MŚ koszykarzy: Argentyńska lekcja

Nawet Mateusz Ponitka nie był w stanie poradzić sobie ze świetnie spisującymi się rywalami (fot. PAP/EPA/COSTFOTO)

Reprezentacja Polski wysoko przegrała z Argentyną 65:91 w ostatnim grupowym meczu drugiej rundy mistrzostw świata. Porażka nie ma jednak większego znaczenia, bo Biało-Czerwoni już wcześniej zapewnili sobie awans do najlepszej ósemki mundialu. A w grze o półfinał Polacy zmierzą się z Hiszpanami, którzy dość niespodziewanie pokonali Serbów 81:69.

Radość drużyny, szwy na twarzy Ponitki. Polacy po wygranej nad Rosją

Polska świętuje zwycięstwo swoich koszykarzy nad Rosjanami w trakcie mistrzostw świata w Chinach. Kamery zarejestrowały również to, jak cieszą się...

zobacz więcej

Dzięki fantastycznej grze Polaków w poprzednich spotkaniach stawką tego meczu było rozstawienie w ćwierćfinale. Niezależnie od wyniku starcia z Argentyną, na Polaków w grze o półfinał czekały piekielnie mocni Serbowie i Hiszpanie.

Dlatego przez ostatnie dni toczyła się dyskusja, jak powinniśmy podejść do rywalizacji z zespołem z Ameryki Południowej. Mike Tylor ostatecznie nie zdecydował się wystawić głębokich rezerw, ale wyraźnie oszczędzał najbardziej eksploatowanych koszykarzy.

Prowadzenie w meczu (5:4) objęliśmy po niespełna dwóch minutach gry, gdy za trzy punkty trafił Mateusz Ponitka. Radość była jednak krótka, bo Argentyńczycy szybko odskoczyli. Główna w tym zasługa skutecznego Luisa Scoli. Przewagę zmniejszył na minutę przed końcem premierowej kwarty A.J. Slaughter celnym rzutem za trzy (14:18). W jeszcze lepszych nastrojach schodzilibyśmy na przerwę, gdyby zza linii 6,75 m trafił Karol Gruszecki. Niestety, spudłował.

Druga kwarta to już absolutna dominacja drużyny z Ameryki Południowej. Od trójki zaczął Nicolas Brussino, a chwilę później popisał się efektownym wsadem. Przewaga Argentyńczykow po raz pierwszy przekroczyła dziesięć punktów. My na pierwszą zdobycz z gry czekaliśmy aż trzy i pół minuty, gdy za trzy rzucił Adam Waczyński. To było za mało. Po udanych próbach Gabriela Decka i trójce Luki Vildozy Argentyńczycy mieli już siedemnaście punktów zapasu (37:20). My odpowiedzieliśmy efektownym wsadem Aleksandra Balcerowskiego, ale to była bodaj jedyna godna zapamiętania akcja w naszym wykonaniu w tej części meczu. Pierwsza połowa zakończyła się aż 15-punktową przewagą Argentyńczyków (42:27).

Głównym powodem dominacji naszych rywali była skuteczność pod koszem i w rzutach z półdystansu. W tym aspekcie Argentyńczycy trafili aż 15 z 20 rzutów. Z kolei nam akcje za dwa „oczka” przyniosły zaledwie 12 punktów. Nie byliśmy też tak skuteczni jak w spotkaniu z Rosjanami w rzutach osobistych. W pierwszej połowie mieliśmy dziewięć okazji, a wykorzystaliśmy zaledwie sześć.

Swoje zrobiło też oszczędzanie Ponitki. Lider naszej kadry przebywał na parkiecie przez niespełna dziesięć minut, zapisując na swoim koncie zaledwie cztery punkty. W oczy rzucała się też fatalna skuteczność Waczyńskiego, który trafił zaledwie jeden z sześciu rzutów z gry.

W trzeciej kwarcie odrabianie strat też szło z niezwykle opornie. Nawet, gdy z dystansu trafiali Slaughter i Waczyński, to myliliśmy się przy wejściach pod kosz czy rzutach z półdystansu. Pudłowali Ponitka, Adam Hrycaniuk czy Aaron Cel, a gdy do kosza trafili Patricio Garino, Luis Scola czy Facundo Campazzo dystans pomiędzy oboma zespołami wzrósł do 23 punktów (60:37).

Argentyńczycy grali z polotem. Tak jak wtedy, gdy wsadem popisał się Maximo Fjellerup, a parę sekund później imponującym wejściem pod kosz błysnął Gabriel Deck. Zaczęło zanosić się na pogrom. Na dwie minuty przed końcem kwarty Argentyna prowadził 66:39. A przed ostatnimi dziesięcioma minutami gry ich przewaga wynosiła już 29 „oczek”.

Na finałowe dziesięć minut obaj trenerzy dali pograć zawodnikom, którzy do tej rzadziej pojawiali się na boisku. Humory poprawili nam nieco Michał Sokołowski i Karol Gruszecki, trafiając za trzy, ale o nawiązaniu walki z rywalami mogliśmy już tylko pomarzyć. Ostatecznie mecz zakończył się wynikiem 91:65.

Szukając pozytywów w grze zawodników Mike’a Tylora, pochwalić można Gruszeckiego, który zdobył 11 punktów i miał najwyższy w drużynie wskaźnik celnych rzutów z gry – 71%. Najważniejsze jednak jest to, że nieco oddechu złapali liderzy kadry – Slaughter i Ponitka, którzy głównie z ławki rezerwowych przyglądali się grze kolegów.

źródło:
Zobacz więcej