Poczwórna porażka Netanyahu. Nowy sezon izraelskiej „gry o tron”

Do jesieni 2018 r. Lieberman był wiernym sprzymierzeńcem Bibiego, jak zdrobniale mówi się o Netanyahu (fot. REUTERS/Ammar Awad)

Nie pomogły spotkania z Putinem, zapowiedź aneksji Zachodniego Brzegu, ataki na „zdrajcę” Liebermana i „nielojalnych” Arabów. Exit polls i nieoficjalne jeszcze wyniki wskazują, że premier Benjamin Netanyahu, nawet jeśli wygrał minimalnie wybory, to stracił zdolności koalicyjne.

Wybory w Izraelu: Rezultaty exit poll zbyt wyrównane, by ogłosić zwycięzcę

Prawicowa partia Likud premiera Izraela Benjamina Netanjahu i centrolewicowa koalicja Niebiesko-Białych pod wodzą byłego szefa sztabu generalnego...

zobacz więcej

Podczas kampanii, która rozpoczęła się tak naprawdę już w nocy z 29 na 30 maja, gdy wybrany na początku kwietnia Kneset przegłosował samorozwiązanie, Netanyahu przyświecały cztery cele: zwycięstwo Likudu, wejście do parlamentu kandydatów innych prawicowych partii w liczbie umożliwiającej budowę koalicji, osłabienie partii Avigdora Liebermana i odebranie mu roli „języczka u wagi”, wreszcie osłabienie partii arabskich – koalicjantów centrolewicy.

Wydaje się, że żadnego z tych celów Netanyahu nie osiągnął – jeśli potwierdzą się exit polls. Jego partia w najlepszym razie tylko zremisowała z głównym rywalem, koalicją Niebiesko-Białych. Słabszy niż się spodziewał wynik osiągnęli też potencjalni koalicjanci z prawicy. Partia Liebermana, Nasz Dom Izrael (Yisrael Beitenu) uzyskała niemal dwa razy lepszy wynik niż w kwietniu. Wreszcie koalicja partii arabskich okazuje się trzecią siłą w nowym Knesecie.

W tej sytuacji szanse Netanyahu na utrzymanie fotela premiera wydają się bardzo słabe. A to oznacza ogromne problemy z prawem, wszak przesłuchania prokuratorskie już za kilkanaście dni. Najdłużej urzędujący premier Państwa Żydowskiego na pewno nie spodziewał się tego, gdy na początku kwietnia, po ogłoszeniu wyników wyborów, wygłosił chyba najbardziej triumfalne przemówienie w jego karierze politycznej. Wszak Likud wtedy co prawda zremisował z głównym rywalem, ale stan posiadania świeckich nacjonalistów i religijnej prawicy dawał mu komfortową większość. Co się stało, że w niecałe pół roku Netanyahu z politycznego nieba spadł do politycznego piekła?

Falstart Bibiego

W kwietniowych wyborach Likud dostał 35 ze 120 miejsc w Knesecie. Tyle samo, co opozycyjny centrowy blok Kahol Lavan (Niebiesko-Biali). Ale to Netanyahu miał większe możliwości koalicyjne, bo Likud wraz z sojuszniczymi, skrajnie prawicowymi i ultraortodoksyjnymi formacjami dysponował w parlamencie łącznie 65 miejscami. W tej sytuacji prezydent Reuven Rivlin powierzył misję sformowania rządu właśnie dotychczasowemu premierowi.

Netanyahu już po raz piąty miał stanąć na czele rządu, mimo kierowanych pod jego adresem trzech poważnych zarzutów o korupcję. Na sformowanie koalicji miał czas do 29 maja. Z porozumieniem z kilkoma ugrupowaniami prawicy nie było kłopotu. Ale nieoczekiwanie pojawił się problem z innym, dotąd tradycyjnym sojusznikiem.

Netanyahu i generałowie w Soczi. Najważniejsze było zdjęcie z Putinem

Premier Benjamin Netanyahu złożył w Rosji trzecią już wizytę w tym roku. Oficjalnie głównym tematem rozmów była sytuacja w Syrii i zagrożenie...

zobacz więcej

Przysłowiowy nóż w plecy Netanyahu wbił Avigdor Lieberman. Lider Yisrael Beitenu, która uzyskała – w dużej mierze dzięki wsparciu Likudu – pięć mandatów w Knesecie. Do jesieni 2018 r. Lieberman był wiernym sprzymierzeńcem Bibiego, jak zdrobniale mówi się o Netanyahu. Ba, obaj panowie współpracowali ze sobą już od początku lat 90., lider Yisrael Beitenu piastował też różne ministerialne funkcje w rządach szefa Likudu. Teraz jednak, ku rozczarowaniu Netanyahu, postawił zaporowy warunek wejścia do koalicji: likwidację prawa, które umożliwia młodym ortodoksyjnym Żydom unikanie służby wojskowej. Na to Netanyahu nie mógł się zgodzić, bo straciłby innego koalicjanta: religijną prawicę.

Ostatnie trzy doby przed upłynięciem terminu na sformowanie koalicji lider Likudu zapamięta pewnie jako najgorszy moment kariery od przegranej w wyborach 1999 r. Do końca starał się dogadać z Liebermanem. Gdy to się nie udało, musiał zmierzyć się z innym ogromnym zagrożeniem. Były obawy, że po nieudanej misji Netanyahu prezydent Rivlin powierzy misję budowy rządu innemu członkowi Knesetu. I zagrożeniem był nawet nie lider Niebiesko-Białych Benny Gantz, ale raczej inny polityk Likudu. Taki rząd powstałby błyskawicznie, bo Niebiesko-Biali od początku mówili, że mogą wejść w koalicję z Likudem, ale tylko pod warunkiem odsunięcia od władzy Netanyahu.

Do ostatniej chwili ludzie Bibiego próbowali kupić dezerterów z innych partii, żeby zastosować wariant awaryjny i zamiast przegłosować samorozwiązanie, zdobyć większość dla powołania rządu mniejszościowego – Netanyahu zgromadził 60 mandatów w 120-osobowym Knesecie. Tak naprawdę wystarczyłoby, żeby jeden deputowany wstrzymał się od głosu i rząd zostałby powołany stosunkiem 60:59. Ale nawet tego jednego głosu współpracownicy Netanyahu nie znaleźli.

Ucieczka do przodu

50 dni po wygłoszeniu najbardziej triumfalnej mowy w karierze (w wyborczy wieczór), po zdobyciu komfortowej liczby 35 mandatów, Netanyahu musiał podjąć decyzję o kolejnych przedterminowych wyborach. Kiedy pojawiło się zagrożenie, że prezydent powierzy misję budowy rządu innemu politykowi, Bibi zdecydował się na ucieczkę do przodu.

W nocy z 29 na 30 maja Kneset przyjął uchwałę o samorozwiązaniu (za 74, przeciwko 45). Pierwszy raz w historii Państwa Żydowskiego po wyborach do Knesetu nie udało się powołać rządu. Nowe wybory wyznaczono na 17 września. Kampania miała być inna niż wszystkie wcześniejsze. Dotąd główna partia prawicy walczyła z główną partią centrolewicy.

Powyborcze kalkulacje. Netanjahu zapowiada sformowanie „silnego rządu”

Dotychczasowy premier i przywódca prawicowego Likudu Benjamin Netanjahu zapowiedział w nocy z wtorku na środę sformowanie „silnego, syjonistycznego...

zobacz więcej

Tym razem jednak premier, który stoi na czele Likudu, głównego rywala widział w szefie małej partii, i to na prawicy, która miała siedem razy mniej miejsc w Knesecie. Dlaczego wszystko miało sprowadzać się do wyniku Yisrael Beitenu, a Netanyahu mniej przejmował się Niebiesko-Białymi? Bo zakładał, że z tymi ostatnimi wygra (sondaże wskazywały na to do samego końca), a języczkiem u wagi decydującym o tym, kto ma większość, będzie partia Liebermana.

Jednocześnie ważne dla Bibiego było, żeby dobry wynik uzyskali jego prawicowi drobni koalicjanci, zaś jak najgorszy – partie arabskie. Chodziło rzecz jasna o uzyskanie większej zdolności koalicyjnej niż Niebiesko-Biali.

Zaraz po rozwiązaniu Knesetu Netanyahu w transmitowanym przez telewizję wystąpieniu ostro zaatakował byłego sojusznika: „Naruszył obietnicę daną swym wyborcom. Przez niego nie powstał prawicowy i stabilny rząd. Podczas rozmów dostał wszystko, co chciał: emerytury, stanowiska i ustawę o poborze, ale i tak odmówił wejścia do rządu. To już drugi raz w ostatnim czasie, jak Lieberman niszczy prawicowy rząd. To seryjny morderca prawicowych rządów”.

„Który Lieberman, nasz Lieberman?”

Bibi mógł czuć się zdradzony. W kwietniowych wyborach Lieberman stał na skraju przepaści i gdyby nie Netanyahu, zapewne spadłby w otchłań politycznego niebytu. Likud bowiem popierał Yisrael Beitenu. Nic dziwnego, skoro Lieberman zaklinał się, że wejdzie w koalicję. Ostatecznie przekroczył próg, zdobył pięć mandatów, po czym zaczął stawiać Netanyahu warunki nie do spełnienia. Co najważniejsze, zażądał przyjęcia ustawy likwidującej zwolnienie uczniów szkół religijnych z obowiązku służby wojskowej. Netanyahu nie chciał się na to zgodzić, bo straciłby wsparcie partii religijnych (16 mandatów). Ale bez partii Liebermana (5 miejsc) też nie miał większości.

Z otoczenia premiera dobiegają głosy, że jest on przekonany, iż Lieberman od początku spiskował, nie chciał tak naprawdę koalicji, bo chciał doprowadzić do utraty stanowiska szefa rządu przez Netanyahu. Dzień po rozwiązaniu Knesetu lider Likudu krytykował Liebermana za nieoczekiwane przyjęcie twardego stanowiska wobec ultraortodoksów.

– Który Lieberman, nasz Lieberman? - sarkastycznie pytał premier, przypominając, że wcześniej lider Yisrael Beitenu przez 20 lat bez problemu dogadywał się z religijną prawicą. – W 2009 r. Lieberman poparł stanowisko Shas dotyczące zwiększenia dodatku na dzieci. W 2012 r. Lieberman poparł wszystkie nominacje Shas na miejskich rabinów. W 2013 r. Lieberman zawarł układ z Shas w sprawie ich kandydata na głównego rabina. W 2018 r. zawarł pakt z Shas i Yahadut HaTorah w celu uniemożliwienia świeckiemu kandydatowi Oferowi Berkowitchowi wyboru na burmistrza Jerozolimy – wyliczał Netanyahu.

Izrael zamrozi 138 mln dolarów z funduszy należnych władzom Autonomii Palestyńskiej

Rząd premiera Benjamina Netanjahu ogłosił w niedzielę, że zamrozi 138 mln dolarów z funduszy należnych władzom Autonomii Palestyńskiej, czyli...

zobacz więcej

W tej kampanii robił wszystko, by zniszczyć Liebermana. Tak jak to zrobił przed wyborami kwietniowymi z Naftalim Bennettem, który powołał własną partię Nowa Prawica, ale – ku wielkiemu zaskoczeniu – nie przekroczył progu wyborczego. Obecne zadanie Netanyahu było jednak trudniejsze niż to przed 9 kwietnia. Tym razem musiał manewrować tak, aby zdobyć większość 61 deputowanych już bez Yisrael Beitenu. To zaś oznaczało, że musi przejąć te pięć mandatów, które partia Liebermana zdobyła w kwietniu.

Netanyahu wiedział, że jeśli zniszczy Liebermana, jego jedynymi potencjalnymi koalicjantami po 17 września będą partie religijne i skrajnie prawicowe. Musiał więc zadbać o to, by obóz ultraortodoksyjny zachował stan posiadania (16 mandatów), a nawet go powiększył. Również inny koalicjant, czyli Zjednoczona Prawica powinna utrzymać co najmniej pięc mandatów – zakładał Bibi.

To łącznie dawałoby 21 mandatów sojuszników. Do większości brakowałoby więc pięć mandatów. Akurat tyle, ile miał Yisrael Beitenu. Dlatego Likud skupił się na dotarciu do elektoratu rosyjskojęzycznych Izraelczyków, imigrantów z byłego Związku Sowieckiego i ich potomków – tradycyjnej bazy wyborczej Yisrael Beitenu.

Do sztabu Netanyahu włączył kilka osób znanych wśród „Rosjan”, jak mówi się o rosyjskojęzycznych Izraelczykach. Pojechał do Kijowa i do Soczi, aby pokazując się w towarzystwie prezydentów Ukrainy i Rosji zwiększyć popularność wśród imigrantów z obszaru postsowieckiego. Media i profile społecznościowe sympatyzujące z Likudem ostro atakowały Liebermana. Ważnym elementem tej kampanii było oskarżanie szefa Yisrael Beitenu o sympatyzowanie z Arabami. Wiadomo bowiem, że duża część rosyjskojęzycznego elektoratu to świeccy nacjonaliści.

11 września w Knesecie Netanyahu oskarżył Liebermana o kolaborowanie z izraelskimi Arabami. Wiadomo, że Lieberman jest zwolennikiem koncepcji dwóch państw i opowiada się w takim wypadku za przesiedleniem do niepodległej Palestyny zamieszkujących Izrael Palestyńczyków.

Pomagają ofiarom terroru na Bliskim Wschodzie. O fundacji Orla Straż w programie „Alarm!”

Fundacja Orla Straż organizuje na Bliskim Wschodzie pomoc ofiarom wojennym. Pomaga chrześcijanom, ale także wdowom i dzieciom po muzułmańskich...

zobacz więcej

Ta strategia zawiodła z dwóch powodów. Po pierwsze, wielu „Rosjan” za złe ma bliski sojusz Likudu z religijną prawicą. Ultraortodoksi dawno nie mieli takich wpływów politycznych i ekonomicznych przywilejów jak teraz, dzięki Bibiemu. Trzeba zaś pamiętać, że nacjonalizm rosyjskojęzycznych wyborców ma świeckie oblicze, charakteryzujące się dystansem, jeśli wręcz nie wrogością do religijnych ugrupowań.

Tak więc ostatecznie Likudowi nie udało się osiągnąć celu, jakim było odebranie głosów rosyjskojęzycznych partii Yisrael Beitenu i przejęcie wspomnianych wcześniej pięciu miejsc w Knesecie. Co więcej jednak, Lieberman nie tylko, że nie stracił stanu posiadania po wyborach kwietniowych, ale nawet go znacznie zwiększył. To efekt jego trafionej strategii wyborczej, będącej kontynuacją stanowiska zajętego w czasie wiosennych rokowań z Likudem.

Lieberman nie obawiał się ofensywy Likudu, bo broniąc sprawy powoływania ortodoksów do armii, zyskał w oczach wielu wyborców spoza elektoratu „rosyjskiego”. Zresztą już na początku, zaraz po rozwiązaniu Knesetu, sondaże poszły ostro w górę i dawały Yisrael Beitenu nawet dziewięć mandatów.

Ostatecznie zmasowana kampania przeciwko Liebermanowi niewiele dała. Yisrael Beiteinu nie tylko utrzymała twardy elektorat rosyjskojęzyczny, ale też przejęła część dotychczasowych zwolenników Niebiesko-Białych, wcześniej głosujących na jednego z członków tej koalicji, Yaira Lapida. Lieberman odebrał mu status lidera obozu zwolenników świeckości państwa. Efekty dała ostra kampania wymierzona w ultraortodoksów, której symbole był wiec na przedmieściach Tel Awiwu 8 lipca, kiedy Lieberman ogłosił, że jego partia nie wejdzie do żadnego rządu z udziałem partii religijnych (Shas i Yahadut HaTorah).

Remis ze wskazaniem

Ogłoszone tuż po zamknięciu lokali wyborczych wieczorem 17 września exit polls wskazywały, że Likud otrzyma 30-33 mandaty, zaś Niebiesko-Biali 32-34. Jeśli wyniki się potwierdzą, będzie to oznaczało, że sondaże przedwyborcze przeszacowały siłę Likudu i prawicy.

„Słabną szanse na rozwiązanie konfliktu izraelsko-palestyńskiego”

Zastępczyni sekretarza generalnego ONZ Rosemary DiCarlo pesymistycznie oceniła perspektywy rychłego rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego....

zobacz więcej

Według ostatnich, blok prawicowy z Netanyahu na czele mógł liczyć na 58-59 mandatów, zaś blok centrolewicy Gantza – na 53 mandaty. Z nieoficjalnych danych po przeliczeniu ponad 90 proc. głosów, w środę 18 września około południa wynikało, że Likud i Niebiesko-Biali zdobyli po tyle samo, 32 mandaty (a więc znów remis, ale obaj główni rywal ze stratą po trzy mandaty w porównaniu do kwietnia). Jednak zmienił się układ sił w związku z wynikami potencjalnych koalicjantów Netanyahu i Gantza.

Trzecią frakcją okazuje się być wspólna lista partii arabskich: 12 mandatów. Partia Pracy – sześć, zaś Obóz Demokratyczny – pięć. Łącznie potencjalna centrolewicowa koalicja może liczyć więc na 55 mandatów. Do większości brakuje sześć. Z kolei koalicjanci Likudu uzyskali następujące wyniki: Yamina (umiarkowana prawica) – siedem, partie ultraortodoksyjne łącznie 17. To oznacza, że Netanyahu może liczyć na 56 mandatów.

Do większości brakuje więc pięć. Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby próg wyborczy 3,25 proc. (co daje minimum cztery mandaty) przekroczyła skrajnie prawicowa partia Otzma Yehudit (Żydowska Siła), która skupia zwolenników rabina Meira Kahane. Na finiszu kampanii Netanyahu robił, co mógł, aby zwiększyć szanse tego potencjalnego koalicjanta, choć musiałby zapewne zapłacić wysoką cenę. Lider budzącej ogromne kontrowersje partii skupiającej żydowskich rasistów Itamar Ben-Gvir nie ukrywał, że chce dostać tekę ministra sprawiedliwości.

Polityczny krajobraz jest jednoznaczny: utworzenie koalicji i powołanie rządu nie jest możliwe bez udziału Yisrael Beitenu (dziewięć mandatów). Avigdor Lieberman osiągnął cel, stając się rozgrywającym w nowym Knesecie. Dla Bibiego to wiadomość fatalna. Dotychczasowy premier i przywódca Likudu nie ogłosił swojego zwycięstwa, ani nie przyznał się do porażki. Zapowiedział sformowanie „silnego, syjonistycznego rządu”, bez udziału przedstawicieli ludności arabskiej. Z kolei przywódca Niebiesko-Białych, były szef sztabu generalnego izraelskich sił zbrojnych Benny Gantz opowiedział się za utworzeniem „rządu jedności”. Zamierza negocjować udział w nim ze wszystkimi siłami w Knesecie.

Orędownikiem „rządu jedności” – ale bez ultraortodoksów - już w czasie kampanii był właśnie Lieberman. Co ważne, ma on niezłe relacje z prawicową Yasminą. Dlatego scenariuszu dalszego rozwoju sytuacji jest kilka, generalnie jednak nie są one zbyt optymistyczne dla Netanyahu:

Korupcja, nadużycia władzy, defraudacja. Prokuratura chce oskarżyć Netanjahu

Prokurator generalny Izraela Awichaj Mandelblit oświadczył, że ma zamiar postawić premiera Benjamina Netanjahu w stan oskarżenia w sprawach...

zobacz więcej

– koalicja centrolewicy z Liebermanem (64 mandaty)
– „rząd jedności”, czyli koalicja centrolewicy, Liebermana i Yasminy (71)
– „rząd jedności” z udziałem Likudu, ale bez Netanyahu, bo na niego nie zgadzają się Niebiesko-Biali, i bez ultraortodoksów, bo na nich nie zgadza się Lieberman (103)
– koalicja Likudu z Liebermanem (65 mandatów).

Oczywiście Netanyahu będzie dążył do tego ostatniego wariantu, jedynego, który ratuje mu skórę, nie tylko w aspekcie politycznym.

Mission impossible?

Negocjacje w sprawie zbudowania koalicji i utworzenia rządu mogą trwać całymi tygodniami. Tymczasem Netanyahu nie ma czasu. Wisi nad nim groźba trzech procesów w sprawach korupcyjnych, nadużycia zaufania oraz malwersacji.

W grudniu 2018 r. izraelska policja zarekomendowała postawienie zarzutów korupcyjnych w sprawie dotyczącej giganta telekomunikacyjnego Bezeq. Netanyahu, w zamian za przychylne dla firmy i warte setki milionów dolarów zmiany w prawie, miał być pozytywnie przedstawiany w należącym do Bezeq serwisie informacyjnym Walla.

Wcześniej policja zarekomendowała postawienie premierowi zarzutów także w dwóch innych sprawach – dotyczących przyjmowania kosztownych prezentów od znajomych biznesmenów i oferowania korzystnych dla jednej z gazet zmian w prawie w zamian za pozytywne przedstawianie jego osoby. Netanyahu czasem nazywa się specjalistą od misji niewykonalnych. Ta obecna „mission impossible” może się okazać jak dotąd najtrudniejsza. Już 2 października ma się odbyć kluczowe przesłuchanie Netanyahu w związku z zarzutami korupcyjnymi przed prokuratorem generalnym Avichaiem Mandelblitem.

Bibi miał swój plan przetrwania, złożony z trzech faz. Najpierw musiał zapewnić Likudowi 40 mandatów. Następnie znaleźć dodatkowych 21 deputowanych w Knesecie, by była większość. I to już bez tradycyjnego koalicjanta Liebermana. Wreszcie, wygrać wyścig z czasem. Czyli rekordowo szybko powołać rząd oraz przekonać nową koalicję do natychmiastowego przyjęcia dwóch bardzo kontrowersyjnych ustaw, które uchronią go przed dochodzeniem kryminalnym. Jedna ustawa zagwarantuje mu immunitet. Druga zaś ograniczy możliwość Sądu Najwyższego ingerowania w uchwalane w Knesecie prawa.

Jednak bukmacherzy od początku kiepsko widzieli szanse Netanyahu na zrealizowanie tego całego planu (1000:1). Wynik wyborów to potwierdza. Warto jednak pamiętać, że w 1995 r., po zabójstwie premiera Icchaka Rabina, szanse Netanyahu na wygranie wyborów były jeszcze bardziej iluzoryczne. A jednak wygrał. Teraz jest w jeszcze gorszej sytuacji, ale nie powinno się go lekceważyć. W końcu nie darmo mówią o nim „Tom Cruise izraelskiej polityki”.

źródło:
Zobacz więcej