarnym koniem tego turnieju. Na pewno powalczymy.

źródło:
Zobacz więcej