Syria: Kurdowie czują się zdradzeni [OPINIA]

Kurdowie znajdują się w trudnym położeniu (fot. PAP/EPA/AHMED MARDNLI)

Kilkaset tysięcy mieszkańców musiało opuścić swoje domy w wyniku tureckiej inwazji na Syrię Północno-Wschodnią. Wielu z nich prawdopodobnie nigdy już do nich nie wróci. Zamieszkają tam dżihadyści, z których wielu walczyło wcześniej w szeregach Al-Kaidy i Państwa Islamskiego. Kurdowie nie kryją swego rozgoryczenia.

„Foreign Policy”: Państwo Islamskie wciąż stanowi zagrożenie

Państwo Islamskie, mimo śmierci jego lidera Abu Bakra al-Baghdadiego, wciąż stanowi zagrożenie w Iraku i Syrii – wskazuje amerykański magazyn...

zobacz więcej

W niedzielny poranek 20 października potężny konwój amerykańskich wojsk przejeżdżał przez miejscowość Tell Tammer, kierując się ku granicy z Irakiem. Nad miastem słychać było huk samolotów, pojawiły się też śmigłowce. Na parkingu miejscowego szpitala trwały tymczasem przygotowania do wyjazdu konwoju, który miał ewakuować z Sere Kaniye resztę cywilów otoczonych w tym przygranicznym mieście przez Turcję i wspieranych przez nią dżihadystów.

Podobnie jak dzień wcześniej organizował go Kurdyjski Czerwony Półksiężyc (Heyva Sora Kurd) we współpracy z grupą byłych amerykańskich żołnierzy z Free Burma Rangers. Jeden z nich stał przy mnie i z dezaprobatą przypatrywał się sunącym po szosie pojazdom największej armii świata, w której szeregach służył m.in. w Afganistanie. „Tchórze, tak upada imperium” – westchnął. Chwilę później jednak wyraził pewność, że większość tych żołnierzy nie chciała w tak poniżający sposób uciekać z Syrii. – Gotowi byli walczyć i zginąć w imię lojalności wobec sojusznika, z którym pokonali ISIS. Ale dostali rozkazy – stwierdził z dezaprobatą w głosie.

Nieco wcześniej rozmawiałem z Davidem Eubankiem, charyzmatycznym twórcą Free Burma Rangers i głównym organizatorem dwóch konwojów do Sere Kaniye. Poprzedniego dnia, dzięki jego wysiłkom, udało się wywieźć 37 rannych ze zbombardowanego przez Turcję szpitala w tym mieście. Wcześniej, przez kilka dni, nawet po ogłoszeniu przez wiceprezydenta USA Mike’a Pence’a pięciodniowego zawieszenia broni, dżihadyści blokowali dostęp ambulansów do oblężonego miasta. Załogi dwóch z nich zostały porwane i prawdopodobnie zamordowane.

Sukces dzięki modlitwom

Eubank skromnie stwierdził, że sukces możliwy był dzięki modlitwom, choć nieoficjalnie wiadomo, że gdy dżihadyści znów zablokowali konwój, Eubank zadzwonił do Pence’a i w wyniku szybkich konsultacji amerykańsko-turecko-rosyjskich do konwoju dołączył rządowy Syryjski Czerwony Półksiężyc. Dopiero wówczas dżihadyści pozwolili wjechać do Sere Kaniye.

„Było ich z pięciuset, wyglądali jak ISIS. Zresztą wiadomo, że połowa z nich była albo w Al–Kaidzie, albo w ISIS” – powiedział mi jeden z członków ekipy Eubanka. Sam przywódca Free Burma Rangers, zapytany przeze mnie o to, dlaczego się angażują w organizację tej ewakuacji, podczas gdy ich armia wycofuje się z Syrii, nie krył emocji. Głos mu utknął w gardle i odwrócił na chwilę głowę. „Nie zostawia się w taki sposób sojuszników, zwłaszcza takich, którzy zawsze byli lojalni” – stwierdził. Amerykanie kilka dni po rozpoczęciu inwazji tureckiej opuścili swoje bazy i je zbombardowali, nie chcąc by wpadły w ręce Rosjan i Assada.

Rosja przerzuca do Syrii wojsko z Czeczenii

Rosyjskie ministerstwo obrony podało, że do strefy zdemilitaryzowanej w Syrii, zlokalizowanej przy granicy z Turcją, wysłano dodatkowo 300...

zobacz więcej

Drugi konwój również dotarł do Sere Kaniye i obyło się bez większych problemów, choć w pewnym momencie został on ostrzelany przez dżihadystów, gdy zbierał mieszkańców ukrywających się w ruinach miasta. – Sere Kaniye nie jest zrównane z ziemią, ale widać ogromne zniszczenia po nalotach – powiedział po powrocie przywódca Free Burma Rangers. – Mam nadzieję, że wzięliśmy wszystkich; jeśli ktoś został, to czeka go tam śmierć – dodał. Eubank nie chciał powiedzieć, czy z miasta wycofali się również broniący go kurdyjscy żołnierze YPG, ale wiele na to wskazywało i kilka godzin później dowództwo Syryjskich Sił Demokratycznych (SDF), których częścią jest YPG, to potwierdziło.

Tymczasem w szpitalu w Tell Tammer na powrót konwoju czekało też dwóch lekarzy ze szpitala w Sere Kaniye. Jeden z lekarzy dzień wcześniej nie krył swojej radości z faktu wywiezienia z miasta rannych cywilów. Teraz też mówił o sukcesie, ale bez większego przekonania. Z jednej strony cieszył się z tego, że życie wielu ludzi zostało uratowane, ale nie miał złudzeń co do tego, że do Sere Kaniye nie będzie mógł już wrócić. – Gdy Turcy zaczęli bombardować szpital, uciekałem tak jak stałem, wszystko zostało w domu, nawet zdjęcia moich dzieci – powiedział łamiącym się głosem, ze łzami w oczach.

„Nic już nie mam”

– Studiowałem na Białorusi, potem wróciłem do Syrii i znów wyjechałem do Mińska robić specjalizację. Ale musiałem wrócić, bo Sere Kaniye to mój dom. A teraz go straciłem. W łóżkach, gdzie spały moje dzieci, będą teraz leżeć terroryści. Wolałbym już, by ten dom został zrównany z ziemią – kontynuował ze smutkiem. – Arabom może jeszcze za jakiś czas pozwolą wrócić, ale Kurdom na pewno nie. Nie wiem, co zrobię. Nic już nie mam, rodzina została na Białorusi – dodał.

Jego kolegę, chirurga Muhammada, po raz pierwszy spotkałem w Sere Kaniye w listopadzie 2015 r. Był to czas kryzysu migracyjnego. Doktor Muhammad mówił mi wówczas, że w szpitalu w Sere Kaniye było wcześniej dwóch chirurgów, ale jeden wyjechał do Niemiec. Gdy zapytałem się go wtedy, czy on też planuje to zrobić, oburzył się i podkreślił, że oznaczałoby to wyrok śmierci dla jego pacjentów. – Sumienie mi na to nie pozwalało i nadal nie pozwala. Matka nosiła mnie w łonie przez dziewięć miesięcy, a potem karmiła mlekiem przez półtora roku, a ta ziemia nosi mnie i karmi przez 55 lat” – podkreślił po prawie czterech latach, gdy przypomniałem mu tamtą rozmowę.

Muhammad nie opuścił szpitala w Sere Kaniye w 2013 r., gdy połowę miasta w raz z tym obiektem zajęła Dżabat an-Nusra, czyli syryjska Al-Kaida. Dopiero atak Turcji wygnał go z miasta. „Rodzinę wywiozłem do Hasaki. Przez te 12 dni, od kiedy wybuchła wojna, widziałem ją cztery godziny, tyle tu teraz pracy – dodał.

Muzułmanki z syryjskiego obozu nadal liczą na tzw. Państwo Islamskie

Tak zwane Państwo Islamskie „nie umarło”. Tak uważają muzułmańskie kobiety przebywające w obozie dla uchodźców na peryferiach miasta Al-Haul w...

zobacz więcej

Trzy dni wcześniej, tuż przed ogłoszeniem przez Pence’a pięciodniowego rozejmu, do szpitala w Tell Tammer co kilkanaście minut zwożono ofiary tureckiego nalotu na wioskę Alije. Placówka ta była już wówczas najdalej wysuniętym w kierunku frontu punktem medycznym, a personel cały czas spodziewał się, że Turcy i ich zbombardują, mimo że na dachu wymalowany był wielki czerwony krzyż.

„Nigdy nie widzieliśmy takich ran”

Wśród ofiar wyróżniał się kilkunastoletni chłopiec, którego zdjęcie obiegło później świat. Jego oparzenia, obejmujące całe ciało, nie były zwyczajne i wywołały podejrzenia używania przez Turcji zakazanych w prawie wojennym substancji chemicznych. Doktor Muhammad mówił mi wówczas, że takich rannych do Tell Tammer przybywało więcej. – Nigdy nie widzieliśmy takich ran, choć mamy tu centrum medyczne specjalizujące się w leczeniu oparzeń – powiedział.

Podejrzeń o popełnienie zbrodni wojennych przez stronę turecką było zresztą więcej. Już w pierwszych dniach wojny świat obiegły nagrania egzekucji dokonywanych przez pozostających pod tureckim dowództwem dżihadystów. Szczególnie wstrząsający był mord dokonany na Hevrin Khalaf, jednej z politycznych liderek Kurdów syryjskich. Jedno z dżihadystycznych ugrupowań protureckich zorganizowało zasadzkę na nią. Ranną wywleczono z samochodu, torturowano, ukamienowano, a następnie obcięto jej głowę.

17 października wieczorem, po spotkaniu Pence’a z Erdoganem w Ankarze, ogłoszone zostało pięciodniowe zawieszenie broni. W Kamiszlo rozległy się trwające kilkadziesiąt minut kanonady oddawane w powietrze. Ludzie świętowali, bo chcieli wierzyć, że to koniec wojny. Dopiero po jakimś czasie zaczęło dochodzić do nich, co naprawdę się stało. Ponad głowami Kurdów i ich sojuszników z Syryjskich Sił Demokratycznych ustalono, że mają się wycofać z tzw. „strefy bezpieczeństwa”, czyli pasa o głębokości 32 km wzdłuż granicy z Turcją.

Turcja chce, by tereny te pozostawały pod jej kontrolą, co de facto oznacza, że większość tamtejszych mieszkańców, w tym w szczególności Kurdowie i chrześcijanie, zostaną wygnani ze swoich domów. Na ich miejsce Turcja planuje osiedlić uchodźców z zachodniej Syrii, którzy obecnie przebywają w Turcji. Erdogan zapowiedział też budowę nowoczesnych miast, przy czym zapłacić ma za to Europa.

Strefa bezpieczeństwa, ale pod międzynarodową kontrolą. Propozycja ws. Syrii

Państwa NATO są podzielone w sprawie tego, co zrobić w związku z sytuacją w północno-wschodniej Syrii. Niemiecka minister obrony Annegret...

zobacz więcej

Apel SDF

SDF szybko zaapelowało o zakończenie świętowania, ale jednocześnie zadeklarowało, że akceptuje zawieszenie broni, odrzuca jednak turecką okupację oraz planowane przez Ankarę czystki etniczne. Ponadto zdaniem dowództwa SDF porozumienie miało dotyczyć tylko odcinka Sere Kaniye-Tell Abyad, który już i tak był w większości zajęty przez Turcję. Walczyło wciąż oblężone miasto Sere Kaniye i to ono zostało ewakuowane trzeciego dnia rozejmu, który od pierwszych godzin był zresztą kruchy,

Drogę dla tureckiej inwazji otworzyła nagła decyzja Donalda Trumpa o usunięciu amerykańskich żołnierzy z terenów planowanego tureckiego ataku. Siły USA nie wycofały się przy tym z Syrii. Stało się to dopiero po tym, gdy ogłoszono pięciodniowy rozejm. Wcześniej Turcja ostrzelała pozycje amerykańskie na wzgórzu Misztanur koło Kobane. Podobno przez pomyłkę. Amerykańscy żołnierze nie wrócili przy tym do domu, jak zapowiadał to Trump, lecz zostali przerzuceni do Iraku.

Beneficjentem decyzji Trumpa będzie przede wszystkim Rosja, której USA oddało wszystkie swoje karty w Syrii. Rosjanie, zgodnie ze swoją strategią „dziel i rządź”, nie pozwolą, by konflikt wygasł, tak aby trzymać wszystkich w szachu. Turcja zapewne utrzyma swoje zdobycze, być może nawet zajmie kolejne tereny w Północnej Syrii. Najprawdopodobniej kontrolować będzie też fragment autostrady M4, która ma kluczowe znaczenie strategiczne, gdyż Iran mógłby nią poprowadzić północną trasę tranzytową do Morza Śródziemnego.

To będzie karta przetargowa w rozmowach z USA (a także Izraelem i Arabią Saudyjską), które zresztą utrzymały swoją obecność również w At-Tanf pod pretekstem walki z Państwem Islamskim. W rzeczywistości jednak chodzi o blokowanie południowej trasy tranzytowej Iran-Morze Śródziemne. Rosja będzie też starać się patronować układowi kurdyjsko-asadowskiemu, z jednej strony nie oferując Kurdom trwałego rozwiązania na wzór Kurdystanu irackiego, z drugiej zaś nie pozwalając Asadowi zlikwidować faktycznej autonomii na części terytorium Syrii Północno-Wschodniej.

Pozostaje jednak otwartym pytanie, czy Kurdowie na to pójdą. Póki co bowiem, lider Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) Camil Bayik wezwał Kurdów syryjskich, by nie ufali ani Rosji, ani USA.

źródło:
Zobacz więcej