Przygotowania do wyprawy przez icefall. Życie w bazie pod Lhotse od kuchni

„Weekend polscy himalaiści spędzili na organizacji bazy: przygotowanie lodówki, posortowanie żywności , sprzętu” (fot. Oswald Rodrigo Pereira, program PHZ im. A. Hajzera)

Polscy himalaiści zorganizowali się w bazie, a pierwsza czwórka wyruszyła na sześciotysięcznik Lobuche. Znajduje się on poniżej bazy, ale jest dobrym punktem aklimatyzacyjnym. – Chodzi o to, żeby nie tracić czasu – powiedział w rozmowie z portalem tvp.info Oswald Rodrigo Pereira. Podkreślił, że teraz polscy himalaiści nie daliby rady przejść przez icefall, czyli labirynt seraków czy lawin. Na tym etapie działają specjaliści, szerpowie, icefall doctors, którzy przygotowują zwoje lin, drabiny, poręcze, żeby można było bezpiecznie przejść.

Polscy himalaiści coraz wyżej. Wyprawa na Lhotse dotarła do bazy

W sobotę o godzinie 12:00 czasu lokalnego (po godz. 7 rano w Polsce) wyprawa przygotowawcza programu Polski Himalaizm Zimowy im. Artura Hajzera na...

zobacz więcej

– Wyprawa przygotowawcza programu Polski Himalaizm Zimowy im. Artura Hajzera w sobotę rano dotarła do bazy pod Lhotse i pod Everestem. Jest to rozległy Base Camp, gdzie w sezonie można spotkać nawet kilkaset osób. Obecnie jest nas kilkadziesiąt osób. Poza nami i obsługą mesy jest jeszcze wyprawa Andrzeja Bargiela oraz szerpowie pracujący dla wyprawy amerykańskiej. Przygotowują bazę i drogę dla wspinaczy ze Stanów Zjednoczonych – powiedział Oswald Rodrigo Pereira.

Jak podkreślił, „weekend polscy himalaiści spędzili na organizacji bazy: przygotowaniu lodówki, posortowaniu żywności , sprzętu”. – Musieliśmy też wysuszyć ładunki i odzież, bo była przemoczona – podkreślił.

– Wyruszyliśmy z Warszawy 29 sierpnia. Po dotarciu do stolicy Nepalu Katmandu dwa dni poświęciliśmy sprawom organizacyjnym. Z powodu złej pogody przelot do Lukli był zagrożony. Na szczęście udało się zorganizować transport zastępczy i trzema helikopterami dostaliśmy się na miejsce. Taki przebieg wydarzeń miał też pozytywne aspekty, bowiem ominęło nas podnoszące poziom adrenaliny we krwi lądowanie na lotnisku uznawanym za najbardziej niebezpieczne na świecie. Lądowanie helikopterem było dużo bardziej komfortowe. Po drodze mogliśmy podziwiać niesamowite widoki – opisuje dotychczasową wyprawę Pereira.

– Pierwszy odcinek trekkingu z Lukli do Phakding był bardzo krótki i przeszliśmy go dość żwawo. Łącznie pokonaliśmy 6 odcinków trekkingu, przez bardzo malownicze ścieżki – przyznał i dodał, że w związku z tym, że „obecnie nie ma sezonu, na ogół zatłoczone drogi, były puste”.

Podkreślił również, że „warunki panujące na drodze były bardzo komfortowe, porównując do tych panujących np. w Pakistanie w drodze na K2”.

– Są lodge (nocleg położony blisko natury), jest pościel, w której można się przespać. Ale im wyżej, tym ceny są wyższe, a do tego trzeba płacić za wszystko: papier toaletowy, dostęp do internetu, a nawet naładowanie baterii – oznajmił.

(fot. Oswald Rodrigo Pereira, program PHZ im. A. Hajzera)

źródło:
Zobacz więcej