Samuel Pereira: Do czego prowadzi fejkowe dziennikarstwo?

„Loty marszałka Borusewicza sprzed lat nie interesowały nikogo, z kolei loty Kuchcińskiego stały się przyczyną tryliarda żółtych pasków” (fot. PAP/Grzegorz Momot)

W świecie polityki co jakiś czas wybuchają nowe afery, prawdziwe lub urojone. Każda kolejna przypomina, że głównym problemem jaki trawi polskie media to jest „kalizm” i podwójne standardy. Jeśli większość mediów nie potrafi przyłożyć tej samej miary dwóm stronom politycznej walki, to demokracja na tym traci. Tak samo traci, gdy coraz więcej dziennikarzy przestaje przekazywać zweryfikowane informacje, tylko atakują fejkami. Jakoś tak się składa, że akurat zawsze ich ostrze skierowane jest w stronę PiS-u.

Samuel Pereira: Zatrzymać to szaleństwo

Od zacietrzewionych polityków nie można wiele wymagać. Szczególnie w kampanii wyborczej. Jak jednak nazwać dziennikarzy, którzy wiedząc, że...

zobacz więcej

Loty marszałka Borusewicza sprzed lat nie interesowały nikogo, z kolei loty Kuchcińskiego stały się przyczyną tryliarda żółtych pasków, konferencji prasowych, tekstów w gazetach i internecie. Nie usprawiedliwiam marszałka Kuchcińskiego, ale protestuję przeciwko stosowaniu podwójny standardów. To właśnie przez tę „hienowatość” niektórych mediów, które ekipie PO wybaczą i przemilczą wszystko, a przeciwko obozowi PiS będą grzać dosłownie wszystko – prezydent Andrzej Duda lecąc do USA zdecydował się nie brać na pokład córki, tylko leciała prywatnie. Obiektywnie nie było takiej konieczności, miejsce w samolocie by się znalazło, a jest to w końcu córka polskiego prezydenta, ale subiektywnie Duda zapewne z obawy przed tabloidowym atakiem totalnych mediów, wybrał takie rozwiązanie.

A co się dzieje teraz, gdy w Warszawie przez kilka dni zrzuca się ścieki do Wisły? Słuchając mediów od „całej prawdy całą dobę” można odnieść wrażenie, że nic się nie stało, a oczyszczalnie w ogóle nie są potrzebne, bo przecież kiedyś ich nie było. Rząd zły, bo w ogóle wyszedł z propozycją pomocy prezydentowi Rafałowi Trzaskowskiemu, a miastami i wioskami na północ od Wisły nie ma się co przejmować, bo przecież to całe g… się w rzece rozcieńczy. Poziom ignorancji ludzi wydawałoby się inteligentnych poraża. Gdyby to samo stało się za rządów Patryka Jakiego, to rwetes byłby tak jak stąd do Brukseli, żółte paski, wrzeszczące nagłówki w kraju i za granicą, donosy do Brukseli i setki konferencji prasowych. Organizacje takie jak Greenpeace stać jedynie na komunikat o treści „Sytuacja jest poważna, ale zajmują się nią odpowiednie służby”. No tak, w końcu to nie puszcza, gdzie kornik był ważniejszy od drzew, dlatego wycinkę przedstawiono jako ekologiczny zamach stanu.

Takich przykładów jest mnóstwo, nie tak dawno mieliśmy z jednej strony niedopuszczalne pomysły dwóch sędziów i jednej internautki, co nazwano „farmą trolli”, a pewnej stacji „aferą w resorcie Ziobry”, mimo że sama zainteresowana dziś prowadzona przez totalne media mówi, że z szefem MS kontaktu nie miała, a jej pełnomocnicy przyznają, że żadnego wynagrodzenia nie otrzymywała, a jej aktywność wynikała z jej własnych przekonań. Z drugiej z kolei mieliśmy zorganizowaną machinę hejtu, najpierw w biurze poselskim Krzysztofa Brejzy, później w ratuszu Ryszarda Brejzy. Co zrobiły z tą sprawą media bliskie PO? Głównie przemilczały temat, bo przecież czytelnicy nie zasługują na taką wiedzę.

Sasin: Opozycja funduje nam fake newsy

Wicepremier Jacek Sasin zarzucił posłom Platformy Obywatelskiej atak na prezydenta. W ten sposób skomentował opublikowanie przez niektórych...

zobacz więcej

Grzech najcięższy - fejk

Początki fake newsów na dużą skalę w Polsce to wymyślenie i wstawienie przez Katarzynę Kolendę-Zaleską (TVN) w usta Jarosławowi Kaczyńskiemu słów „Prawdziwi Polacy”. Później były fejki smoleńskie, pijany generał, „jak nie wylądują to mnie zabije” itd. Wszystkie oczywiście nie skończyły się pociągnięciem do odpowiedzialności kłamców ani nawet przeprosinami. Większość kłamców dalej pracuje w mediach, ba, awansuje i poucza innych. Pamiętacie „informację”, że przeniesiono Marka Falentę do więzienia, o którym jego adwokaci nie wiedzą?

Fake news. Albo hasło „Zakaz handlu także w soboty” tej samej stacji? To samo. A hulajnogi, którymi mieli obok pomnika smoleńskiego jechać młodzi ludzie i za to ich aresztowano? Nie aresztowano, a oni nie jeździli obok, a po pomniku. Takich fejków jest co tydzień mnóstwo. Przechodzą bezkarnie i obniżają jeszcze bardziej zaufanie obywateli do mediów.




Demokracja nie jest idealna i dlatego są media. W założeniu powinny patrzeć politykom na ręce, informować o zagrożeniach, aferach, czy nieprawidłowościach. W tym sensie są bezpiecznikiem, gwarantem demokracji. Jeśli jednak media kłamią, to tracą ten walor i ich działanie przynosi odwrotny skutek – psuje demokrację. Jeśli w internecie pojawia się anonimowy wpis ze screenem nieznanego pochodzenia, z „informacją” że jakiś inny anonim to konkretny minister w rządzie Mateusza Morawieckiego, to dla rzetelnego dziennikarza obiektywnie nie jest to żadna informacja.

Co jednak robią od kilku dni niektórzy dziennikarze, wydawać by się mogło poważnych mediów? Podają tę informację, jakby była faktem. Naprawdę. W większości proszę państwa robią to w takiej formie: „jeśli to prawda, to…” albo „to nie fejk?” albo „czy to prawda?” albo „gdyby się okazało, że konto X jest ministrem Y to…” itd., itp. Jak można być dziennikarzem i zapominać, że rolą dziennikarza nie jest „pytać” internautów czy coś jest prawdą, czy nie, tylko samemu weryfikować informację. Bo jeśli dziennikarz nie potrafi tego robić bez pomocy internautów, to jaki z niego dziennikarz? A jeśli podaje „informację”, co do której prawdziwość jest bardziej niż wątpliwa, to kim się staje? Zwykłym przekaźnikiem fake newsa, narzędziem w politycznych rękach. To co wcześniej wychodziło już na papierze, w telewizji, czy w radiu, dziś dzięki Twitterowi ci sami dziennikarze pokazują w całej krasie. Ze szkodą dla demokracji.

źródło:
Zobacz więcej