Migracyjny koszmar może powrócić. UE chce kar dla przeciwników kwot

W 2015 roku do Niemiec trafiło ponad milion migrantów (fot. Jeff J Mitchell/Getty Images)

Wizja ponownej, ogromnej fali migracyjnej zalewającej Europę jest o wiele bliższa spełnienia, niż mogłoby się wydawać jeszcze przed kilkoma miesiącami. Ofensywa tureckiej armii w Syrii, a także groźby dotyczące otwarcia granic dla migrantów – płynące z Ankary do UE – znacznie przybliżają tę perspektywę. Zachód wciąż nie jest gotowy na mierzenie się z tym problemem. Nie potrafił do tej pory jednoznacznie odciąć się od liberalnej polityki azylowej promowanej przez kanclerz Angelę Merkel i nie zabezpieczył swoich granic.

„Minister poniósł klęskę”. Fiasko planu Seehofera w sprawie relokacji migrantów

Niemiecka prasa komentuje w środę spotkanie unijnych ministrów spraw wewnętrznych w Luksemburgu. Dyskutowano na nim projekt relokacji migrantów...

zobacz więcej

Berlin i Paryż znów naciskają na Polskę i inne kraje sprzeciwiające się nielegalnej migracji, by wzięły udział w redystrybucji przybyszów. Odmowa ma się równać wymierzeniu kary finansowej.

Niedawne słowa niemieckiego ministra spraw wewnętrznych Horsta Seehofera, który w rozmowie z „Bild am Sonntag” wyraził obawy, że Europie grozi jeszcze większy kryzys migracyjny niż w 2015 r., nie są przesadą. Polityk ten, który w przeszłości pokazał się jako jeden z głównych krytyków promigranckiej polityki kanclerz Angeli Merkel, zaapelował o lepszą ochronę granic zewnętrznych wspólnoty. Zwrócił również uwagę, że sprawa jest pilna, gdyż od kilku miesięcy na greckie wyspy na Morzu Egejskim trafia coraz więcej migrantów.

Do połowy września dotarło tam, według danych Biura Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców (UNHCR), ponad 36 tys. przybyszów. Greckie władze zwracają uwagę, że rośnie nie tylko liczba uciekinierów z Syrii, w związku z wciąż trwającym tam konfliktem zbrojnym, ale także z Pakistanu i Afganistanu.

Co prawda, Seehofer zapewnia, że wraz z nową szefową Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen i przy poparciu kanclerz Merkel zrobi wszystko, by nie doszło do powtórki z 2015 r., ale nie przedstawia konkretnych rozwiązań. Te zaproponował kilka dni później, podczas szczytu w Luksemburgu i ograniczały się one do reanimacji systemu kwotowego, wzmocnionego groźbami kar dla opornych. To zaś nie spotkało się z akceptacją większości krajów członkowskich.

W rozmowie z „Bild am Sonntag” polityk ten wypowiadał się, zanim doszło do ofensywy tureckiej w Syrii wymierzonej w tamtejszych Kurdów. W jej efekcie już teraz z terenów objętych walkami ucieka tysiące cywilów. Turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan grozi zaś UE, że jeśli dalej będzie krytykować działania jego armii, to otworzy granice, a Europa ponownie zostanie zalana przez migrantów.

Szef niemieckiego MSW wzywa do ochrony granic UE: Grozi większy kryzys migracyjny niż w 2015 r.

Niemiecki minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer obawia się, że Europie grozi jeszcze większy kryzys migracyjny niż w 2015 roku. Szef resortu w...

zobacz więcej

Już wcześniej Ankara przestrzegała, że podejmie taką decyzję, jeśli UE nie zwiększy środków na ich utrzymywanie. Turcja otrzymuje na bazie porozumienia z Brukselą z 2016 r., dotyczącego odsyłania z Grecji migrantów z powrotem do Turcji, 6 mld euro rocznie.

Ankara domaga się nie tylko większych środków, ale także ułatwień wizowych dla swoich obywateli, pogłębienia unii celnej i pomocy w tworzeniu strefy bezpieczeństwa na terytorium Syrii. Ofensywa turecka w tym kraju nie tylko uniemożliwia zrealizowanie tych postulatów, ale wprost przeciwnie, bardzo oddala od siebie obie strony i generuje między nimi kolejne konflikty.

Największe powody do obaw ma Grecja. Z najnowszych danych Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej (Frontex) wynika, że o 14 proc. wzrosła w poprzednim miesiącu liczba wykrytych nielegalnych przekroczeń granic UE. Dochodzi do tego głównie z powodu sytuacji na Morzu Egejskim i przepraw do Grecji.

Od stycznia do września liczba przekroczeń unijnych granic we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego wzrosła prawie o jedną piątą w porównaniu z ubiegłym rokiem. W tym czasie dotarło tam ponad 50 tys. osób, wśród których prawie 40 proc. stanowili Afgańczycy. Wciąż najczęściej wybieraną przez przybyszów trasą są Bałkany Zachodnie.

W związku z tą dramatyczną sytuacją władze w Atenach zaapelowały do NATO o zwiększenie liczby patroli morskich na Morzu Egejskim. W Grecji jest obecnie 70 tys. migrantów, a obozy na należących do niej wyspach są już dawno przepełnione.

Imigranci podłożyli ogień na Lesbos. Nie żyją matka i dziecko

Dwie osoby zginęły w pożarze, który wzniecili imigranci w przepełnionym ośrodku dla uchodźców Moria na greckiej wyspie Lesbos. Jak podała w...

zobacz więcej

UE tymczasem wciąż nie potrafi przedstawić skutecznej polityki w celu przeciwstawienia się nielegalnej migracji. Nie wyciągnęła również wniosków z 2015 r. i konsekwencji promigranckiej polityki promowanej przez kanclerz Merkel.

Do grona krajów, których władze opowiadają się za przyjmowaniem migrantów – jak Niemcy, Francja czy Hiszpania – dołączyły niedawno ponownie Włochy. Po tym, jak doszło tam do zmiany rządu, włoskie władze znów zgodziły się na otwarcie swoich portów dla statków ratujących migrantów na Morzu Śródziemnym.

W efekcie, pod koniec września, kraj ten, a także: Francja, Malta, Niemcy i Finlandia porozumiały się w sprawie redystrybucji migrantów w krajach UE gotowych ich przyjąć. Chodzi o automatyczną relokację wszystkich osób ubiegających się o azyl, nie tylko tych, które otrzymały status uchodźcy.

Podczas spotkania na Malcie ustalono zasadę dobrowolnej rotacyjności portów, do których będą zawijać statki z migrantami, co oznacza, że nie będą one przybywać jedynie do włoskich czy też maltańskich.

Redystrybucja ma się odbywać na podstawie systemu kwot, ustalonego w zależności od liczby państw członkowskich UE, które przystąpią do porozumienia. Podział migrantów ma następować w ciągu miesiąca od zejścia migrantów na ląd.

Wykryto prawie 800 firm zatrudniających nielegalnych imigrantów

W efekcie kontroli przeprowadzonej przez podległy rządowi Portugalii Urząd ds. Cudzoziemców i Granic (SEF) służby tego kraju wykryły blisko 800...

zobacz więcej

Porozumienie to, chociaż podpisane jedynie pomiędzy kilkoma krajami unijnymi, zawiera zapowiedź kar finansowych, które mogą być wymierzone w Polskę i wszystkie państwa przeciwstawiające się temu mechanizmowi. Głównym rzecznikiem ich stosowania jest francuski prezydent Emmanuel Macron, który już wielokrotnie w przeszłości dał się poznać jako zdecydowany przeciwnik prowadzenia suwerennej polityki przez Europę Środkowo-Wschodnią.

Propozycje te, jak można się było spodziewać, spotkały się z bardzo negatywnym przyjęciem przez państwa tego regionu. System kwot nie sprawdził się w poprzednich latach i był przedmiotem zdecydowanej krytyki wielu krajów członkowskich, także tych, które się początkowo za nim opowiadały. Chociaż wydawało się, że Bruksela pogodziła się z niemożliwością jego zrealizowania, to jednak wciąż jest on przywoływany.

Mimo tego, że obecne propozycje promowane są jako dobrowolne, możliwość stosowania kar wobec tych, którzy na nie się nie zgadzają, świadczy o hipokryzji sygnatariuszy. A także o tym, że wciąż nie rozumieją oni, że takie kraje jak Polska nie pozwolą na dyktat.

Doskonale tę zależność opisał komentator węgierskiego dziennika „Magyar Nemzet” Zoltan Kottasz, który podkreślił, że przez promowanie systemu redystrybucji „Europa sama się zwabia w bezdenną pułapkę”, gdyż wysyła migrantom komunikat: rzućcie się do morza, a my was uratujemy, przyjmiemy i zapewnimy utrzymanie.

Według Kottasza choć porozumienie na razie dotyczy tylko kilku krajów i teoretycznie jest dobrowolne, to „dobrze wiemy, co to oznacza w Unii Europejskiej. (...) Nie ma możliwości wyboru”. „Zatem uznane niegdyś za martwe kwoty żyją i kwitną” – pisze komentator.

„Imigranci przyjeżdżają do Europy, by zmieniać ją w kraj, z którego wyjechali”

Imigranci przyjeżdżaj do Europy, by zmieniać ją w kraj, z którego wyjechali – uważa Eduardo Bolsonaro, syn prezydenta Brazylii, który obecnie jest...

zobacz więcej

Polska jest jednym z krajów UE najmocniej przeciwstawiających się unijnej liberalnej polityce migracyjnej, za co spotyka się z szykanami i oskarżeniami o łamanie solidarności europejskiej. Zapowiedzi kar nie robią jednak na Warszawie i innych stolicach Grupy Wyszehradzkiej wrażenia.

Rządy Europy Środkowo-Wschodniej muszą się jednak szykować na kolejne starcie. Propozycje z Malty mogą się bowiem przełożyć na konkretne groźby finansowe. Co więcej, nie ma co liczyć na merytoryczny spór z promigranckimi środowiskami w UE, gdyż odrzucają one z miejsca logiczny wywód podważający prowadzoną przez nich politykę.

Już teraz przedstawiona przez fińską prezydencję propozycja dalszej redukcji budżetu UE na lata 2021-27 ma ograniczać fundusze spójnościowe w ramach sumy na rozwój. Dodatkowo proponuje się, by wypłata środków była powiązana z praworządnością – co, jak pokazuje dotychczasowa praktyka, ma służyć do karcenia „nieposłusznych” unijnych członków. Z funduszy spójnościowych miałaby być również finansowana integracja migrantów.

Niedawno prezydent Andrzej Duda tłumaczył, że Polska nie będzie ulegać naciskom w sprawie kwot, choć docenia wkład państw południowej Europy w opanowanie kryzysu migracyjnego. Zwracał przy tym uwagę, że nasz kraj otworzył się na migrantów z Ukrainy, w której wciąż toczy się wywołany przez Rosję konflikt zbrojny.

– Przybywają do nas z nadzieją na lepszą przyszłość, a my nie zamykamy przed nimi naszych granic – mówił polski prezydent.

Dodał przy tym, że Polska w zeszłym roku wydała ponad 300 tys. pozwoleń na pracę dla migrantów spoza UE, co jest największą liczbą w całej Wspólnocie. Nasz kraj bierze też udział w kilku mechanizmów pomocowych, skierowanych do kluczowych z punktu widzenia migracyjnego państw trzecich, a także wspiera je humanitarnie.

Nie ulega wątpliwości, że rząd w Warszawie wypełnia swoje zobowiązania wynikające z kryzysu migracyjnego. Wpiera obronę granic zewnętrznych UE, realizuje projekty w ramach „pomocy na miejscu”, a także przeciwstawia się pro migracyjnym tendencjom w UE. To jednak nie ochroni Polski przed atakiem krajów, których odpowiedzią na przeciwstawienie się kryzysowi migracyjnemu jest jeszcze liczniejsze przyjmowanie migrantów.

Petar Petrović

Autor jest dziennikarzem Polskiego Radia

źródło:
Zobacz więcej