Pieniądze są i będą

Premier Mateusz Morawiecki zmiany wprowadzane przez rząd nazywa „rewolucją godnościową” (fot. PAP/Radek Pietruszka)

5 lat straszenia Polaków „drugą Grecją” nie odniosło oczekiwanych skutków. Co więcej, nastrojów społecznych nie zmieniły też memy o drożyźnie, w których ceny z kosmosu zestawiano z cenami z sufitu. Premier Mateusz Morawiecki zmiany wprowadzane przez rząd nazywa „rewolucją godnościową”, a ta wiecowa retoryka wydaje się ostatecznie gnębić wyznawców ograniczenia konsumpcji owoców wzrostu do stolików w kilku naszpikowanych podsłuchami knajpach. Budżet jest dla większości Polaków pojęciem abstrakcyjnym, jednak już hasło „deficyt budżetowy”, choćby przez domowe analogie, zawsze budziło pewien niepokój. Gdy braki stawały się zbyt duże, mogło się to skończyć odpływem społecznej sympatii do rządu nawet w przypadku podobnego dzisiejszemu ostrego podziału społecznego. Rząd Jerzego Buzka wpadł kilkanaście lat temu w „dziurę Bauca”, co dało ostatnią kadencję rządów SLD, w pewnym sensie determinując też dzisiejszy kształt sceny politycznej. Deficyt bez budżetu również działać musi na wyobraźnię, dając mocne podstawy do opisywania w kampanii wyborczej osiągnięć i planów na kolejną kadencję.

Pierwszy budżet państwa bez deficytu? „Po rządach PO i PSL odziedziczyliśmy 50 mld zł deficytu”

– Jaki ostatecznie będzie budżet, zobaczymy już za kilka godzin, kiedy Rada Ministrów zajmie się tym projektem; myślę, że projekt ustawy budżetowej...

zobacz więcej

– Nie jest dobrze mamić ludzi różnymi obietnicami, ale jeszcze gorzej jest te obietnice spełniać – mówił w 2015 roku prof. Leszek Balcerowicz. Jego słowa cytuje portal NaTemat w opublikowanym niedługo po wygranych przez PiS wyborach tekście zatytułowanym „Dlaczego PiS puści nas z torbami? Grecy zanim zbankrutowali, dostawali 400 zł na dziecko”. Na grecką ścieżkę miała też, według autora tekstu Tomasza Molgi, wprowadzić nas choćby podwyżka płacy minimalnej.

We wcześniejszej kampanii wyborczej premier Ewa Kopacz „drugą Grecją” straszyła Polaków chcących wybrać Prawo i Sprawiedliwość. Mało kto już pamięta, że jeszcze wcześniej, już w trakcie wyborów prezydenckich w 2010 roku, tego straszaka wobec Jarosława Kaczyńskiego użył sam Donald Tusk. – Chcę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, bylibyśmy dzisiaj Grecją środkowowschodniej Europy, gdybyśmy posłuchali choćby jednej rady Jarosława Kaczyńskiego. Musieliśmy wtedy postawić twarde zapory przeciwko rozmaitym roszczeniom – mówił Tusk na zjeździe Platformy Obywatelskiej w czerwcu 2010 roku.

Straszeniem od lat zajmował się też główny ekonomista Platformy, Andrzej Rzońca, zapowiadający na bieżący rok 100 mld złotych deficytu. Jeszcze w 2016 roku Rzońca zapowiadał, że jeśli program Morawieckiego zostanie zrealizowany, zostanie on zapamiętany jako polityk, który „zakończył polski cud gospodarczy”. Jednak ze wszystkich proroków finansowej apokalipsy najlepiej, również dzięki TVP Info, zapamiętamy Jacka Rostowskiego, mówiącego, ze „pieniędzy nie ma i nie będzie”. Wygląda na to, że są i szczęśliwie jeszcze jakiś czas będą. A jakby tego było, mamy jeszcze obniżkę podatków, tym razem dotyczącą o wiele szerszej, niż wcześniej, grupy społecznej.

Rostowski w tej chwili zapewne bardziej martwi się zapowiedzią wniosku o postawienie go, razem z jego następcą Mateuszem Szczurkiem oraz dwójką premierów – Donaldem Tuskiem i Ewą Kopacz, przed Trybunałem Stanu. Co w tej chwili nie jest prawdopodobne, bo właściwie na starcie wyklucza to sejmowa arytmetyka, zawsze może wisieć nad człowiekiem jako wieloletni straszak. Oburzona na takie zakończenie prac komisji do spraw afery VAT Ewa Kopacz wie o tym dobrze, jej partia latami zapowiadała analogiczne represje wobec Zbigniewa Ziobry, co zresztą również się nie udało. Ba, Trybunał Stanu dla wielu polityków PiS, z Andrzejem Dudą na czele, marzy się wielu działaczom opozycji do dziś.

Tymczasem praktycznie nieuchronne odrzucenie wniosku Marcina Horały przez Sejm da PiS nowe paliwo, ponieważ partia pokaże swoim sympatykom, że wbrew narzekaniom co bardziej niecierpliwych wyborców tzw. „program Cela +” jest realizowany, jednak do jego większej skuteczności potrzeba większej siły głosów w parlamencie. Równocześnie mniejsze niż kiedyś są szanse, że zadziała mechanizm odwrotny, czyli społeczna sympatia wobec tych, którzy muszą się bronić.

Awaria ciepłownicza w Gdańsku. 90 domów jednorodzinnych bez ogrzewania i ciepłej wody

Około 90 domów jednorodzinnych w gdańskiej dzielnicy Suchanino pozostaje w sobotę popołudniu bez ogrzewania i ciepłej wody z powodu awarii...

zobacz więcej

To, co kiedyś dało Platformie wygraną wraz z łzami Beaty Sawickiej, zaś jeszcze w wyborach samorządowych zapewniło sukces Hannie Zdanowskiej, raczej nie zadziała w przypadku mało lubianych polityków Platformy. Może natomiast wywołać złość na broniących ich kolegów i zmobilizować ten elektorat, który po czterech latach rządów PiS może nie jest już tak bardzo pro-pisowski jak w 2015 roku, ale dobrze pamięta, dlaczego dość miał premier Kopacz i jej gabinetu.

Kiedy premier ogłasza zrównoważony budżet, Platforma, zamiast świętować porozumienie w sprawie list do Senatu, na głowie ma awarię w warszawskiej oczyszczalni ścieków. Poza katastrofą ekologiczną, której rozmiar maleje wraz ze wzrostem niechęci do rządu obserwującego to wydarzenie, mamy jeszcze kilka innych aspektów, które mogą okazać się trochę bardziej niewygodne.

Jest oczywiste, że, tak jak w przypadku nie tak przecież odległego zanieczyszczenia wód w Gdańsku, władze stolicy nie będą miały na głowie organizacji ekologicznych. Te albo patrzą w tej chwili na płonącą Amazonię, gdzie ich sponsorzy mają zdaje się trochę do ugrania albo tłumaczą, że nic takiego się nie dzieje, a co wpadnie do wody, to się rozpuści. Inni obrońcy świętego spokoju władz ratusza zwrócą uwagę, że jeszcze za prezydentury Lecha Kaczyńskiego był to stan normalny. Miną się przy tym z prawdą, ponieważ ścieków było wówczas mniej i były one częściowo oczyszczone.

Przy okazji demonstrują oni zresztą fatalną znajomość historii Warszawy, ponieważ umyka im udział we władzy wszystkich innych prezydentów, z pierwszą kadencją poprzedniczki Trzaskowskiego, Hanny Gronkiewicz-Waltz, włącznie. Jednak poza brudną wodą, która zapewne mieszkańców miast znajdujących się nad Wisłą poniżej stolicy martwi w tej chwili najbardziej i którą trzeba się zająć, pozostają jeszcze niewygodne pytania. Choćby o to, czy normalne jest, by jeden z droższych obiektów tego typu (ponad trzy miliardy złotych) ulegał tak dramatycznej awarii raptem sześć lat po otwarciu. A także o to, czy mający pod opieką oczyszczalnię urzędnicy z politycznego nadania są wystarczająco kompetentni i nie traktowali dotąd powierzonego im przedsiębiorstwa wyłącznie jako politycznego łupu, tak samo zresztą, jak według niektórych głosów traktowany jest od lat cały warszawski MPWiK?


I wreszcie chyba najpoważniejsza kwestia – zatajenie informacji o awarii przez pierwsze godziny jej trwania. Zarówno przed mieszkańcami, jak i stosownymi instytucjami państwa, którym utrudniono w ten sposób nie tylko oszacowanie skali problemu, lecz również podjęcie stosownych działań naprawczych. Które zresztą, choćby ze strony wojska, Rafał Trzaskowski odrzuca nawet teraz. Tak, jakby chodziło o drobny, lokalny problem.

3 tys. litrów surowych ścieków na sekundę. Najbardziej zagrożone ujęcia wody w dole Wisły

Nieczystości z warszawskiej oczyszczalni ścieków Czajka cały czas spływają do Wisły. Najbardziej zagrożone są ujęcia wody w dole rzeki, szczególnie...

zobacz więcej

Pokazuje to nie tylko arogancję władzy, wzmocnioną jeszcze arogancją stolicy, lecz również podejście przynajmniej części opozycji do państwa i jego instytucji. Kiedy tylko, a dzieje się to przecież werdyktem wyborców, przechodzą one pod kontrolę innego politycznego rozdania, przestają być partnerem – nawet w sytuacji kryzysowej. Traktowane są wyłącznie jako niepotrzebne, męczące obciążenie, zło konieczne lub jeszcze gorzej, z którym nie należy dzielić się informacjami i nie wypada prosić o pomoc.

Przypomina to, oczywiście z zachowaniem proporcji, to luźne skojarzenie, relacje premiera Donalda Tuska i jego ministrów z Lechem Kaczyńskim w czasie kohabitacji 2007 – 2010. Co nie sprowadzało się przecież do sporów o samolot i szerzej, o rolę głowy państwa w polityce zagranicznej, lecz przecież uderzały, z winy Platformy, w sprawy bezpieczeństwa kraju. Przypomnijmy, że ekipa Tuska topiła plany tarczy antyrakietowej głównie dlatego, że obawiano się, że ewentualny sukces zostanie przez opinię społeczną przypisany prezydentowi Kaczyńskiemu.

Premier Morawiecki podjął decyzję o budowie wodociągu, który pozwoli obejść skutki awarii. Po okresie lekceważenia dramatu i żarcików, władze stolicy zgodziły się na rządową propozycję i pomoc wojska. W pamięci zostaną jednak reakcje w rodzaju wpisu Kamili Gasiuk-Pihowicz: „Gdy politycy PiS biadolą nad awaryjnym zrzutem ścieków do Wisły z warszawskiej oczyszczalni Czajka – warto przypomnieć, że to inwestycja sfinansowana ze środków unijnych. To właśnie na tak ważne inwestycje Polska, z winy rządu PiS, może stracić pieniądze w nowym unijnym budżecie.” Zabawniejszej puenty tego mało zabawnego wątku nie będę nawet próbował wymyślić.

źródło:
Zobacz więcej