Europa po francusku? Recepty Macrona szkodzą Unii Europejskiej

Emmanuel Macron rozbija jedność Europy (fot. PAP/EPA/STEPHANIE LECOCQ)

Przyzwyczailiśmy się do tego, że ambicje Francji zdecydowanie przewyższają jej realne możliwości, zaś kolejni gospodarze Pałacu Elizejskiego nie chcą tego przyznać. Kiedyś Charles de Gaulle osłabiał od wewnątrz NATO i flirtował z Sowietami. Potem mieliśmy Jacquesa Chiraca każącego „zamknąć się” nowym członkom zjednoczonej Europy. Teraz jest Emmanuel Macron, który zapragnął przebudować nie tylko Unię Europejską, ale też cały międzynarodowy porządek. Więc znów mamy porywające wizje, rewolucyjne wezwania i… nikłe efekty. Co gorsza, polityka Macrona zamiast pomagać, szkodzi Unii. Zresztą nie może być inaczej, skoro tak naprawdę prezydent marzy o wielkiej Francji, a nie Europie.

Macron żyje przeszłością. Wciąż myśli, że można kazać Polsce „siedzieć cicho”

Lista zarzutów Emmanuela Macrona pod adresem Polski jest długa, a jego niechęć do rządu PiS wciąż narasta. Nie ma się więc co dziwić, że obsadza...

zobacz więcej

Polityka Macrona nie wzmacnia zjednoczonej Europy, ona ją rozbija. Być może zresztą o to chodzi – wszak sam prezydent Francji jest zwolennikiem Europy kilku prędkości. Pokazuje zresztą, że najpierw jest Francuzem, a potem dopiero Europejczykiem. Choć sam innym w UE zarzuca narodowy egoizm. Usilne forsowanie do Komisji Europejskiej polityka z korupcyjnymi problemami niszczy wewnętrzne standardy i wprowadza jeszcze więcej niepewności i ryzyka do procesu tworzenia nowej Komisji Europejskiej, i tak już bardzo zdestabilizowanego tymi wszystkimi personalnymi rozgrywkami niemal od dnia wyborów europejskich.

Narzucanie dyrektywy ws. pracowników delegowanych uderza z kolei w konkurencyjność na europejskim rynku i wprowadza de facto różne kategorie członkostwa w UE – liberał forsuje protekcjonizm, bo odpowiada to jego krajowi. Reset stosunków z Rosją podważa z kolei solidarność europejską w polityce wobec agresywnej Moskwy i – znów – zagraża przede wszystkim członkom UE z regionu Bałtyku i Europy Środkowej. Wreszcie weto dla rozpoczęcia rozmów akcesyjnych z Albanią i Macedonią Północną to cios dla wpływów UE na Bałkanach i prezent nie tylko dla Rosji, ale też Chin i Turcji. Kolejne pomysły Macrona i podejmowane konkretne decyzje trudno uznać za korzystne dla Europy i ogólniej, dla wspólnoty euroatlantyckiej.

Bałkańskie weto

Pierwsze ostrzeżenie nastąpiło kilka dni przed szczytem UE. Unijnym ministrom ds. europejskich nie udało się wypracować porozumienia w sprawie otwarcia negocjacji akcesyjnych z Albanią i Macedonią Północną. To Francja, jako jedyne państwo członkowskie, była przeciwna otwarciu rozmów akcesyjnych zarówno ze Skopje, jak i Tiraną. W tym wypadku doszło do otwartej konfrontacji z Niemcami. Berlin jest zdecydowanym adwokatem poszerzenia UE na Bałkanach, z kolei Paryż skupia się na basenie Morza Śródziemnego. Ale nawet to nie mogło tłumaczyć francuskiego „liberum veto”.

Po decyzji na szczeblu ministrów wydawało się, że ostatnia deska ratunku to właśnie Berlin i jego nacisk na Francuzów. Przemawiając w Bundestagu kanclerz Angela Merkel wezwała Europę do „dotrzymania słowa” danego wcześniej Macedonii Północnej i Albanii, wysłanie sygnału, że znajdują się one na drodze prowadzącej do członkostwa w europejskiej wspólnocie. Jednak Merkel mówiła to już po spotkaniu w Tuluzie, gdzie nie przekonała Macrona. Nie wiadomo nawet, czy poruszała ten temat w rozmowach – z oficjalnego komunikatu to nie wynika (mowa była o sytuacji w Syrii i sprawie Brexitu).

Nic dziwnego, że mimo kilku godzin rozmów na szczycie w Brukseli przywódcom krajów UE nie udało się przekonać Macrona do zgody na otwarcie negocjacji akcesyjnych dla Albanii i Macedonii Północnej. Skończyło się na jednym zdaniu: „Rada Europejska wróci do kwestii rozszerzenia przed szczytem UE-Zachodnie Bałkany w Zagrzebiu w maju 2020”. Odchodzący szef KE Jean-Claude Juncker określił decyzję UE jako „ciężki historyczny błąd”. Rozczarowania nie kryła jego następczyni Ursula von der Leyen. Nieotwarcie przez Unię Europejską rozmów akcesyjnych z Albanią i Macedonią Północną to „historyczny błąd” – oceniła szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini.

Prezydent Duda komentuje słowa Macrona. „Przykro tego słuchać”

W słowach prezydenta Francji Emmanuela Macrona nt. Polski, która jakoby blokuje wspólne wysiłki UE na rzecz klimatu, trudno się dopatrywać...

zobacz więcej

UE obiecała kiedyś obu krajom, że zostaną zaproszone do rozpoczęcia rozmów akcesyjnych jeśli spełnią określone warunki. W przypadku Macedonii chodziło o zakończenie wieloletniego sporu o nazwę państwa. W przypadku Albanii chodziło o zrobienie porządku ze skorumpowanym sądownictwem. Komisja Europejska uważa, że zarówno Skopje jak i Tirana dotrzymały słowa. Szczególnie Macedończycy mają prawo czuć się oszukani. Ogromnym wysiłkiem i kosztem poważnego wewnętrznego kryzysu politycznego rząd w Skopje przeforsował zmianę nazwy państwa na Macedonia Północna, zmienił konstytucję – aby spełnić żądania Grecji i UE.

Będzie rewanż?

Teraz może dojść do rewanżu ze strony wspieranych przez Moskwę nacjonalistów. Premier Zoran Zaew zapowiedział, że w związku z brakiem zgody UE na otwarcie rozmów akcesyjnych, zaproponuje rozpisanie przedterminowych wyborów. Podkreślił, że jest rozczarowany i oburzony unijną decyzją. Być może nie tylko o rozgoryczenie chodzi. Postawa Paryża mogła być zaskoczeniem. Przecież jeszcze w czerwcu tego roku Macron był w Belgradzie i ostrzegał przed „narastającym napięciem” w regionie.

– Widzimy rosnące napięcie i czasem to napięcie jest podsycane tu czy tam przez zewnętrzne mocarstwa, które mają interes w tym, żeby nie doszło do porozumienia (między Kosowem a Serbią – przyp. red.) – mówił Macron, mając na myśli Rosję. Kilka miesięcy później podjął decyzję, która bardzo ułatwi Moskwie działania na Bałkanach. A przecież są jeszcze Chiny (niedawno delegacja partii komunistycznej podpisała umowę o współpracy z partią rządzącą w Serbii) i Turcja, której prezydent dopiero co odwiedził Serbię.

Francuski przywódca podkreślał, że przed pozwoleniem nowym krajom na przystąpienie do Wspólnoty należy poprawić procedury rozszerzeniowe. Macron upiera się, że najpierw konieczna jest reforma samego procesu akcesyjnego w takim kierunku, by w każdej chwili UE mogła się wycofać z rozmów z kandydatami – gdyby nie spełniali warunków. Amelie de Montchalin, francuska minister ds. europejskich, oznajmiła, że nie będzie zgody Paryża ws. rozmów akcesyjnych UE z krajami bałkańskimi dopóki wcześniej nie zostanie ustalone jak i kiedy kandydaci do członkostwa zostaną zweryfikowani pod kątem realizacji celów UE, od polityki ekonomicznej po prawa człowieka i praworządność.

Paryż uważa, że jest teraz zbyt wiele wyzwań przed UE (brexit, Chiny, migracja, Rosja) aby wpuszczać do Wspólnoty dwa kolejne kraje z regionu wciąż walczącego z przestępczością i korupcją, który jeszcze nie rozliczył się wewnętrznie z wojen z lat 90. XX wieku. Część dyplomatów spekuluje, że opór Macrona jest związany z polityką francuską. Prezydent ma się obawiać, że kwestia przyszłego przyjęcia do UE dwóch kolejnych bałkańskich krajów zostałaby wykorzystana przez Front Narodowy do walki na krajowym podwórku. Dlatego niektórzy mają nadzieję, że stanowisko Paryża zmięknie po wyborach lokalnych we Francji w marcu 2020. Ale są też głosy, że weto ws. Bałkanów to odwet Macrona na Niemcach za to, że pozwoliły utrącić kandydaturę francuską na komisarza europejskiego.

Emmanuel Macron opowiada się za niekorzystną dla Europy Unią dwóch prędkości (fot. PAP/EPA/Olivier Matthys / POOL)

Premier: Macron niesłusznie ocenia polską politykę klimatyczną

– Pan prezydent Macron niesłusznie tak ocenia polską politykę w zakresie ochrony klimatu. (…) Jestem przekonany, że dojdziemy do jakiegoś...

zobacz więcej

Arogancja ukarana

Sylvie Goulard była kandydatką na unijną komisarz ds. rynku wewnętrznego. Jednak nie poparły jej komisje przemysłu oraz rynku wewnętrznego Parlamentu Europejskiego w głosowaniu za zamkniętymi drzwiami. Jest to pierwszy przypadek, gdy kandydatka Francji na stanowisko komisarza została odrzucona przez PE. Upokarzające odrzucenie Goulard (w głosowaniu 82 do 29) Macron odebrał jak policzek. Problem w tym, że sam jest sobie winien. Wystawił osobę, wobec której prowadzone jest przez unijne struktury dochodzenie dotyczące defraudacji środków z Parlamentu Europejskiego.

Również francuska policja interesuje się Goulard. Macron jednak forsował ją do Komisji Europejskiej, choć już w 2017 roku stawiane wobec niej zarzuty zmusiły ją do ustąpienia ze stanowiska ministra obrony po zaledwie paru tygodniach. Słusznie więc jeden z publicystów „Liberation” zastanawiał się, „dlaczego Goulard musiała przestać być ministrem we Francji, ale ubiegała się o podobne stanowisko na arenie europejskiej?”. Francuska prasa pisała o zimnym prysznicu dla Macrona, który płaci za swoją arogancję. Dziennik „L’Opinion” skomentował to jako „lekcję demokracji” udzieloną Francji. Zaś „Le Figaro” napisał, że to „bezprecedensowa porażka Francji”, zaś Macron to przegrany, który za porażkę „obwinia wszystkich prócz siebie samego”.

Francuski prezydent pospieszył więc ogłosić, że Goulard stała się obiektem „politycznej rozgrywki”. Odrzucenie przez komisje Parlamentu Europejskiego kandydatury Francuzki oznacza „poważny kryzys instytucjonalny dla Europy” – oceniła minister ds. europejskich Amelie de Montchalin. Odrzucenie Goulard jest też postrzegane jako „chęć rewanżu eurodeputowanych na Macronie, postrzeganym jako jeden z tych, co nie chcieli Manfreda Webera jako kandydata parlamentu na szefa Komisji Europejskiej”.

Arogancja Goulard podczas przesłuchań tylko jeszcze mocniej rozzłościła deputowanych. Ukarana została też arogancja Macrona. Myślał, że może zmieniać stary polityczny świat Brukseli w taki sam sposób, jak wstrząsnął dwa lata temu partyjną sceną we Francji, niszcząc stary układ prawica-lewica. Dzieło zniszczenia postanowił kontynuować w UE. Okazał się skuteczny w storpedowaniu sprawdzonego starego systemu wyłaniania kompromisowych kandydatów na najwyższe stanowiska (spitzkandidat). Macron próbuje zastąpić Angelę Merkel jako faktycznego lidera zjednoczonej Europy. Tyle że jego wizja ma wielu przeciwników w państwach członkowskich UE.

Chodzi tu choćby o wyraźne protekcjonistyczne ciągoty Macrona. To on przecież firmował zaostrzenie unijnych przepisów dotyczących pracowników delegowanych. Wpisuje się to – w części ekonomicznej – w koncepcję Europy autorstwa francuskiego lidera. Przy okazji odrzucenia Goulard, Macron zastrzegł, że „nikt nie może mieć monopolu na ambicję europejską, ale też nikt nie może takiej ambicji zablokować”. – W Europie 27 czy 28 państw nie możemy iść wszyscy w tym samym tempie. Jest konieczne zróżnicowanie, gdy istnieją różne ambicje, czy to w strefie Schengen, czy euro (…), które powinny być otwarte dla wszystkich i cechować się dynamiką umożliwiającą przyłączenie się wszystkim, którzy tego chcą – podkreślił.

„We Francji ludzie są bici na ulicach, a Macron proponuje robienie zadymy w Polsce”

Nawet francuskie media publiczne krytykują prezydenta Francji za wezwanie aktywistów ekologicznych do protestu nad Wisłą. – Prezydent Emmanuel...

zobacz więcej

Macron chce tworzyć twarde jądro UE wokół najmocniejszych państw i następnie kilka koncentrycznych kół (de facto gorsze kategorie krajów unijnych). Oczywiście głównym partnerem w tym dziele miał być Berlin. Na początku prezydentura Macrona wyglądała jak triumf germanofilii w Paryżu. Nowy rząd uznano za „najbardziej niemiecki”, jaki mógł powstać. Premier Edouard Philippe to absolwent uczelni wyższej w Bonn, zaś doradca ds. dyplomacji prezydenta Philippe Etienne to były ambasador w Berlinie. Za bardzo bliskie niemieckim uznano poglądy na kwestie ekonomiczne i podatkowe ministra gospodarki i finansów Bruno Le Maire’a.

Prezydent chciał uruchomić dynamiczny francusko-niemiecki silnik, który napędzi UE. Jednak Niemcy nie chcą radykalnie reformować Unii Europejskiej. Pasuje im status quo, sposób działania struktur unijnych, wspólny rynek, strefa euro. W efekcie przez dwa lata Macron nie był w stanie nic zrobić. Ambitne propozycje reformy UE, w tym powstanie budżetu z prawdziwego zdarzenia dla strefy euro czy wspólnych norm socjalnych, zostały przez Niemców storpedowane. Prezydent Francji wziął więc rewanż w eurowyborach i procesie kształtowania nowego kierownictwa Unii korzystając z powolnego wycofywania się Merkel.– Oś francusko-niemiecka już nie istnieje. Emmanuel Macron jest rewizjonistą, który robi wszystko, co może, aby zniszczyć europejską demokrację. To wręcz germanofob – grzmiał wiosną tego roku przewodniczący delegacji CDU w Parlamencie Europejskim Daniel Caspary.

Ambicje nierealne

Przykładem wielkich ambicji i planów Macrona, które jednak na ogół się nie urzeczywistniają, jest kwestia Ukrainy. Po spotkaniu z Władimirem Putinem i szczycie G-7 (sierpień 2019) prezydent Francji ogłosił, że do szczytu „czwórki normandzkiej” dojdzie jeszcze we wrześniu. Tymczasem dobiega końca października, a o szczycie nic nie słychać. Być może w ogóle do niego nie dojdzie. Macron uwierzył Putinowi, a nie docenił realiów wielkiej polityki międzynarodowej – co nie najlepiej świadczy o polityku z tak wielkimi ambicjami.

Poseł PiS o Macronie: Napuszcza ekoterrorystów, żeby protestowali w Polsce

Zjednoczona Prawica jest oburzona słowami prezydenta Francji. Emmanuel Macron wezwał młodych ludzi do protestów w Polsce w związku ze zmianami...

zobacz więcej

Dążenie Macrona do resetu relacji europejskich z Moskwą budzi zresztą niepokój w wielu stolicach regionu Morza Bałtyckiego oraz Europy Środkowej. W połączeniu z korzystną dla Rosji decyzją ws. Bałkanów polityka prezydent Francji faktycznie wygląda zastanawiająco. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Macron, który mówi, iż porządek międzynarodowy chwieje się w posadach, sam się do tego nie przyczynia. Jest w tym jakaś logika – wszak prezydent wezwał francuską dyplomację, by „próbowała zbudować nowy światowy porządek”. Jak dodał podczas spotkania z ambasadorami Francji, kraj ten „musi być mocarstwem równowagi”.

Trudno ocenić, co dokładnie ma na myśli. Może to, iż chce rozmawiać z każdym na świecie. Francja może być regionalną potęgą, jednym z głównych rozgrywających w UE, potęgą kulturową i ekonomiczną, a także mocarstwem atomowym i jednym z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. Ale Francja nie jest supermocarstwem. Macron może mediować, tworzyć możliwości, być graczem, ale nie ma siły by narzucać komuś swoją wolę.

Paryżowi brakuje „hard power”. Macron wyrasta na lidera polityki europejskiej, ale to wynika nie z realnej siły Francji i zdolności prezydenta, ale ze słabości innych dużych krajów UE. Wielka Brytania w boleściach próbuje opuścić Unię (Brexit), Hiszpania nie ma stabilnej większości w parlamencie i na dodatek ma kryzys w Katalonii, Włochy również mają wewnętrzne problemy, zaś w Niemczech kończy się era dwupartyjna, a Merkel powoli odchodzi w cień. Macron jest silny słabością – być może tylko czasową – potencjalnych konkurentów do przewodzenia UE. Nie jest to zbyt mocna podstawa dla realizacji wielkich międzynarodowych planów.

źródło:
Zobacz więcej