Pewnego razu w Urugwaju. Jak wyglądał koszykarski mundial 50 lat temu

Mecz koszykówki mężczyzn Polska - Litewska Socjalistyczna Republika Radziecka. Ostatni sprawdzian w kraju polskiej reprezentacji koszykarzy przed wyjazdem na Mistrzostwa Świata w Urugwaju, 27 maja - 11 czerwca 1967 (fot. arch. PAP/Jacek Gill)

Reprezentacja Polski koszykarzy po porażce z Hiszpanią straciła szansę na grę o medale mistrzostw świata. Wciąż jednak może wyrównać osiągnięcie legendarnej ekipy Witolda Zagórskiego, która przed 52 laty zajęła piąte miejsce na mundialu w Urugwaju. A to były wyjątkowe mistrzostwa. I to pod każdym względem.

„Nie mamy się czego wstydzić”. Jacek Łączyński po porażce z Hiszpanią

Nie możemy mieć do nikogo pretensji. Szkoda, że nie spełniły się marzenia kibiców i koszykarzy, ale po meczu z Hiszpanią nie mamy się czego...

zobacz więcej

W Ameryce Południowej koszykarski mundial miał się odbyć rok wcześniej. Niezwykle napięta sytuacja polityczna w Urugwaju, związana z pierwszymi od ponad dekady wyborami prezydenckimi, doprowadziła do zamieszek i demonstracji ulicznych. Po opanowaniu politycznego zamętu najlepsze koszykarskie drużyny świata postanowiono zaprosić na przełom maja i czerwca 1967 r.

Mróz w hali

A wtedy Urugwaj nawiedziła najbardziej sroga od lat… zima. W położonej na północnym wschodzie miejscowości Melo odnotowano najniższą temperaturę w historii pomiarów -11 stopni Celsjusza. W mniejszych halach, gdzie rozgrywano mecze, nie było jeszcze tak źle, ale w największym, mieszczącym 18 tys. kibiców obiekcie w Montevideo, temperatura spadała poniżej zera. O ogrzewaniu obiektów nikt nie myślał, bo przecież Urugwaj jest położony w strefie klimatu podzwrotnikowego.

Zmarznięci zawodnicy rozgrzewali się w czapkach i szalikach, rezerwowi opatuleni byli w koce, a przy ławkach stały farelki. Nasi zawodnicy, choć przyzwyczajeni do chłodów, wcale nie mieli lepiej. Nikt nawet nie pomyślał o tym, żeby w wyprawę za ocean zabrać zimowe ubrania.

– Nie spodziewałem się takiej pogody w Montevideo, nie zabrałem ciepłych ubrań. Wychodząc z internatu zamienionego w hotel dla sędziów, nie zdejmowałem piżamy. Pod nią wkładałem gazety, coś na wierzch i na to wszystko płaszcz ortalionowy, bo były wtedy modne. Halę dogrzewano, ale publiczności było chłodno, ludzie siedzieli na trybunach w zimowych okryciach – wspominał w książce Łukasza i Marka Ceglińskich „Srebrni Chłopcy Zagórskiego” Marek Paruch, arbiter urugwajskiego mundialu.

Chłód tak bardzo dawał się we znaki, że mecze o miejsca 8-13 zdecydowano przenieść się do położonej w Argentynie Cordoby. A wcześniej pod uwagę brano przełożenie całego turnieju. Organizatorom nie kalkulowało się jednak zwracanie pieniędzy za bilety; nie na rękę było to także reprezentacjom, dla których wyprawa do Urugwaju była sporym wysiłkiem organizacyjnym. Polacy na turniej lecieli z aż czterema przesiadkami, zahaczając po drodze nawet o stolicę położonej w Afryce Liberii.

Koszykarskie MŚ: Hiszpania za mocna. Półfinał nie dla Polaków

Były pozytywne momenty, przez długi czas Polacy trzymali się blisko rywali, ale ostatecznie ulegli Hiszpanom 78:90 w ćwierćfinale koszykarskich...

zobacz więcej

Cudowne lata 60.

Na urugwajski mundial Polacy jechali w zupełnie innych nastrojach niż na te trwające właśnie w Chinach. W latach 60. XX wieku byliśmy czołową drużyną Starego Kontynentu. W 1963 r. odnieśliśmy największy sukces, zdobywając srebrne medale rozgrywanych we Wrocławiu mistrzostw Europy, dwa lata później z kolejnego EuroBasketu przywieźliśmy brąz.

Do tego koszykówka była wtedy niezwykle popularną w naszym kraju dyscypliną. Równać się z nią mogła tylko piłka nożna i hokej na lodzie, choć przewagą koszykarzy były sukcesy. Piłkarska reprezentacja nie liczyła się w Europie, a w baskecie rywalizowaliśmy jak równy z równym z najlepszymi.

Transmisje? Jakie transmisje?

Choć z dzisiejszej perspektywy brzmi to nieprawdopodobnie, na mistrzostwa świata do Urugwaju nie pojechał żaden polski dziennikarz. Z całego turnieju ukazało się tylko jedno zdjęcie w „Przeglądzie Sportowym”, do tego tak niewyraźne, że do redakcji prawdopodobnie zostało przesłane znanym jeszcze w XIX wieku fototelegrafem.

Ciężko było też o kontakt telefoniczny z trenerem czy zawodnikami. Stacjonarny telefon był wtedy rzadkością i choć dziennikarze nie mieli problemów z dostępem do niego, to zamówienie rozmowy międzynarodowej z tak odległym krajem było nie lada wyzwaniem. Meczów nie transmitowała także publiczna telewizja.

A w drużynie mieliśmy gwiazdy, które znał każdy, nawet niezainteresowany sportem Polak. Na pierwszy plan wybijali się Mieczysław Łopatka ze Śląska Wrocław i zawodnik Wisły Kraków Bogdan Likszo. To byli najważniejsi koszykarze w drużynie Zagórskiego i jego nowatorskiej taktyki gry na dwóch środkowych.

Dla Polaków występ w Urugwaju był debiutem na mistrzostwach świata. Wielkich celów nikt przed naszymi nie stawiał. Planem minimum był awans do czołowej ósemki. A to wydawało się w naszym zasięgu. W grupie rywalizowaliśmy z będącą poza zasięgiem Brazylią, słabiutkim Paragwajem i Portoryko, z którym przegraliśmy na igrzyskach olimpijskich w Tokio w 1964 r.

Cezary Trybański: Ta drużyna już jest wielka

- Największym atutem Hiszpanów będzie gigantyczna siła rażenia. To niezwykle silny zespół, jeśli chodzi o ofensywę. Czeka nas trudne wyzwanie....

zobacz więcej

Wiedział, kiedy odpuścić

Właśnie otwierający rywalizację mecz z drużyną z Wielkich Antyli był kluczową kwestią do awansu. Polacy stanęli na wysokości zadania, wygrywając 76:64, później zakładana przegrana z Brazylią 67:83 i niezwykle imponujący triumf nad Paragwajem – 101:60.

„To była śmieszna drużyna, składała się z zawodników, którzy latem grali w piłkę nożną, a zimą w kosza” – mówił Igor Oleszkiewicz w książce Ceglińskich. Bohaterem tamtego spotkania był Likszo, rzucił aż 34 punkty, osiągając najlepszy wynik punktowy całego mundialu.

W finałowej fazie mistrzostw stawiły się po dwie najlepsze ekipy z każdej z grup oraz gospodarze. Ósme miejsce zarezerwowane było jeszcze dla aktualnych mistrzów olimpijskich, ale Amerykanie przepustki do rundy finałowej zagwarantowali sobie, odnosząc komplet zwycięstw w grupie.

Kolejność gier nie była korzystna dla Polaków, bo w pierwszych trzech meczach przyszło nam się mierzyć z potęgami – ZSRS, Jugosławią i Brazylią. Na początek bardzo wysoko przegraliśmy z Sowietami – 61:86. W wydanym niedawno „PS Reportaż”, przypominającym archiwalne teksty z „Przeglądu Sportowego”, trener Zagórski dość osobliwe tłumaczył tak wysoką porażkę. „Graliśmy pełnym składem tylko przez około 15 minut I połowy meczu. Wówczas to prowadziliśmy prawie całkowicie wyrównaną walkę ze świetnie dysponowaną drużyną radziecką. Dopiero, gdy około 13. minuty koszykarze ZSRR zdobyli pięciopunktową przewagę, a równocześnie widać było już pewne zmęczenie wśród naszych najlepszych – zdecydowałem nie walczyć już dalej o jak najkorzystniejszy rezultat; uważałem za celowe oszczędzić siły zawodników – w sytuacji, gdy jasne było, że nie mamy szans na zwycięstwo. Dlatego też kolejno wycofywałem z gry naszych asów, a potem już w drugiej połowie graliśmy w rezerwowym zestawieniu. Stąd też tak niekorzystny końcowy rezultat” – mówił Zagórski.

„Ruscy mieli niesamowity skład: Siergiej Biełow, Giennadij Wolnow, Modestas Paulaskas – wybrany potem do pierwszej piątki turnieju, Anatolij Paliwoda czy mierzący 218 cm Władimir Andriejew… Wielkie chłopy. Niemożliwe było ich pokonać. Mieli skład, w którym grali Litwini, Gruzini, Rosjanie, Ukraińcy. Dmuchnęli nas w pierwszej połowie, a potem tylko powiększyli przewagę. Po przerwie trzeba już było tylko spokojnie odpoczywać przed kolejnymi meczami” – wspominał w „Srebrnych Chłopcach Zagórskiego” Włodzimierz Trams.

MŚ koszykarzy: Argentyńska lekcja

Reprezentacja Polski wysoko przegrała z Argentyną 65:91 w ostatnim grupowym meczu drugiej rundy mistrzostw świata. Porażka nie ma jednak większego...

zobacz więcej

Dużo bardziej wyrównany był przebieg drugiego spotkania z Jugosławią, który Polacy ostatecznie przegrali 78:82. Spotkanie zostawiło za sobą sporo niedosytu, bo wygrana uciekła Biało-Czerwonych w końcówce, a Jugosławia zdobyła później wicemistrzostwo globu. Niewiele gorsi byliśmy także od innej światowej potęgi – Brazylijczyków, z którymi przegraliśmy 85:90.

Czwarty mecz przyniósł pierwszą wygraną – 65:58 – nad Argentyną. Od Stanów Zjednoczonych zebraliśmy potężne lanie, przegrywając aż 61:91. W tym spotkaniu, podobnie jak w meczu z ZSRS, Zagórski zdecydował się wpuścić rezerwowych już po kilkunastu minutach gry. Na włączenie się do walki o medale nie mieliśmy już szans, ale wciąż w zasięgu było piąte miejsce. Wystarczyło tylko na koniec pokonać Urugwaj. Warto było. Polacy wygrali i osiągnęli swój cel.

Dyplom w nagrodę

Biało-Czerwoni przywieźli do kraju okazały, ważący podobno ponad 50 kg puchar, pamiątkowe dyplomy – i tyle. Miejsce w historii światowej koszykówki zapewnił sobie jeszcze Mieczysław Łopatka, zostając królem strzelców turnieju. W klasyfikacji minimalnie wyprzedził Bogdana Likszę. Koszykarz Śląska Wrocław dodatkowo został wybrany do najlepszej piątki mistrzostw.

Po ponad półwiecznej przerwie drużyna Mike’a Tylora może powtórzyć wynik drużyny Zagórskiego. W filmiku udostępnionym przez PZKosz Amerykanin podczas rozmowy z zawodnikami po przegranej z Hiszpanią zwrócił uwagę na jeszcze jeden aspekt.
B – Nikt na was nie liczył, a wy to osiągnęliście, awansowaliście do najlepszej ósemki turnieju. A jest jeszcze jedna rzecz. W Urugwaju w 1967 r. Polska miała cztery wygrane. My już teraz też mamy cztery zwycięstwa. Jeśli wygramy jeszcze jeden mecz, będziemy mieć najwięcej triumfów w historii mistrzostw świata. Chcę tego piątego zwycięstwa! – mówił pełen emocji amerykański trener.

Rywalizację o miejsca 5-8 Polacy rozpoczną w czwartek o godz. 15. Transmisja w TVP.

źródło:
Zobacz więcej