Nie dajmy się uśpić [OPINIA]

Wybory parlamentarne odbędą się 13 października (fot. Shutterstock/Daniel Jedzura)

Po wyborach do Parlamentu Europejskiego pojawiły się pierwsze mapki, na których województwa pomalowano na dwa kolory, przypisane odpowiednio dla Koalicji Europejskiej i Prawa i Sprawiedliwości. Wtedy część niezadowolonych z wyników sympatyków opozycji chciała dzielić Polskę na dwa państwa, trochę na wzór Niemiec z czasów zimnej wojny, podobieństwo wzmacniała zresztą Warszawa, opozycyjna enklawa pośród zdobytego przez PiS wschodu i centrum kraju. Ujawnione kilka godzin później mapki rozkładu głosów w okręgach wyborczych czy gminach pokazały, że żadnych dwóch Polsk nie ma, są tylko wysepki pośród morza. Okazało się jednak, że mamy co najmniej dwa elektoraty PiS, a i elektorat opozycji możemy podzielić.

Prawo i Sprawiedliwość wygrywa wybory do Parlamentu Europejskiego

Prawo i Sprawiedliwość wygrywa wybory do Parlamentu Europejskiego, zdobywając 42,4 proc. głosów – wynika z badania exit poll pracowni IPSOS dla TVP...

zobacz więcej

Wygrana Prawa i Sprawiedliwości w wyborach do PE zaskoczyła opozycję, zaś skala tej wygranej – również wielu sympatyków i komentatorów życzliwych tej partii. Wybory europejskie miały być tymi, które bardziej konserwatywny elektorat właściwie lekceważy, natomiast wyborcy partii opozycyjnych, w swoim odczuciu identyfikujący się bardziej proeuropejsko uznają za swoje święto i obowiązek. Opozycja startująca w jednym bloku szła więc co najmniej po remis i to w poczuciu, że gra na własnym boisku.

Tymczasem skupienie się kampanii na sprawach obyczajowych i wątkach de facto istotniejszych w polityce krajowej niż europejskiej, wzmocnienie przekazu PiS zarówno w sferze światopoglądowej, mocno akcentowanej w przedwyborczych wystąpieniach, jak i socjalnej, wreszcie postawienie Jarosława Kaczyńskiego na pierwszej linii przyniosło tej partii zwycięstwo i to zwycięstwo historyczne.

W powyborczych analizach po raz pierwszy chyba pojawiło się wtedy tłumaczenie, że PiS dorobił się nowych grup wyborców. Wyborców, którzy słabiej identyfikują się z ważnym dla żelaznego elektoratu przekazem partii, doceniają natomiast, jako przynoszącą dla nich odczuwalne skutki, praktykę rządów.

Były minister przygląda się antenom

Odkąd niezwyciężona przez długie lata Platforma zaczęła przegrywać kolejne wybory, część komentatorów zajmujących się opisywaniem polityki zawodowo...

zobacz więcej

Częściowo poświęciłem temu zjawisku poprzedni tekst dla portalu TVP Info, w którym powoływałem się między innymi na badania związanych z „Krytyką Polityczną” Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego. Opozycja, zwłaszcza zaś chcący uchodzić za autorytety moralne celebryci i ludzie kultury, celują w określaniu tej grupy wyborców mniej lub bardziej obraźliwymi słowami. To ludzie „nieporadni”, „niezaradni”, „kupieni za 500+”, „homo sovieticus”, niekiedy zaś po prostu źli, głupi i brzydcy, jak lubi podkreślać to jedna z bardziej histerycznych zwolenniczek opozycji ze środowisk artystycznych. Tekst jeszcze nawet nie zdążył dotrzeć do czytelników, a do długiej księgi pogardy dopisał się, nie pierwszy zresztą raz, Jerzy Stuhr, tłumaczący popularność PiS odłożoną w czasie zemstą pańszczyźnianych chłopów na elitach.

Zostawiając te opisy na boku zostajemy z konkluzją, że elektorat Prawa i Sprawiedliwości podzielić możemy na tradycyjny, żelazny i silnie zdeterminowany oraz napływowy, zainteresowany kontynuacją polityki społecznej i gospodarczej rządu, a także, choć zapewne w trochę mniejszym stopniu, zachowaniem obyczajowego status quo. Im radykalniejszy przekaz drugiej strony światopoglądowych sporów, tym większa rola tego ostatniego wątku w wyborczych decyzjach. W pewnym sensie można uznać, że spotkanie tych dwóch grup w orbicie jednej partii politycznej jest zjawiskiem wyjątkowym, ponieważ pierwsi, na pozór, chcą rewolucji (jak w skrócie określić można dokończenie walki „Solidarności” z 1980 roku) lub kontrrewolucji (zatrzymania przemian obyczajowych, jakie zachodzą w ostatnich latach), drudzy zaś pragną po prostu spokoju.

Specyfika polskich doświadczeń powoduje jednak, że to pierwsze staje się gwarancją drugiego, bowiem radykalne zerwanie z liberalnym paradygmatem III RP, określone przez samego Mateusza Morawieckiego „rewolucją godności” stało się kołem zamachowym wzrostu ekonomicznego i poprawy sytuacji wielu polskich rodzin.

Sondaż: PiS liderem z dużym zapasem, w Sejmie pięć komitetów

Blisko 47 proc. poparcia dla Prawa i Sprawiedliwości deklarują badani w najnowszym sondażu pracowni Social Changes dla portalu wPolityce.pl. Partia...

zobacz więcej

Sondaże zdają się wskazywać pewną wygraną PiS, na ogół przekładającą się na bezpieczną większość. Ta ostatnia nie jest jednak pewna. Opozycja podzielona na trzy bloki – lewicę (SLD – Wiosna – Razem), centrolewicę (Platforma – Nowoczesna – Zieloni), centroprawicę (PSL – Kukiz) i uzupełniona przez coraz częściej jednoznacznie antypisowską Konfederację zagospodarowuje trochę szerszą, niż kilka miesięcy temu, gamę wyborczych postaw i oczekiwań. Przez pewien czas można było zakładać, że w przypadku braku większości PiS znajdzie potencjalnych partnerów w Koalicji Polskiej lub Konfederacji, jednak w ostatnich tygodniach obie te siły bardzo zaostrzyły retorykę wobec rządzących.

Ofiarą tego stał się zresztą Janusz Wojciechowski, polski kandydat na komisarza unijnego do spraw rolnictwa. Jeszcze kilka tygodni, ba, kilkanaście dni temu politycy Polskiego Stronnictwa Ludowego zapowiadali wsparcie dla swojego dawnego kolegi, tymczasem przy parlamentarnych przesłuchaniach na jednego z głównym przeciwników Wojciechowskiego, który przyczynił się do jego obecnych kłopotów z uzyskaniem teki, był przedstawiciel ludowców Jarosław Kalinowski. Z drugiej strony najbardziej prawicowego przedstawiciela PSL-owskiej góry, Marka Sawickiego, w mediach ostatnio zrobiło się mniej, choć w czasach, kiedy Koalicja Polska próbowała jeszcze identyfikować się właśnie jako centroprawica, a nie tylko centrum, był jej najbardziej, obok Władysława Kosiniaka-Kamysza słyszalnym głosem. Tak czy inaczej, PiS potrzebuje zdobyć więcej niż 230 miejsc w nowym sejmie. Sondaże wskazują, że może być to 240, może nawet 250 foteli. Wszystko jest więc, z punktu widzenia rządzących, na jak najlepszej drodze. I tu nagle zaczynają się schody.

Sondaż: Im wyższa frekwencja, tym lepszy będzie wynik PiS

Im wyższa frekwencja, tym lepszy wynik partii rządzącej – wynika z jej wewnętrznych symulacji przeprowadzonych przez Prawo i Sprawiedliwość, do...

zobacz więcej

Trochę niespodziewanie, ponieważ wcześniej nikt tego nie robił, pojawiło się dość dziwne badanie, pokazujące coś, co niespecjalnie da się zmierzyć, a więc i zweryfikować, mianowicie stopień zaangażowania wyborców. Okazało się, że wyborcom PiS zależy jakoby najmniej. Może uśpiły ich sondaże, może zaś, jako wspomniany już elektorat napływowy, nie emocjonują się przesadnie kampanią i stopień ich determinacji jest mniejszy, niż napędzanych głównie niechęcią do PiS (co z kolei pokazały inne badania) zwolenników opozycji. Politycy PiS od poprzednich wyborów wiedzą już, że, inaczej niż kiedyś, sprzyja im wysoka frekwencja. Stąd w ostatnich dniach bardzo poważne wzmocnienie profrekwencyjnego przekazu zarówno na konwencjach wyborczych, jak w rozmowach z dziennikarzami. Słusznie przypomina się tu przypadek Bronisława Komorowskiego, którego pewność wygranej doprowadziła do bolesnej porażki w starciu z Andrzejem Dudą.

Z drugiej strony, w domniemanej demobilizacji wyborców PiS szansę zwietrzyła opozycja i niektórzy jej sojusznicy. „Gazeta Wyborcza” planuje rozdać milion udających wydanie dziennika antypisowskich ulotek w mniejszych, a wiec silniej PiS sprzyjających miejscowościach. A nuż kogoś uda się przynajmniej zniechęcić do wyjścia z domu, skoro nie udało się go przekonać do opozycji?

Brudna polityczna gra PO. TVP Info ujawnia taśmy Neumanna

„Jeśli będziesz w Platformie, będę cię k***a bronił jak niepodległości”, „w Tczewie są same p***eby, rzygam Tczewem”, „KOD jest niczym, to żadna...

zobacz więcej

Jeśli jednak część wyborców faktycznie miałaby być niepewna, w sukurs jak zwykle przychodzi sama opozycja. Wspomniany już Stuhr ma moc dziesięciu apeli polityków o uczestnictwo w wyborach. Za chwilę na południu Polski przejdzie kolejna parada, a nauczyciele z ZNP zastanawiają się nad strajkiem. Jeśli zaś ktoś wierzy, że, zgodnie z obietnicami, „to, co dane, nie będzie zabrane”, może popatrzeć na Warszawę, gdzie możemy oglądać, jak wyglądają rządy Koalicji. Kolejne milionowe wydatki generowane przez awarię „Czajki”, upychanie po całej Polsce warszawskich odpadów, wykorzystywanie 500+ do tworzenia poczucia zagrożenia i nieufności do władz wśród świadczeniobiorców, ale też blokowanie wszelkiej dyskusji na niewygodne dla rządzących tematy, czy to dotyczące zagrożeń dla środowiska, czy choćby problemów warszawskich niepełnosprawnych.

Dlatego też Warszawę dobrze jest pokazywać. Nie jest to bowiem oznaka irytującego nieraz mieszkańców całej Polski „warszawocentryzmu” , a zapowiedź tego, co może nas czekać już niedługo. Jeśli więc kogoś faktycznie uśpiły sondaże, powinien obudzić się jeszcze przed wieczorem wyborczym 13 października. Ujawnione w piątek taśmy Sławomira Neumanna wymagają osobnego omówienia, można jednak założyć, że w budzeniu tym odegrają one pewną rolę.

źródło:
Zobacz więcej