Jedyny przegrany

Kto uwierzy w zwycięstwo koalicji, gdy uwierzyć nie chcą nawet partyjni koledzy jej przywódcy? (fot. PAP/Roman Zawistowski)

Można zaklinać rzeczywistość, liczyć głosy całej koalicji, choć koalicji już nie ma i na tej podstawie ogłaszać, że się wygrało, choć wygrali wszyscy inni. Ale kto w to uwierzy, gdy uwierzyć nie chcą nawet partyjni koledzy? Tak, te wybory mają bardzo wielu wygranych, ale Grzegorz Schetyna zdecydowanie do nich nie należy.

Borys Budka: Mówią mi, że czas, żeby moje pokolenie przejęło kierownictwo w partii

– To nie jest koniec, to jest początek – tak o swoim przywództwie w Platformie Obywatelskiej mówi Grzegorz Schetyna. Borys Budka jest jednak innego...

zobacz więcej

– Jeśli Grzegorz Schetyna nie straci władzy w partii, zapewniam, że w klubie będzie rozłam - mówi Julia Pitera. – Raczej zagłosowałabym na kontrkandydata. Jest bardzo duże oczekiwanie ze strony naszego elektoratu i ludzi PO, by zmiana nastąpiła. Mogliśmy wygrać te wybory – dodaje Joanna Mucha. Borys Budka, od kilku lat kreowany na młodego następcę, właściwie wprost deklaruje chęć objęcia przywództwa. „Do powrotu Donalda Tuska” – dopowiadają ci, którzy wciąż jeszcze w powrót ten wierzą.

Ważną rolę Tuska w rozpoczynających się wokół Schetyny intrygach widzi tygodnik „Wprost”. Przywołany w tekście Joanny Miziołek anonimowy działacz Platformy twierdzi wręcz, że szef Rady Europejskiej miał dać zielone światło dla zniszczenia obecnego szefa partii. Co więcej, razem z nim oberwać miałaby również Małgorzata Kidawa-Błońska, którą Schetyna, by ratować swoją pozycję, zgłosić miałby wkrótce jako kandydatkę na prezydenta RP. Dużo tu gdybania, dużo domysłów, niemniej scenariusz taki nie jest przecież niewiarygodny. Kidawa-Błońska miała już uratować Grzegorza Schetynę przed porażką w wyborach parlamentarnych. Plan zastąpienia mało charyzmatycznego speca od partyjnych rozgrywek ciepłą i kreowaną na słuchającą i rozumiejącą ludzi przyszłą panią premier wypalił częściowo, marszałek dostała bowiem dużo głosów z samej Warszawie, nie sposób jednak stwierdzić czy faktycznie wpłynęła znacząco na wynik całej partii.

Na pewno na wynik Schetyny, który po niespodziewanym przeniesieniu się na wrocławskie listy Platformy zdobył wynik gorszy, niż startująca z PiS posłanka i była kandydatka na prezydenta tego miasta Mirosława Stachowiak-Różecka. Trzeba to uznać za jedną z większych niespodzianek tej kampanii. W Warszawie, wciąż nastawionej bardzo anty-pisowsko, Schetyna zapewne wygrałby z Jarosławem Kaczyńskim, co obnosiłby w ferworze partyjnych rozliczeń jako mandat do sprawowania dalszej władzy.

Senat z przewagą opozycji. Ale blisko remisu

Kandydaci popierani przez opozycję zdobyli większość 52 mandatów w Senacie – wynika z danych zaprezentowanych przez Państwową Komisję Wyborczą....

zobacz więcej

Mandatem do dalszego sprawowania władzy w PO i czymś w rodzaju politycznego alibi dla Schetyny mógłby być Senat. Tu bowiem udało się, przynajmniej do tego momentu, zrealizować plan oparty o pakt o nieagresji sił, tworzących wcześniej Koalicję Europejską. Tam, gdzie startował kandydat Platformy, ludowcy i lewica odpuszczali i wzajemnie, silniejsza partia nie wchodziła w drogę kolegom. Gdzieniegdzie równowagę zachwiać mogli kandydaci bez autoryzacji koalicji, lecz żaden z nich nie okazał się być na tyle mocny by wejść do Senatu, lub przynajmniej mimochodem pomóc PiS w myśl zasady „Gdzie dwóch się kłóci, tam trzeci korzysta”. Choć wróżono, że wygraną PiS może zakończyć się start odbierających głosy kandydatom paktu senackiego Moniki Jaruzelskiej i Pawła Kasprzaka, również w ich okręgach nie doszło do niespodzianki.

Po wyborach jednak sytuacja nie wygląda już tak różowo. Jak wiemy PiS wprowadził do izby wyższej 48 senatorów, mandat zachowała też wspierana przez tę partię Lidia Staroń. PO drugiej stronie znajduje się 43 senatorów Koalicji Europejskiej, oraz trzech reprezentantów PSL i dwóch – SLD. Listę kończą trzej kandydaci niezależni, de facto związani jednak z koalicją, Stanisław Gawłowski, Krzysztof Kwiatkowski i Wadim Tyszkiewicz, który już zdążył w stylu godnym Krystyny Jandy ni to obrazić, ni to postraszyć wyborców PiS.

Pitera: Jeśli Schetyna nie odejdzie, będzie rozłam

Jeśli Grzegorz Schetyna nie straci władzy w partii, zapewniam, że w klubie będzie rozłam – oświadczyła Julia Pitera. W opinii byłej europosłanki...

zobacz więcej

Te wyniki pokazują jednak, że Schetyna bardzo sprytnie podzielił między siebie i koalicjantów miejsca biorące w taki sposób, by Platformie przypadło prawie wszystko. Podobnie stało się zresztą w Sejmie, jednak trudno spodziewać się oznak niesubordynacji ze strony raptem szóstki posłów Nowoczesnej. Senat, zwłaszcza w sytuacji tak niewielkiej różnicy głosów, to zupełnie inna sprawa i świadomość ta dotarła już do liderów PSL i Lewicy. Dotarło do nich również, że Grzegorz Schetyna stracił nie tylko mandat do bycia liderem Platformy, lecz również, tym bardziej, do dyktowania czegokolwiek innym partiom opozycyjnym.

– Jeśli lider Platformy Obywatelskiej Grzegorz Schetyna zakłada, że będzie innym partiom opozycyjnym dyktował warunki w Senacie, to jest w błędzie – mówi Władysław T. Bartoszewski, świeżo upieczony poseł PSL z Warszawy. W podobnym tonie wypowiadają się również Robert Biedroń i Włodzimierz Czarzasty. Najdalej idzie jednak Władysław Kosiniak-Kamysz, mówiący, że dziś nie ma już lidera opozycji.

Pitera o kampanii prezydenckiej: Nie wiem, czy Kidawa-Błońska podoła fizycznie

W Platformie Obywatelskiej nie ma forum, gdzie można podzielić się swoimi uwagami – uważa była posłanka i europosłanka PO Julia Pitera. Na antenie...

zobacz więcej

Trzeba zwrócić uwagę na kolejny aspekt wyników wyborów. Choć aktywiści Koalicji pocieszają się wyliczeniami, ze tak naprawdę anty-PiS uzyskał więcej głosów, niż PiS, nie jest to już do końca prawdą. Nie tylko dlatego, że do swojego klubu zaczynają już zaliczać Konfederację, która, jeśli faktycznie uznać ją za kolejne ugrupowanie anty-PiS, opiera się w swojej opozycyjności na zupełnie innych przesłankach. Gdyby jednak wyborcy chcieli anty-PiSu, głosowali by tylko na Platformę z przystawkami. Zarówno PSL, jak SLD w niedawnej kampanii wyborczej próbowały bowiem wyjść poza ten dominujący latami polską politykę podział i choć nie ukrywały, że do Jarosława Kaczyńskiego jest im dalej, niż do Grzegorza Schetyny, zapowiadały zupełnie inny model opozycyjności, przez ludowców zresztą praktykowany już w Sejmie VIII kadencji.

Podobny schemat działania przywołany już Władysław T. Bartoszewski zapowiada również w nowej kadencji. W „Kwadransie politycznym” na antenie TVP mówił między innymi, że w poprzedniej kadencji PSL w sejmie głosowało za ustawami socjalnymi, a przeciw ustawom, łamiącym (wg ludowców) praworządność i obecnie, także w Senacie, będzie tak samo.

Prawo i Sprawiedliwość wygrywa wybory parlamentarne

Prawo i Sprawiedliwość wygrywa wybory parlamentarne. Na partię Jarosława Kaczyńskiego zagłosowało 43,6 proc. wyborców – wynika z sondażu exit poll...

zobacz więcej

I tu właśnie otwiera się dla PiS zupełnie nowe pole działania, które można cynicznie sprowadzić do realizacji zasady „Dziel i rządź”, w praktyce może jednak doprowadzić do zyskania sojuszników, przynajmniej w niektórych, bardzo istotnych dla Polaków, działaniach. Jeśli bowiem na etapie prac sejmowych uda się uzyskać poparcie PSL i/lub SLD przy ustawach, dotyczących spraw socjalnych, zaś ludowców również w kwestiach światopoglądowych, trudno wyobrazić sobie, by ich koledzy w senacie głosowali przeciw ustawom, przyjętym głosami ich klubów. Dlatego też, z myślą o Senacie, już na etapie praw w Sejmie należy szukać porozumienia z mniejszymi partiami, choć nie wymaga tego sejmowa arytmetyka.

Takie szukanie konsensusu może być cenne dla obu stron – dla PiS, by realizować swoje zamierzenia na kolejne lata, dla opozycji, by pokazać, że faktycznie próbuje działać merytorycznie i odróżniać się od „opozycji totalnej”. Wydaje się zresztą, że politycy tych partii zauważyli coś, co nadal nie dociera do Platformy i Nowoczesnej, mianowicie fakt, że PiS dostał rekordową liczbę głosów i dłużej nie można już liczyć, że prawicowy rząd jest jakimś jednorazowym wybrykiem demokracji, który po jednej kadencji odejść musi w pozaparlamentarny niebyt.

Subwencje wyborcze: SLD i PSL nie zamierzają dzielić się pieniędzmi z koalicjantami

PSL i SLD nie zamierzają dzielić się pieniędzmi z subwencji ze swoimi koalicjantami. Jak przekonuje lider ludowców Władysław Kosiniak-Kamysz, „nie...

zobacz więcej

Senat wydaje się jak na razie najciekawszym miejscem w tym nowym politycznym rozdaniu, ale i w sejmie może być ciekawie. Zapowiedzią tego, co nas czeka były niepotwierdzone ostatecznie informacje, że posłowie, wybrani z list konfederacji, stworzą dwa koła poselskie. Jeszcze przed wyborami pojawiły się plotki, że swoją odrębność w strukturach klubów i kół poselskich zaakcentuje partia Razem i wszystko wskazuje na to, że jej działacze faktycznie zasiądą osobno. Z samodzielności zrezygnuje natomiast zapewne Paweł Kukiz, najwyraźniej świadom przykrego faktu, że z sześcioma posłami niczego poza klubem PSL by i tak chyba nie zwojował. O ile bowiem Władysław Kosiniak-Kamysz może uznać się za zwycięzcę, ponieważ wymyślona przez niego formuła chrześcijańskiego centrum, mimo pewnych deficytów spójności przekazu przekonała wyborców, Kukiz powodów do satysfakcji specjalnie nie ma. Również finansowo, ponieważ duże partie, dające szyld mniejszym, będą jedynymi beneficjentami subwencji.

Pola do partyjnych manewrów, układanek, zaskakujących porozumień i wewnętrznych konfliktów jest w nowym parlamencie mnóstwo. Ponieważ jednak jedni politycy nauczyli się spełniać wyborcze obietnice, a inni, jak się okazało, przynajmniej obserwować i wyciągać wnioski z porażek, w przyszłość można patrzeć z pewnym optymizmem. Chyba, że jest się Grzegorzem Schetyną, oczywiście.

źródło:
Zobacz więcej