Porucznik gej nadzieją Demokratów

Pete Buttigieg jest burmistrzem miasta South Bend w stanie Indiana (fot. FB/Pete Buttigieg)

Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych odbędą się dopiero w listopadzie przyszłego roku, ale kampania wyborcza już się rozkręca w najlepsze. Jeżeli chodzi o nominację Republikanów, sprawa jest prosta – faworytem jest urzędujący prezydent Donald Trump. W przypadku Demokratów sytuacja jest bardziej skomplikowana, ale już dochodzi do pierwszych rozstrzygnięć. Obecnie liderem sondaży jest Pete Buttigieg gej i weteran wojny w Afganistanie.

„Ideowa miałkość”. Demokraci starają się o nominację

Druga seria debat polityków ubiegających się o nominację Partii Demokratycznej w przyszłorocznych wyborach prezydenckich w USA ponownie ujawniła...

zobacz więcej

Artykuł II Konstytucji USA nie stawia szczególnie trudnych warunków kandydatom na prezydenta. Osoba taka musi być obywatelem Stanów Zjednoczonych z urodzenia, mieć ukończone 35 lat oraz mieszkać w tym kraju przez przynajmniej 14 lat. Dochodzą jednak nieformalne warunki konieczne – to przede wszystkim duży zapas gotówki i możliwość zdobywania kolejnych środków, a także medialność.

Podczas ostatniej kampanii doszedł również dodatkowy warunek – popularność w mediach społecznościowych. Bez co najmniej siedmiocyfrowej liczby obserwujących na Twitterze nie ma co marzyć o Białym Domu. Ale i to nie gwarantuje sukcesu, gdyż konkurencja jest duża, a walka bezlitosna. Szczególnie na etapie kampanii negatywnej, sprowadzającej się do obrzucania błotem konkurentów – wyciąga się wtedy wszystkie, nawet najmniejsze śmieci.

Ponieważ zwykle każdy ma coś za uszami, ten etap jest najciekawszy, ale ma też głęboki sens, przywódca wolnego świata musi być bowiem odporny na wszystko.

Poszli na rekord

Chęć zostania 46. prezydentem USA zgłosiły początkowo aż 24 osoby z kręgu Partii Demokratycznej. W 230-letniej historii wyborów w Ameryce nie zdarzyło się, by tylu chętnych walczyło o nominację z ramienia jakiegoś ugrupowania. Zawodnicy prezentują poglądy od Sasa do lasa – są tu zarówno skrajnie lewicowi socjaliści jak i establishmentowi politycy, którym bliżej do centrum. Zwykle wszyscy szermują niezmienionymi od dziesięcioleci postulatami podniesienia podatków najbogatszym oraz rozszerzenia programu darmowej służby zdrowia.

Część już na tym etapie nie wytrzymuje konkurencji. Z wyścigu wycofał się choćby burmistrz Nowego Jorku Bill de Blasio, który nie cieszy się popularnością nawet w swoim mieście, a którego start Trump nazwał „żartem”. Brak funduszy zdecydował o zawieszeniu kampanii też choćby przez Beto O'Rourke. Z porażką wciąż nie pogodził się natomiast Wayne Messam, który również ma problem z przekonaniem zwolenników Partii Demokratycznej do sięgnięcia do kieszeni – przez ostatni kwartał zebrał na kampanię upokarzające pięć dolarów.

Priam, socjalista, gej i pani szeryf. Demokraci walczą o Biały Dom

Pomału zaczyna się rozkręcać jedna z najdłuższych kampanii politycznych na świecie – kampania przed wyborami prezydenckimi w USA. Przywódca wolnego...

zobacz więcej

Od początku kampania miała swoich łatwych do przewidzenia faworytów. Na wysokie poparcie niezmiennie mógł liczyć szczególnie Joe Biden, były wiceprezydent u boku Baracka Obamy. O skuteczności jego sztabowców świadczy fakt, że nie zaszkodziły mu nawet oskarżenia o molestowanie seksualne. Amerykanie są absurdalnie świętoszkowaci, a po aferach z Harveyem Weinsteinem, Jeffreyem Eppsteinem i akcji #MeToo molestowanie to ciężka zbrodnia.

Przypomniano, że Biden podczas publicznych zgromadzeń czule obejmował kobiety, fundował im też na przykład niespodziewany „masaż” pleców, głaskał, a czasem nawet całował włosy. Nieprzychylne Demokratom media natychmiast dotarły do ofiar polityka, które ze łzami opowiadały, że nie mogły się bronić, były sparaliżowane ze strachu i wciąż zmagają się z traumą.

Były wiceprezydent tłumaczył, że nie przyszło mu do głowy, że robi coś niewłaściwego, gdyż jest starej daty, a jego intencje były czysto przyjacielskie. 76-letniemu Bidenowi się upiekło.

Polskie korzenie

Poparciem gwarantującym walkę do samego końca o nominację Partii Demokratycznej cieszy się również Bernie Sanders, syn żydowskiego emigranta ze Słopnic na Nowosądecczyźnie, Eliego Sandersa. Senator ze stanu Vermont prezentuje mocno lewicowe skrzydło partii, jego poglądom blisko do socjalizmu. Choć ma już 79 lat, potrafi przyciągnąć młodych, których przekonuje między innymi zajęciem się legalizacją marihuany także w celach rekreacyjnych oraz rezygnacją z kary śmierci.

Poza tym trzeba stwierdzić, że młodzi Amerykanie nie znają praktycznych zastosowań socjalizmu, jakich doświadczyli choćby Polacy. Do nich trafia wizja budowania sprawiedliwego społeczeństwa, socjalizm nie łączy się im nijak z powszechną biedą i totalitaryzmem.

Sanders, który potrafił przyjaźnie się poklepywać z Fidelem Castro, był jednym z zaskoczeń poprzedniej kampanii wyborczej. Zdobył poparcie niewiele mniejszej liczby delegatów na przedwyborczą konwencję niż Hillary Clinton, która ostatecznie otrzymała nominację, choć przegrała z socjalistą aż w 23 stanach. W tym roku większych szans na nominację raczej nie będzie miał. Wyborcy nie lubią przegranych ani zgranych płyt. Mimo to jego poparcie może pomóc innym kandydatom przed konwencją Demokratów, która zdecyduje o nominacji.

Od początku względnie wysoko stoją również akcje wygadanej Elizabeth Warren. Senator ze stanu Massachusetts regularnie może liczyć na kilkanaście procent poparcia w sondażach, ma też najmniejszy elektorat negatywny, co też jest sporym atutem. Programem się nie wyróżnia, próbuje kusić darmową, względnie tanią służbą zdrowia, którą mają sfinansować najbogatsi, obiecuje również zniesienie długów studentów i darmową edukację na studiach oraz powszechne prawo do aborcji.

Jednym z faworytów wyścigu o nominację Demokratów jest Joe Biden (fot. PAP/EPA/CJ GUNTHER)

Biden nie otrzymał Komunii Świętej. Za popieranie aborcji

Proboszcz parafii św. Antoniego w diecezji Charleston w Karolinie Południowej nie udzielił sakramentu Komunii świętej Joe Bidenowi. Duchowny jako...

zobacz więcej

70-letnia Warren walczy o poparcie, grając rozmaitymi kartami – wojującej aktywistki o prawa najuboższych, kiedy trzeba jest też oddaną matką albo bogobojną metodystką. Elastyczność w amerykańskiej polityce jest szczególnie cenna, gdyż wyborcy mają tam na ogół dość krótką pamięć, choć podczas kampanii negatywnej media przypomną Warren kłamstwo w kwestii pochodzenia. Sama twierdzi, że ma pochodzenie czirokeskie, co mogłoby jej pomóc w walce o głosy rdzennych Amerykanów, sęk w tym, że nie ma dowodów na potwierdzenie tego, a sami Indianie twierdzą, że to nieprawda.

Akcje poszły w dół

Pozostali kandydaci mogą zwykle liczyć na poparcie maksymalnie jednocyfrowe. Jedynie Kamali Harris, 55-letniej senator ze stanu Kalifornia, udało się przez moment mieć dwucyfrowe poparcie w sondażach. Choć ostatnio jej akcje poszły w dół, wciąż jest ciekawą alternatywą. W Partii Demokratycznej upatruje się w niej połączenie Baracka Obamy (bo czarnoskóra), Hillary Clinton (bo kobieta) i Berniego Sandersa (bo ma poglądy ocierające się o socjalizm).

Charyzmatyczna Harris wyróżnia się zdecydowanymi postulatami ograniczenia dostępu do broni. Inni politycy tej kwestii nie podnoszą tak otwarcie, gdyż doskonale zdają sobie sprawę, że mimo kolejnych tragicznych strzelanin w szkołach, w konserwatywnych Stanach Zjednoczonych walka z bronią to przepis na porażkę w wyborach.

W ostatnich tygodniach zaskakująco szybko do góry poszły akcje Pete'a Buttigiega. W listopadowym sondażu CNN/Des Moines Register/Mediacom cieszy 25-proc. poparciem, co oznacza wzrost aż o 16 punktów procentowych od września. W tym czasie Warren straciła 6 pkt proc. do poziomu 16 proc., zaś Biden 5 proc. (15 proc. poparcia).

Jego siła tkwi w wyjątkowej elastyczności. Ma wysokie notowania zarówno wśród zamożniejszych wyborców Partii Demokratycznej, tych o poglądach bardziej liberalnych, jak i młodych. To efekt możliwości i umiejętności grania różnymi kolorami atutowymi w jednym rozdaniu. Takiego potencjału nie ma żaden inny kandydat.

Wybory w USA. Demokraci przejmują ważny stan

Partia Demokratyczna wygrała stanowe wybory w Wirginii, odbierając Republikanom większość w dwóch izbach lokalnego parlamentu. Kandydat Demokratów...

zobacz więcej

Kim jest zatem polityk, który może poważnie namieszać w wyborach na prezydenta supermocarstwa? Urodził się 19 stycznia 1982 r. jako Peter Paul Montgomery Buttigieg w South Bend w stanie Indiana. Ma 37 lat, więc łatwiej jest mu trafić do młodszych wyborców niż choćby Joe Bidenowi. Daje mu to też czas niezbędny w polityce.

Jego ojciec Joseph A. Buttigieg był profesorem filologii angielskiej i pochodził z Hamrun na Malcie (z języka maltańskiego Buttigieg można przetłumaczyć jako „pan drobiu”). Po emigracji do USA poślubił językoznawczynię Anne Montgomery. Ich syn Pete może więc również grać kartą imigranta.

Esej o Sandersie

Rodzice zaszczepili mu miłość do literatury, co sprawiło, że już w młodym wieku otarł się o wielką politykę. Będąc uczniem liceum wygrał konkurs na esej organizowany przez Bibliotekę i Muzeum Johna F. Kennedy'ego i pojechał do Bostonu odebrać nagrodę gdzie poznał córkę byłego prezydenta USA Caroline oraz innych członków klanu Kennedych. Co ciekawe, temat eseju dotyczył politycznej odwagi jednego z dwóch niezależnych kongresmenów w owym czasie... Berniego Sandersa.

Syn imigranta ukończył z wyróżnieniem historię oraz literaturę na prestiżowym Uniwersytecie Harvarda. Ukończył również studia podyplomowe z filozofii, politologii i ekonomii na Uniwersytecie Oksfordzkim. Po studiach był między innymi dziennikarzem śledczym w lokalnej redakcji telewizji NBC w Chicago oraz konsultantem w firmie doradczej.

Równolegle Buttigieg działał w Partii Demokratycznej, pomagał w kampaniach wyborczych, choćby prezydenckiej Johna Kerry'ego w 2004 r. Zaangażował się również w prace firm doradczych i organizacji pozarządowych, przygotowywał ekspertyzy dotyczące między innymi sytuacji w Afganistanie i Pakistanie. To doświadczenie zaowocowało biegłością w sprawach międzynarodowych. W sytuacji, gdy przeciętny Amerykanin nie wie gdzie leży Francja, wiedza ekspercka z zakresu polityki międzynarodowej daje mu teraz ogromny atut.

Może również grać niezwykle cennymi kartami bezpieczeństwa i patriotyzmu. W 2007 r. zgłosił się na ochotnika do armii. Jak potem tłumaczył, zdecydował się na to, gdy zobaczył dysproporcje pod względem liczby zaciągnięć w różnych społecznościach. Zwrócił między innymi uwagę na to, że przedstawiciele bogatszych osiedli unikają służby ojczyźnie. W 2009 r. rozpoczął kurs oficerski w wywiadzie marynarki wojennej.

Akcje Buttigiega poszły ostatnio mocno do góry (fot. TT/Pete Buttigieg)

Doradca Trumpa uznany za winnego. Grozi mu 20 lat więzienia

Lobbysta i doradca prezydenta USA Donalda Trumpa, Roger Stone został w piątek uznany za winnego. Stone został oskarżony m.in. o składanie...

zobacz więcej

Najmłodszy burmistrz

W końcu nadeszła pora, żeby samemu starać się o funkcję urzędniczą. W 2010 r. Buttigieg został kandydatem Demokratów na skarbnika stanu Indiana, ale przegrał wybory z wyznaczonym przez Republikanów Richardem Mourdockiem.

Wynagrodził to sobie rok później, zostając burmistrzem rodzinnego miasta South Bend. Otrzymał 10991 głosów spośród 14883 głosujących (74 proc.), zaś jego republikański konkurent Norris W. Curry Junior zaledwie 2884 głosy. Gdy obejmował urząd 1 stycznia 2012 r. był najmłodszym burmistrzem miasta o populacji powyżej 100 tys. osób w całych Stanach Zjednoczonych. Miał niecałe 30 lat.

W 2014 r. zawiesił na siedem miesięcy pracę w ratuszu i wyjechał do Afganistanu. Jego służba w kontrwywiadzie US Navy polegała na namierzaniu siatek terrorystycznych i ich aktywów. Pełnił ją w bazie lotniczej Bagram, leżącej około 50 km na północ od Kabulu. Do jego zadań należało również bycie kierowcą dowództwa i odbył ponad sto kursów do stolicy kraju. Musiał między innymi rozglądać się za zasadzkami i przydrożnymi minami. Żartował później, że był to „wojskowy Uber”.

W Afganistanie liznął nieco języka dari, odmiany perskiego, żeby lepiej dogadywać się z mieszkańcami. Wzbudzał tym szacunek Afgańczyków, ale też ani chybi sprawił radość rodzicom, zwłaszcza matce językoznawczyni. Ma zresztą smykałkę do języków, zna bowiem również norweski, hiszpański, włoski, maltański, arabski i francuski. Co ciekawe, norweskiego nauczył się sam, by móc czytać dzieła pisarza Erlenda Loe w oryginale.

Za swoją służbę w wojsku Buttigieg otrzymał Medal Pochwalny Joint Service Commendation Medal, doszedł też do stopnia porucznika. Amerykanie lubią bohaterów wojennych, co może mu się bardzo przydać w wyborach. Na razie we wrześniu 2014 r. wrócił z Afganistanu na fotel burmistrza South Bend. Mieszkańcy byli zadowoleni z jego pracy, między innymi z rewitalizacji opuszczonych osiedli, ale o Białym Domu nawet nie miał co marzyć. Krajowe media szybko zresztą zapomniały o młodym burmistrzu, który pojechał wojnę.

Mógł zostać chwilową ciekawostką, typowym hero of the day, ale nie został. Media przypomniały sobie o młodym polityku w czerwcu 2015 roku. Przed wyborami na burmistrza South Bend Buttigieg dokonał coming outu. Na łamach dziennika „South Bend Tribune” przyznał, że jest homoseksualistą. O swojej orientacji opowiedział niecałe dwa tygodnie przed zalegalizowaniem małżeństw osób tej samej płci w całych Stanach Zjednoczonych, w czasach prezydentury Baracka Obamy.

Kandydat Demokratów zebrał na kampanię prezydencką 5 dolarów

Starający się o nominację Partii Demokratycznej w przyszłorocznych wyborach prezydenckich w USA Wayne Messam ma duży problem ze zbieraniem...

zobacz więcej

Dobra praca na rzecz lokalnej społeczności, ale też otwartość, pomogły mu w reelekcji, ponownie wygrał wybory na burmistrza rodzinnego miasta. Tym razem otrzymał 80,41 proc. głosów, podczas gdy jego republikańska kontrkandydatka Kelly S. Jones zaledwie 19,59 proc.

Buttigieg kontynuował na ogół korzystne zmiany w South Bend – co przyznawali nawet jego przeciwnicy – ale stopniowo miasto stawało się dla niego za małe. W styczniu 2017 r. zgłosił kandydaturę na stanowisko przewodniczącego Krajowego Komitetu Partii Demokratycznej, ale wycofał się kilka minut przed głosowaniem.

Możemy się domyślać, że nie chciał się jeszcze angażować w partyjne przepychanki i psuć sobie nazwiska. Może czuł, że jeszcze za wcześnie pchać się do wielkiej polityki. Zapewne kiełkowała w nim myśl o Białym Domu.

W grudniu zeszłego roku ogłosił, że nie zamierza ubiegać się o trzecią kadencję burmistrza South Bend, zaś po kilku tygodniach utworzył komitet badawczy, który miał oszacować jego szanse i zainteresowanie jego osobą w wyborach prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w 2020 r.

Wycofał się w przedbiegach

Raport był optymistyczny, więc burmistrz 14 kwietnia tego roku ogłosił swój udział w prawyborach prezydenckich Partii Demokratycznej. Został pierwszym politykiem tego ugrupowania będącym zdeklarowanym gejem, który stara się o Biały Dom, zaś drugim w ogóle – pierwszym był Republikanin Fred Karger, który walczył o prezydenturę w 2012 r., ale wycofał się w przedbiegach.

Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy, że ogłaszając start, Buttigieg był już zamężny. W grudniu 2017 r. zaręczył się z Chastem Glezmanem, nauczycielem z gimnazjum, którego poznał w sierpniu dwa lata wcześniej przez aplikację randkową. Ich ślub odbył się w czerwcu 2018 r. w katedrze św. Jakuba w South Bend. Ceremonia była prywatna, zaś Chast przyjął nazwisko męża.

Para mieszka z dwoma psami – Buddym i Trumanem. Żeby nie ugrzęznąć w tematyce „People” z ciekawostek dodajmy tylko, że polityk gra na gitarze i pianinie. Występował nawet jako solista w miejskiej orkiestrze South Bend Symphony Orchestra.

Jedną z jego pierwszych decyzji jako kandydata było zrezygnowanie z przyjmowania wpłat na kampanię wyborczą od lobbystów. Tym, którzy już wpłacili, jego sztab zwrócił wszystkie pieniądze, łącznie ponad 30 tys. dolarów.

Polityk chce się jawić jako kandydat niepowiązany z finansjerą, który jako ewentualny prezydent nie będzie zależny od kręgów biznesowych. Sztabowcy uznali, że kwestię mniejszych funduszy od czołowych konkurentów uda się nadrobić zjednywaniem wyborców podczas debat telewizyjnych. Do tego dochodzi też oręż „a wy bierzecie pieniądze od lobbystów”.

Buttigieg może liczyć na poparcie różnych grup społecznych (fot. TT/Pete Buttigieg)

Facebook chce walczyć z wyborczymi trollami

Serwis społecznościowy Facebook poinformował, że zwiększa obronę przed wykorzystywaniem go do ingerowania w politykę i procesy wyborcze na świecie.

zobacz więcej

Program Buttigiega jest umiarkowany, jeżeli chodzi o Demokratów, to między innymi podniesienie pensji minimalnej do 15 dolarów za godzinę, ochrona środowisk LGBT, zniesienie kary śmierci, legalizacja marihuany, do tego standardowe propozycje dotyczące walki ze zmianami klimatu. Nic nowego ani szczególnie odkrywczego.

Proponuje również większy liberalizm w kwestii polityki migracyjnej od tej stosowanej przez Trumpa, w tym ochronę dzieci migrantów. W kwestii służby zdrowia zaproponował przeznaczenie 300 mld dolarów na rozwój służby psychiatrycznej i walkę z uzależnieniami, co w USA faktycznie jest palącą potrzebą.

Matka Boska Częstochowska w gabinecie

Opowiada się również za liberalizacją przepisów aborcyjnych, mimo że deklaruje się jako chrześcijanin, należy bowiem do Kościoła Episkopalnego, który jest dość liberalny. O jego wierze świadczy fakt, że w gabinecie burmistrza ma kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Po części można to też tłumaczyć tym, że South Bend jest bliźniaczym miastem Częstochowy, zaś co dziesiąty mieszkaniec miasta jest z pochodzenia Polakiem, ale fakt jest faktem.

Wiara oraz służba w wojsku są ogromnymi atutami Buttigiega w walce o głosy wyborców nieco bardziej konserwatywnych. Jako weteran broni decyzji o wszczęciu wojny z terroryzmem po zamachach z 11 września. Z racji doświadczenia w jego przypadku nie musi to oznaczać próby podlizywania się wyborcom, tylko autentyczne przekonanie.

Swoją drogą Demokraci już teraz muszą myśleć o puszczaniu oka także do konserwatywnej części społeczeństwa amerykańskiego. Po pierwsze Donald Trump ma potężny negatywny elektorat w gronie wyborców Partii Republikańskiej, do tego nie wiadomo, jakie szkody wyrządzi prezydentowi dochodzenie w sprawie domniemanych nacisków na Ukrainę i widmo impeachmentu.

Walka o Biały Dom jest bezlitosna. Nikt nie bierze jeńców. Na razie Pete Buttigieg radzi sobie bardzo dobrze, rywale nie mają się za bardzo jak do niego przyczepić. Próbowano zrobić aferę ze zdjęcia opublikowanego dwa lata temu przez jego męża na terenie Pomnika Pomordowanych Żydów Europy w Berlinie, z którego spogląda zalotnie. Twierdzono, że to brak szacunku, hańba; ale to jednak trochę za mało, by lider sondaży nagle zaczął tracić poparcie.

Kampania dopiero się rozkręca i sztabowcy konkurentów na pewno szukają kolejnych sposobów jak podgryźć Buttigiega. Tu program kandydata ma zwykle najmniejsze znaczenie. Ważniejsze są właśnie haki i obrzucanie błotem, a być może także kampanie prowadzone przez rosyjskie trolle na zlecenie Kremla. Prezydentem zostaje ten, do którego błoto się najsłabiej przykleja i który najlepiej wygląda i wysławia się przed kamerami. Uśmiech i sztuczki retoryczne ponad wszystko. Walka o głosy to sprzedawanie wizerunku, a nie to czy ktoś popiera taki bądź inny abstrakt. Takie są reguły tej gry.

źródło:
Zobacz więcej