Była współpracownica Brejzów opowiada, jak działał „wydział nienawiści”

Przez wiele lat była bliskim współpracownikiem rodziny politycznej Brejzów. Brała udział w ich kampaniach wyborczych, dbała o ich wizerunek, zapewniała kolejne zwycięstwa polityczne. Pewnego dnia stanęła przed dramatyczną decyzją: przystać na ich działania w zamian za wygodne życie, czy stanąć po stronie prawa. Jak mówi, „obawia się o własne bezpieczeństwo”, ale nie żałuje, bo wybrała prawdę. Dziś – po ponad dwóch latach – przerywa milczenie.

Pereira: Poseł Brejza był od początku inspiratorem działań w „wydziale nienawiści”

Od początku do końca poseł Platformy Obywatelskiej Krzysztof Brejza był inspiratorem działań, które odbywały się w inowrocławskim ratuszu....

zobacz więcej

Rozmowa portalu tvp.info z byłą bliską współpracownicą Ryszarda i Krzysztofa Brejzów, która była świadkiem ich działań oraz tego, jak funkcjonował słynny Wydział Kultury, Promocji i Komunikacji Społecznej Urzędu Miasta Inowrocławia.

MILCZENIE W STRACHU

Co panią skłoniło do tego, aby przerwać milczenie?


Od kilku tygodni obserwuję festiwal kłamstw Krzysztofa Brejzy. Poziom manipulacji, jakich się dopuszcza, jest wprost niewyobrażalny. Kreuje siebie na ofiarę. A co z jego ofiarami? Co z tymi, których ci ludzie niszczyli? Wreszcie – co z inowrocławianami, których ci ludzie okradali, finansując swoje cele polityczne? Ryszard Brejza poświęcił Inowrocław dla kariery syna, który traktując miasto jak własny folwark uwikłał siebie i miasto w działania przestępcze. Dość! Inowrocław to piękne miasto. Mieszkają tutaj wspaniali, pracowici ludzie, którzy nie zasługują na to, aby ich okradać. Nikt nie ma prawa okradać inowrocławian – nawet jeśli jest posłem lub prezydentem.

Nazywaliście to „wydziałem propagandy”. Co to było?

To był wydział stworzony dla i nadzorowany przez posła Krzysztofa Brejzę – prywatnie syna prezydenta Inowrocławia Ryszarda Brejzy. Prezydent Ryszard Brejza oddał synowi część inowrocławskiego urzędu, żeby on mógł robić sobie kampanię i osiągać długoterminowe cele. W ramach tego było też niszczenie ludzi, takie bardzo zdecydowane i pełne nienawiści. Jego „człowiekiem od brudnej roboty” był pan Wojciech Sz., który np. często mówił o kimś, że „należy wyrwać chwasta” i to był jeden z łagodniejszych opisów. Stąd też mój strach i dlatego rozmawiamy anonimowo, bo nie ukrywam, że nie chciałabym któregoś pięknego dnia np. zostać potrącona na przejściu dla pieszych.

Uważa pani, że zagrożenie jest realne?

Gdyby nie było realne, to nie ukrywałabym się w ten sposób. Dotychczas z nikim na ten temat nie rozmawiałam i, powiedzmy sobie szczerze, to jest dość specyficzna forma samotności, bo ja żyję z bliskimi mi osobami, którym też o tym nie mówiłam. To bardzo duży ciężar. Proszę pamiętać, że decyzja (ujawnienia procederu służbom – red.), którą podjęłam 2,5 roku temu, nie była łatwą decyzją. Cały czas ponoszę jej konsekwencje, chociażby w ten sposób.

Jak działał „wydział nienawiści” Brejzy. Szokujące zeznania nt. procederu niszczenia w sieci

– Od początku jak pracowałam w urzędzie poseł Brejza przychodził raz w tygodniu. Na tzw. naradach wskazywał osoby, które należy atakować w...

zobacz więcej

Jak długo nie rozmawiała pani z mediami na ten temat?

Afera fakturowa wybuchła jakieś dwa lata temu. Ja żyję tą aferą, powiedzmy, pół roku dłużej. Nie rozmawiałam z nikim dotychczas na ten temat, dbając również o swoje bezpieczeństwo i obawiając się zemsty „rodziny” Brejzów, bo gdy mówimy o Brejzach, mówimy nie tylko o rodzinie mającej to samo nazwisko i ich rodzinie politycznej, ale mówimy o zorganizowanej grupie przestępczej, stworzonej i kierowanej przez posła Krzysztofa Brejzę, w której udział miał również jego ojciec.

Użyła pani mocnego słowa, mówi pani o „grupie przestępczej”. Dlaczego?

Mówię tak, bo przy Brejzie działało jedno środowisko, które było pewną, działającą grupą, a później doszła struktura urzędu: naczelnik i poszczególni pracownicy, którzy dokonywali przestępstw. Ten wydział ze swoimi strukturalnymi ramami stał się swego rodzaju kołem zamachowym, pozwalającym im działać skuteczniej.

POWSTANIE SPECWYDZIAŁU

W którym momencie wydział działał normalnie, a kiedy stał się wydziałem specjalnym?

Nie wiem, czy on kiedykolwiek działał normalnie. Pierwsze „lewe” faktury zostały wystawione już kilka tygodni po zatrudnieniu pani Agnieszki Ch. w urzędzie miasta. Mówienie, że on działał kiedykolwiek normalnie, jest nadużyciem.

W jakich okolicznościach ten wydział powstał?

Najpierw był Wydział Oświaty, Kultury, Promocji i Sportu Urzędu Miasta Inowrocławia i ten wydział podzielono na pół. Wydział Oświaty i Sportu został pod egidą starego naczelnika, a równolegle powstał nowy, już osobno, i tam dodano człon „komunikacji”. Tak powstał słynny Wydział Kultury, Promocji i Komunikacji Społecznej.

Co się stało ze starymi pracownikami?

Jeden z pracowników, starsza pani, dość szybko została przekonana, żeby odejść na emeryturę, a inny, z poprzedniego zespołu, został przesunięty do innego wydziału. W sumie ze starej ekipy zostały dwie osoby, z czego jedna – Anna S. dopiero po kilku miesiącach wróciła z wychowawczego. Zresztą Anna S. szybko po powrocie dobrze odnalazła się w nowej ekipie i – jak się później okazało – kradła razem z nimi; również ma zarzuty. Do urzędu wjechały zupełnie nowe osoby, zupełnie nowa struktura – która zresztą funkcjonowała w biurze poselskim Krzysztofa Brejzy, gdzie miała charakter nieformalny.

„Wydział nienawiści” w Inowrocławiu. „Jak scenariusz gangsterskiego filmu”

Krzysztof Brejza, szef sztabu wyborczego Koalicji Obywatelskiej, w żaden sposób nie odniósł się do zarzutów, że w urzędzie miejskim w Inowrocławiu...

zobacz więcej

Ile osób wchodziło w skład nowego zespołu?

Nowy naczelnik i kilkoro nowych pracowników. Poza jedną osobą i jeszcze jedną – która bardzo szybko odnalazła się tutaj, mówię o pani S. – to nie było nikogo więcej ze starych pracowników. Razem ok. 10 osób, one też się zmieniały.

Mówimy o 10 zaufanych osobach Krzysztofa Brejzy?

Tak. Np. pani od finansów to była zaufana przyjaciółka pani Agnieszki Ch. To ona sobie ją ściągnęła. Wojciech Sz., Mateusz S., to ludzie wprost z biura poselskiego. Ta „zorganizowana grupa przestępcza” działała wcześniej, natomiast w momencie stworzenia wydziału ona nabrała pewnego charakteru struktury i zyskała możliwości finansowania swojej działalności, a przynajmniej współfinansowania z pieniędzy publicznych. Dlatego wątek faktur jest tak istotny, bo dzięki tym fakturom można było finansować inne działalności.

Jaki był cel działania wydziału?

Celem było zbudowanie wizerunku Krzysztofa Brejzy i oczywiście Ryszarda Brejzy. Krzysztof Brejza miał ambicje zostać ministrem sprawiedliwości i żeby to zrobić, musiał pokonać konkurencję, wybić się wewnątrz partii oraz musiał się pozbyć konkurencji na zewnątrz.

Mówimy o 2014 r. czy o okresie już po wyborach w 2015 r.?

Wydział powstaje na przełomie 2014 i 2015 r. Natomiast ambicje Krzysztofa zaczynają się wcześniej.

Miał nadzieję, że w 2015 r. wygra PO i on zostanie ministrem sprawiedliwości?

Nie, jemu zależało na następnych wyborach. On wiedział, że w tych wyborach w 2015 r., nawet, gdy wygra PO, to on nie ma jeszcze szans na zostanie ministrem sprawiedliwości. On wiedział, że potrzebuje czasu. Czasu, który musi przepracować; i to robił. Widzieliśmy to wszyscy: w jaki sposób atakuje, w jaki sposób działa zewnętrznie. Potrzebował do tego też zaplecza promującego te jego wystąpienia.

Słyszała pani kiedyś, żeby on powiedział że ma takie ambicje?

Tak. Proszę pamiętać, że ja przez wiele lat byłam osobą bardzo blisko współpracującą z Brejzami, byłam świadkiem wielu rozmów i uczestniczyłam w wielu decyzjach podejmowanych przez nich. Wiedziałam też o ich dalekosiężnych planach.

„Teraz wiem, że to nie mieszkańcy mnie nienawidzili, tylko jeden zły człowiek”

„Jestem w szoku. Często zastanawiałem się, dlaczego w internecie pod różnymi moimi pomysłami na usprawnienie czegoś w mieście pojawiają się bardzo...

zobacz więcej

Jakich?

Oni potrzebowali szerszych działań. To, co się działo w biurze poselskim lub wśród zaprzyjaźnionych osób, które tam pisały itd., to było za mało. Trzeba było nadać temu wszystkiemu charakter instytucjonalny, strukturalny – po to, żeby on mógł to kontrolować. Musieli też mieć na swoje działania środki, żeby działać efektywnie. Krzysztofowi zależało na zrobieniu kariery, a żeby to osiągnąć, musiał najpierw wewnątrz Platformy pokazać efektywność swoich działań, uzyskać przewagę, która była mu potrzebna w partii. Pokazać, że jest cytowany tutaj, że jest promowany, że o nim się mówi, jest wykorzystywany itd. itp. Te sondy, o których była mowa w mediach, choćby instrukcje Aleksandry Brejzy, które mogą z pozoru wydawać się nieważne – one były niezwykle istotne! One pozwalały Krzysztofowi na forum partii pokazywać skuteczność swoich działań. Mówimy tu o celach politycznych całej rodziny Brejzów - żeby Krzysztof i Ryszard mieli sukces, sukces muszą też mieć np. ich radni, bo muszą mieć większość w radzie.

FINANSOWANIE KAMPANII

Na przykład?


Pani Lidia S. Ona wygrała wybory uzupełniające do Rady Miejskiej Inowrocławia, a jej kampania wyborcza, przynajmniej w części, była finansowana z „lewych” faktur Urzędu Miasta Inowrocławia. Mało tego, odbywało się to w ten sposób, że przynajmniej część pracowników wydziału brała udział w przygotowywaniu tych materiałów. Mogę domniemać, że w komputerach zabezpieczonych przez CBA jest korespondencja mailowa z firmą, która przygotowywała jej gadżety wyborcze. Mówię tu o jej projektach kampanijnych.

To było finansowane z budżetu miasta Inowrocławia. Mało tego! To się odbyło za zgodą i wiedzą prezydenta Ryszarda Brejzy. Jego zapewnienia, że o niczym nie wiedział, są absurdalne. On wręcz wydał polecenie pomocy na wszelkie możliwe sposoby pani Lidii S. i wiedział, w jaki sposób ta pomoc jest udzielana.

Mówimy też o kampanii parlamentarnej 2015 r.?

Tak. Tam na pewno część rzeczy była kupowana w ten sposób. PKW nie badała tego, ale nawet gdyby badała, to jak są w stanie ustalić, ile było banerów? Będą jeździć i liczyć? Rozumie pan? Jest to pewien problem, bo na fakturze był np. tysiąc, a faktycznie wyprodukowano dwa tysiące. A na urząd przyszła faktura…

…na coś innego?

Na inną usługę, która faktycznie nie miała miejsca. To mogły być jakieś plakaty, ulotki, a imprez kulturalnych wtedy było mnóstwo.

To jeszcze raz. Tysiąc idzie oficjalnie ze środków komitetu…

…a faktycznie przychodzi dwa tysiące. Jest oddzielna faktura na miasto, inaczej opisana. Nie jako materiał wyborczy, tylko ulotki, banery, cokolwiek, bo akurat są takie lub inne wydarzenia kulturalne.

„Prezydent Brejza przyznaje, że informacje o »wydziale nienawiści« są w materiałach śledztwa”

– Prezydent Inowrocławia Ryszard Brejza ogłosił, że składa zawiadomienie do prokuratury o wycieku materiałów, czym de facto przyznaje, że te...

zobacz więcej

W to wszystko ta firma też była wtajemniczona?

Oczywiście i dlatego CBA wchodziło nie tylko do pracowników, ale też do firm. Proszę pamiętać że to się działo wtedy, kiedy dyrektorem biura poselskiego była pani Magdalena Ł., obecna kandydatka do Sejmu, która tak bardzo się skarżyła, że CBA weszło jej do domu, a ona o niczym nie wie. Ona była przecież dyrektorem biura! Musiała być zaangażowana w kampanię.

PRODUKCJA FAKTUR

Jak wyglądał schemat działania?


CBA ustaliło, że łączna skradziona kwota wynosiła mniej więcej 250 tys., a moim zdaniem mówimy o kwocie przynajmniej pół miliona złotych w ciągu dwóch lat. Są to działania doraźne, które miały dać któremuś z Brejzów lub ich rodzinie splendor, promocję, marketing, generalnie PR, działania dotyczące hejtu i finansowania kampanii wyborczej, na pewno - przynajmniej w części - kampanii pani Lidii S. i posła Krzysztofa Brejzy.

Odbywało się to za wiedzą i zgodą Ryszarda Brejzy?

Tak. Prezydent najpierw umożliwił synowi utworzenie takiego wydziału i kierowanie nim, a następnie wspólne czerpanie korzyści materialnych z tego.

Na przykład?

Szlachetna Paczka. Był taki moment, kiedy prezydent Brejza stwierdził, a w zasadzie doradzono mu, żeby ocieplić wizerunek poprzez wzięcie udziału w akcji Szlachetnej Paczki. Przynajmniej część rzeczy kupionych przez niego, osobę prywatną, a nie jako urząd pochodziła z pieniędzy skradzionych z budżetu miasta. On musiał o tym wiedzieć.

„Skradzionych”?

Z lewych faktur. Teraz przechodzimy do mechanizmu. Mówimy o trzech drogach. Po pierwsze o zawyżonych fakturach za usługę. Po drugie o fakturach wystawionych przez faktycznych przedsiębiorców, faktycznie przez nich wystawionych, ale na usługę fikcyjną, która nie została przez nich zrealizowana. Po trzecie o fakturach wystawionych teoretycznie przez przedsiębiorców z drugiego końca Polski, którzy nie mieli pojęcia, że ktoś na nich wystawia fakturę. Po prostu ich dane zostały skradzione i wpisane na fakturę. Te faktury były wypłacane gotówką w kasie urzędu miasta.

Trzeci wariant wydaje się ryzykowny. Wystarczy, że przedsiębiorca zgłosi się do odpowiednich służb.

Przez dwa lata nikt się nie zgłosił, bo przedsiębiorca najzwyczajniej nie wie o tym, że ktoś w jego imieniu wystawia fakturę. Ściąga pan sobie z komputera dane firmy, wprowadza pan to do darmowego programu fakturowego w internecie i ma pan fakturę, którą wystarczy jedynie wydrukować. Na koniec podrabia pan podpis osoby wystawiającej.

Ten człowiek, który mieszka na drugim końcu Polski, nie wie, że ktoś w jego imieniu wystawił fakturę, która zostaje złożona w Biurze Obsługi Interesantów Urzędu Miasta. Jest obieg dokumentów, są oczywiście wszystkie pieczątki.

„Nie wdawać się w dyskusję, klepać [komentarze]”. Instrukcje Brejzy dla „wydziału nienawiści”

W piątek portal tvp.info ujawnił nowe informacje ws. afery fakturowej w Inowrocławiu, przedstawiając schemat działania „wydziału nienawiści” jaki...

zobacz więcej

Taka faktura była sprawdzana?

Potwierdzana pod względem merytorycznym przez pracownika tego wydziału, przez panią zajmującą się budżetem wydziału i przez naczelnika. A pamiętajmy, że mówimy o naczelniku, który podlega bezpośrednio prezydentowi i ma uprawnienia znacznie szersze niż wielu naczelników z dużo większym stażem. Uprawnienia nadane przez prezydenta, który musiał ogromnym zaufaniem darzyć taką osobę, żeby pozwolić jej, by miała kontrolę nad sprawami finansowymi, nad którymi sam nie miał teoretycznie kontroli. Zwykle pracodawca chce mieć kontrolę nad pracownikiem, a tutaj taką kontrolę Brejza od siebie odsunął.

Dlaczego?

W razie gdyby złodziejstwo wyszło na jaw, to on nic nie wie, bo przecież nie miał wpływu. Co nie zmienia faktu – i to należy podkreślić – że wydział podlegał bezpośrednio prezydentowi.

Naczelnik nie obawiał się, że skoro taki jest schemat, to w sytuacji zagrożenia Brejza go wystawi?

To był wydział, który sam o sobie mówił, że to jest specwydział. Oni czuli się bardzo pewnie w urzędzie, wręcz chronieni przez Krzysztofa, a Ryszarda to nawet bardziej. Taki drobiazg, dość kuriozalny, ale pokazujący ten mechanizm: np. Pan Wojciech Sz., który związany był z biurem poselskim Brejzy i chwalił się nam, że należy do Platformy Obywatelskiej – telefonując do jednostek podległych urzędowi, przedstawiał się jako „Wojciech z Pałacu”. To było kuriozalne, ale pokazywało ich przekonanie, że są swego rodzaju dworem, że im wszystko wolno.

To działo się w niespotykany dotychczas sposób. Niespotykana dotychczas była też relacja między prezydentem Brejzą a panią Agnieszką Ch. oraz między nią a posłem. Ich narady, ale też spędzanie wolnego czasu wspólnie. Brak pewnego dystansu między pracownikiem a podwładnym. To jest coś, co Ryszardowi Brejzie do tej pory się nie zdarzało. Tutaj też wszyscy byli bardzo zdziwieni. To w końcu jest urząd, miejsce pracy. Żaden inny naczelnik, nawet z wieloletnim stażem, nigdy nie miał takich możliwości i nigdy tak bliskich relacji nie było.

A teraz się jej wyparli…

Po medialnych doniesieniach wyparli się bardzo szybko. To też jest stały mechanizm działania tych ludzi, którzy w momencie problemu – odcinają się. To akurat mnie nie dziwi.

Wróćmy do produkcji lewych faktur – przez ile rąk to przechodziło?

Ktoś przyjmuje do wydziału, ktoś podpisuje pod względem merytorycznym, ktoś podpisuje pod względem formalnoprawnym i finansowym. Faktura jest także opisywana – tzn. jakie zadanie zostało wykonane i w ramach jakiego wydarzenia. Na końcu podpisuje jeszcze naczelnik do wypłaty i to idzie do wydziału budżetowego, do wypłaty, czyli do kasy, gdzie pieniądze gotówką odbiera pracownik wydziału kultury, a nie firma.

„Brejza robi z siebie sierotkę Marysię, a jest wilkiem. To on uderza”

– Pan poseł Krzysztof Brejza to człowiek cyniczny, który wraz z ojcem stworzył tutaj w urzędzie miasta układ, który doprowadził do wyprowadzenia z...

zobacz więcej

Sprawna machina

To był mechanizm jak w organizacji przestępczej, gdzie każdy miał swoje zadania. Czuli się na tyle pewnie, że robili czasami rzeczy bardzo kuriozalne - np. firma, która nazywała się COOL ART., zajmowała się klimatyzacjami, stąd słowo „cool”, a nie dlatego, że ma związek z kulturą (art.), ale wydział kultury wystawił na nią fakturę za zorganizowanie wystawy fotografii. To była jedna z fikcyjnych faktur.

Przykład faktury gdzie przedsiębiorca był uwikłany, tzn. za swoją zgodą i wiedzą wystawiał fakturę, nie realizując usługi, a kasując potem pieniądze i przekazując je pani Agnieszce Ch. – nie wiem, czy w całości, czy w części – to była pani fryzjerka. Prowadziła niewielki zakład fryzjerski w Inowrocławiu. Według faktur i dokumentacji wydziału to właśnie ona miała zorganizować prapremierę filmu „Zjednoczone stany miłości” z udziałem reżysera pana Tomasza Wasilewskiego i pani Magdaleny Cieleckiej, która z tej okazji pojawiła się w Inowrocławiu.

Wszyscy byli wtajemniczeni? Nawet ci na końcu podpisujący?

Tak.

I ci wypłacający gotówkę?

Ci, którzy wypłacają, to inny wydział – budżetowy. Była nazwa firmy i pani pracująca w wydziale budżetowym niekoniecznie musiała wiedzieć, że to jest zakład fryzjerski (w nazwie nie było to podane – red.). Coś, co mogło wzbudzić zaniepokojenie wydziału budżetowego, to ilość gotówki wypłacanej w kasie. W dzisiejszych czasach standardem jest przelew.

Większość tych faktur była wypłacana gotówką, to były faktury do 10 tys. zł, bo powyżej tej kwoty już jest problem. Wewnętrzne uregulowania dotyczące przetargów, zapytań ofertowych itd. i tu jest problem. Tych małych faktur, do 10 tys., było dużo.

Komu tę gotówkę dawano do ręki?

Pobierając gotówkę osoba, która ją odbiera, podpisuje się w kasie urzędu. Zwykle była to pani Małgorzata W. Ona wypłacała te pieniądze, zanosiła do pani Agnieszki Ch. I to były pieniądze na różne rzeczy. Pamiętajmy, że faktury były wystawiane na realizację konkretnego zadania. Tylko to zadanie mogło się inaczej nazywać, opis faktury był po prostu inny.

Tak, żeby nie kojarzyły się z działaniami kampanijnymi?

Tak. A było to zamawiane w firmach, które robiły też inne zlecenia dla miasta, więc to nie było jakieś zaskoczenie dla urzędników. To też można było nazwać plakatami na imprezę, która akurat się odbywała. Proszę pamiętać, że kampania parlamentarna Krzysztofa Brejzy była współfinansowana. Jestem daleka od powiedzenia, że była finansowana, ale była współfinansowana ze złodziejstwa, jakie odbywało się w wydziale kultury.

Były również „drobniejsze” wydatki?

Grupa korzystała też z voucherów finansowych, które można było np. wręczyć, gdy komuś trzeba było podziękować. Oni połaszczyli się nawet na kawę. Doszło do tego, że była kupowana kawa – kapsułki do ekspresów i oni kupili to na potrzebę swojego specwydziału, a opisali, że to było spotkanie komisji stypendialnej, które faktycznie było inaczej obsługiwane.

Może się wydawać, że to drobiazg, natomiast to pokazuje, że nawet w tak drobnej sprawie czuli się pewnie. Natomiast pieniądze z tych fikcyjnych faktur, na które faktycznie nie realizowano usług – to w głównej mierze były pieniądze na hejt.

Inowrocławski ratusz „futrował swoich”. Kilkukrotne różnice w wydatkach na lokalne media

Różnice w wydatkach Urzędu Miasta Inowrocławia – gdzie pod kierownictwem posła PO-KO Krzysztofa Brejzy działał „wydział nienawiści” – na reklamę w...

zobacz więcej

Czyli?

To znaczy, że np. kupowano doładowania do telefonów po to, żeby pisać. Pamiętajmy, że to był okres, kiedy nie było jeszcze rejestracji kart na nazwisko. Wtedy jeszcze mogli (potem musieli wejść na TOR) i te doładowania były kupowane. Plus oczywiście proszę pamiętać, że osoby, które hejtowały, też były opłacane. Program 500 Plus dla hejtera też było trzeba z czegoś opłacić. Na to też szły pieniądze z lewych faktur.

Te 500 zł było tylko dla pracowników wydziału, czy były jakieś osoby z zewnątrz? Jakiś kuzyn, student?

Był pan Paweł K., pan Robert B., którzy też w tym brali udział. Oni zresztą potem mieli coś w rodzaju restauracji założonej w pomieszczeniach OSiR-u. Oni np. wystawili fakturę na urząd miasta, która została zapłacona, a tak naprawdę to była faktura za przyjęcie komunijne dziecka jednej z pracownic, pani Anny S. Agnieszka Ch. pozwalała na takie działania, bo wiedziała, że to i tak kropla w morzu przy tym wszystkim, co było finansowane.

MOMENT DECYZJI O UJAWNIENIU PRZESTĘPSTWA

W pewnym momencie podejmuje pani decyzję o poinformowaniu służb. Dlaczego ją pani podjęła?


Przez wiele lat byłam bliskim współpracownikiem Ryszarda i Krzysztofa Brejzów, ich rodziny politycznej. Budowałam ich kampanie wyborcze, byłam zaangażowana w tę pracę bardzo mocno. Nie ukrywam, że byłam też za to dobrze wynagradzana i to działało.

W pewnym momencie, już po powstaniu nowego wydziału, zaczęłam zauważać sygnały, które były dość niepokojące. Zaczęły się pojawiać dziwne pieniądze w ich przestrzeni. Zaczęły pojawiać się faktury, do których z czasem miałam dostęp i wydarzenia, które były w nich opisane kojarzyłam, bo funkcjonowałam w tym środowisku i wiedziałam, co jest robione, a co nie jest robione.

Miałam też doświadczenie z pracy z dokumentami, więc wiedziałam, jak je czytać i w jaki sposób pewne rzeczy powinny zostać zrobione, a nie były. Oczywiście na początku myślałam, że wynika to z tego, że ci nowi „urzędnicy” przyszli z innych miejsc, nie są jeszcze zorientowani, że może czegoś nie wiedzą i należy ich uświadomić, coś im wytłumaczyć, że pracują w urzędzie, gdzie są pewne procedury. Takie technikalia, obieg dokumentów itp. Potem zaczęło się tego pojawiać coraz więcej, zaczęłam się tym bardziej interesować i porównywać.

Z czasem zaczęłam dochodzić, jak to faktycznie było. Było mi łatwiej, bo łączyłam kilka środowisk, byłam zaangażowana, znałam też ludzi w urzędzie bardziej niż oni. Wiedziałam, kogo mam o co zapytać w taki sposób, żeby to nie wzbudzało niczyjego zainteresowania, a było mi to potrzebne, żeby ustalić, czy faktycznie coś się złego dzieje.

„To próba zniszczenia mnie”. Brejza o sprawie „wydziału nienawiści” w Inowrocławiu

Totalne bzdury, totalna szczujnia, uruchomiona akcja nagonki i próba zniszczenia mnie i mojej rodziny – powiedział w środę poseł PO-KO Krzysztof...

zobacz więcej

Kiedy przyszedł ten moment, gdy pani uznała, że tak, dochodzi w urzędzie do przestępstwa?

To były etapy. W pewnym momencie doszłam do tego, że oni zawyżają faktury. Wydało mi się to bulwersujące, natomiast to był dopiero początek. Później byłam już pewna, że oni wystawiają faktury za rzeczy, które nie są zrealizowane. Za rzeczy, które realizowało np. Kujawskie Centrum Kultury albo sam urząd miasta realizował, więc nikt nie miał prawa wystawiać za to faktury na firmy.

Nie ukrywam, że na początku nie wierzyłam w to. Zakładałam, że coś mi się wydaje i że jednak się mylę. Przecież skoro do takich rzeczy nie dochodziło nigdy, to teraz też nie dochodzi. Poświęciłam sporo czasu, żeby to dobrze sprawdzić. Kiedy nie miałam już żadnej innej możliwości, kiedy wiedziałam, że dochodzi do przestępstwa i to na dużą skalę – to mogłam podjąć tylko jedną z dwóch decyzji.

Jakich?

Udawać, że nic nie widzę albo stanąć po stronie prawdy. Nie ukrywam, że była to dla mnie trudna decyzja. Nie mogłam z tym iść do Ryszarda, bo wiedziałam, że on bierze w tym udział. Wiedziałam, że on czerpie z tego korzyści materialne. Patrz chociażby Szlachetna Paczka czy pani Lidia S. Nie miałam innej możliwości jak postarać się, aby te dokumenty dotarły do CBA, wraz z pewnym wyjaśnieniem czego one dotyczą, jak należy je czytać i co należy sprawdzić. CBA wkroczyło z kontrolą do Urzędu Miasta Inowrocławia, mając już dokumenty. Kserokopię tego, co ja im przekazałam. Oni już wiedzieli, czego szukają.

Wcześniej jeszcze, zbliżając się do tych ludzi, żeby pewne rzeczy ustalić, biorąc udział w ich spotkaniach - bardzo często słyszałam to, w jaki sposób rozmawiają, co oni planują, jak się wypowiadają o różnych ludziach, w jaki sposób chcą ich niszczyć. W związku z tym mając tę wiedzę z dwóch źródeł – dokumentów i rozmów z nimi w sytuacjach, gdy oni nie krępowali się, bo myśleli, że są w swoim gronie i mogą być szczerzy – musiałam podjąć jakaś decyzję.

Bała się pani?

Myślałam o tym, żeby wyprowadzić się na drugi koniec Polski, zapomnieć o sprawie. To byłoby najbezpieczniejsze wyjście, tym bardziej wiedząc, że pan Wojciech Sz. jest osobą groźną.

Skąd te obawy?

Oni zdrady w ich rozumieniu nie wybaczają. Pan Wojciech Sz. wielokrotnie wypowiadał się, że gdyby ktoś ich zdradził, to on jest zdolny do wielu działań.

Na przykład?

Byłby w stanie postarać się, żeby takiej osobie wracającej wieczorem do domu wytłumaczyć „ręcznie” w ciemnej bramie, że takich rzeczy się nie robi.

„To zaczęło się wylewać z Inowrocławia. Brejza to pionier wydziału propagandy”

Krzysztof Brejza jako pionier tworzył w Inowrocławiu „wydział propagandy”. Te praktyki zostały przeniesione dużo wyżej, na rynek warszawski – mówił...

zobacz więcej

Doszło do jakiejś tego typu sytuacji?

Wiem, że pan Wojciech Sz. stosował przemoc fizyczną wobec swojej ówczesnej narzeczonej (wspomniana rzeczywiście zeznała w prokuraturze o stosowaniu przemocy przez swojego partnera – przyp. red.). Pan Wojciech Sz. jest w tej chwili partnerem aktualnej pani rzecznik prezydenta Brejzy (Adriana Herrmann – red.), której to najwyraźniej nie przeszkadza i która jako rzecznik w sposób naturalny ma dostęp do wielu dokumentów urzędowych. A pan Wojciech Sz. ma zarzuty.

Poza tym jest jeszcze coś, o czym musimy pamiętać. Otóż, nadal niszczeni są ludzie.

Jak to nadal?

Zastraszenie, niszczenie reputacji, to tylko część arsenału środków nadal stosowanych. Przykładem może być Beata Zarzycka. Przez wiele lat pracowała w urzędzie. Moim zdaniem treść jednych z zeznań opublikowanych przez portal tvp.info jednoznacznie wskazuje, że to właśnie Beata Zarzycka je składała. I co się dzieje? Dzień lub dwa dni po publikacji na łamach „Gazety Wyborczej” ukazuje się artykuł ją szkalujący.

Zrozumiałabym gdyby ten artykuł ukazał się tydzień, miesiąc, rok wcześniej, ale dwa dni po opublikowaniu zeznań? To nic innego jak zastraszanie świadka i to jednego z kluczowych świadków oraz niszczenie reputacji tego świadka, co w razie procesu może mieć nie lada znaczenie dla obrony.

Inny przykład to Ireneusz Stachowiak – jako jedyny od dwóch lat nieprzerwanie mówi prawdę o aferze fakturowej i… jest systematycznie niszczony. Atakowana była jego żona, w instytucji, w której pracuje, szukano na niego haków, wylano na niego wiadra hejtu. To się nasiliło, kiedy okazało się, że kandyduje do Sejmu, bo gdyby został posłem, to wtedy mógłby w Sejmie mówić głośno prawdę.

To by było bardzo niewygodne dla Krzysztofa Brejzy, który bardzo boi się tych wyborów. Boi się, bo dobrze wie, że jeśli nie zostanie senatorem, to straci władzę, a wtedy wiele osób przestanie się go bać i być może zacznie mówić o tym, kim naprawdę jest Krzysztof Brejza i co ma na sumieniu.

Porozmawiajmy o dwóch przybocznych Brejzy: panu Wojciechu Sz. i panu Przemysławie W. Skąd się z nim znają?

Pan Przemysław W. generalnie był taką osobą, powiedzmy, funkcjonującą w środowisku na zasadzie przynieś, podaj, pozamiataj. Taki użyteczny. Natomiast pan Wojciech Sz. zajmował się krótkofalówkami, połączeniami. On nie ma nawet matury. Tak samo jak pan Przemysław W., który nie był w stanie jej zdać nawet w liceum wieczorowym. W związku z tym Wojciech Sz. nie mógł zostać zatrudniony w wyniku naboru w urzędzie miasta, więc najpierw zatrudniono go w Ośrodku Sportu i Rekreacji, a później na zasadzie przeniesienia trafił do urzędu w Inowrocławiu i został urzędnikiem.

Krzysztof Brejza oświadcza: Nie kierowałem żadnym SokiemzBuraka

Nie organizowałem żadnego wydziału nienawiści (w ratuszu w Inowrocławiu – red.). Nie kierowałem żadnym SokiemzBuraka. To wierutne manipulacje,...

zobacz więcej

W jakiej formie dostawali wytyczne?

Elektronicznie. Whatsappy, Signale itd. komunikatory.

Jak inni urzędnicy w ratuszu reagowali na grupę Brejzy?

Byli zniesmaczeni tym wszystkim. Tą butą, tym „wożeniem się”. Mówili, że są zniesmaczeni tym zachowaniem, że ktoś im na to pozwala, że prezydent nigdy nie zachowywał się tak jak w tej chwili. Mówili, że to jest niebywałe, w jaki sposób można upokorzyć urzędników. Prezydent Brejza, jak były wybory, zawsze mówił, że urzędnicy powinni mieć wyższe wykształcenie, powinni być szczególnie przygotowani do pracy, a tutaj zatrudnia kogoś, kto jest po OHP (Inowrocławski Ochotniczy Hufiec Pracy) i ma wyższą pensję niż niejeden urzędnik z wyższym wykształceniem. Jednocześnie jest bezczelny, prostacki, pewny siebie i ktoś mu na to pozwala.

Ktoś próbował takie zachowania ukrócić?

Nikt. Gdyby ktokolwiek inny w innym wydziale tak się zachowywał, to bardzo szybko zostałoby to ukrócone, a tutaj na wszystko było przyzwolenie. Co więcej, ci ludzie dostali kupione, oficjalne, urzędowe iPhone'y, co było nie do pomyślenia, bo żaden z urzędników nie miał takiego wyposażenia. MacBooki, w tym jeden, który potem zniknął pani Ch. Oni ten sprzęt dostali specjalnie, właśnie do robienia grafik, do różnego rodzaju hejtu. Od początku byli przygotowywani do tego, tyle że wcześniej robili to w sposób niezorganizowany, a tutaj już dostali sprzęt, dostali pieniądze, byli wynagradzani i jednocześnie byli na specjalnych warunkach.

To znaczy?

Mogli sobie np. wyjść w trakcie pracy. Bardzo często ludzie z tego wydziału wyjeżdżali sobie do takiej jednej restauracji w centrum Inowrocławia, na rynku, i tam sobie biesiadowali. Rozmawiali, uzgadniali, a potem faktura (raz na kwartał) przychodziła na urząd miasta. Opisywana oczywiście zupełnie inaczej, żeby można było im zapłacić.

Jaka była reakcja Brejzów na wejście CBA?

Widziałam, jak to się wszystko odbywało. Tutaj przyjechały wszystkie telewizje świata. Prezydent oczywiście mówił, że będzie starał się odzyskać te pieniądze do budżetu, że on jest poszkodowanym. On zastosował jeden bardzo sprytny manewr. W momencie, gdy wchodzi CBA z kontrolą – pani Agnieszka Ch. mniej więcej w tym czasie odchodzi na chorobowe, przestaje odbierać telefony od Brejzy. On już wie, może się domyślać, bo wie, o co się pyta CBA, wie już, że jest coś nie tak. Ryszard Brejza wie, że będzie „grubo”, w związku z tym organizuje jednodniową kontrolę. CBA od dwóch lat to bada, a on organizuje jednodniową, podkreślam jednodniową kontrolę i w wyniku tej kontroli (dokładnie dzień przed CBA) kieruje sprawę do prokuratury.

On się teraz chwali, że to on pierwszy zgłosił do prokuratury całą sprawę. Nie, najpierw weszło CBA, najpierw oni z kontrolą weszli i dopiero później on swoją kontrolę zrobił i to w wydziale, który istniał dwa lata i nie miał do tej pory ani jednej kontroli finansowej.

Dziennikarz TVP wyproszony z ratusza w Inowrocławiu. „Urzędnicy boją się odpowiadać”

– Ja tu nie pracuję, jestem na urlopie – usłyszał reporter Telewizji Polskiej w pokoju nr 208 ratusza w Inowrocławiu od naczelnik wydziału kultury,...

zobacz więcej

Jakie działania jeszcze podjął po wejściu CBA?

Pan prezydent przed podpisaniem protokołu z tej kontroli wysłał do domu pani Agnieszki Ch. pana naczelnika kadr (Łukasz Pilachowski – przyp. red.), żeby ona napisała mu prośbę o zwolnienie się z pracy i on na to zwolnienie za porozumieniem stron przystał. A zrobili to z datą wsteczną – bodajże o jeden dzień wstecz.

Czyli do końca chciał jej pomóc?

Gdyby sięgnąć teraz do dokumentów, to wyjdzie na jaw, że pani Ch. jednego dnia składa oficjalnie pismo, że chce się zwolnić za porozumieniem stron, a za chwilę są wyniki kontroli, z których wynika, że są tam nieprawidłowości takie, że prezydent musi to zgłosić do prokuratury. To pokazuje działanie w pewnej zmowie. Widać, że on jednak ją chronił. Naczelnik wydziału kadr to zresztą przyjaciel pana Wojciecha Sz.

Pani Małgorzata W. została zwolniona?

„Zwolniona” w ten sposób, że była na chorobowym, bo była w ciąży i w pewnym momencie została wezwana do urzędu i powiedziano jej, że albo ona składa za porozumieniem stron, albo oni zwolnią ją dyscyplinarnie. To pokazuje, że chroni się tych ludzi, którzy mają zarzuty.

Co się stało z panią Anną S.?

Funkcjonariusz CBA przyszedł do urzędu, wręczył jej wezwanie do prokuratury. Mając ten dokument w ręku wiedziała, że będzie miała zarzuty. Żeby więc nie zostać zwolnioną dyscyplinarnie, wystąpiła o zwolnienie za porozumieniem stron. Brejza wiedział, że ona ma ten dokument, ale jej nie zwolnił dyscyplinarnie.

Jak się pani czuła, siłą rzeczy tkwiąc w tym środowisku?

Dotychczas nie było w otoczeniu Brejzów takich sytuacji, takich zachowań i reagowanie na tego typu zachowania było nieco utrudnione, no bo w jaki sposób reagować na kogoś, kto jest chamski, bezczelny? Wojciech Sz. chodził dumny, on uważał, że nic się nie dzieje, że tak ma być, bo tak się zdobywa władzę. Tak należy się zachowywać i ktoś musi to robić. On przecież jest jedynym, który jest w stanie – jak on to mówił – „postawić gościa do pionu”.

Dlatego moja decyzja była tak trudna, bo wiedziałam co to za ludzie. Wiedziałam, że jeżeli Krzysztof dojdzie do tego, że to ja, to nigdy mi tego nie wybaczy. On uzna to za zdradę, a zresztą, kiedy funkcjonariusze CBA weszli z konkretnymi dokumentami i zażądali oryginałów konkretnych dokumentów, to po tym, jak to się stało, jeden z radnych pana prezydenta, pan Grzegorz Kaczmarek (Wiceprzewodniczący Rady Miejskiej Inowrocławia) na swoim profilu na Facebooku umieścił swoje zdjęcie z kałasznikowem i napisał „Na pohybel konfidentom”. Wie pan, to jest radny miejski…

Dla mnie taki komunikat od radnego, człowieka Brejzy, który bierze udział w spotkaniach z nim i który po wejściu CBA coś takiego pisze publicznie, to sygnał, którego już się boję.

źródło:
Zobacz więcej