Wszędzie ciała, ból, swąd palonej odzieży, ojciec wzywający pomocy dla synka – relacja spod Giewontu

– To była jakaś masakra – wspominał pan Marcin (fot. PAP/Grzegorz Momot)

– Obraz tego wszystkiego, co zobaczyłem, to była jakaś masakra. Wszędzie leżały ciała. Pierwsze co zobaczyłem, to żółty trykot osłaniający przed deszczem takiej pani, która spadła z góry gdzieś na skały. Płacz dzieci, krzyk o pomoc. Widziałem, że wszyscy, którzy trzymali się łańcuchów zostali porozrzucani, po kilka metrów na boki - mówi. Ojciec trzymał chłopca całego poranionego i krzyczał o pomoc – opowiadał turysta w rozmowie z RMF FM, który przeżył tragedię, jaka rozegrała się w czwartek w Tatrach.

„Piorun uderzył idącego przede mną mężczyznę”. Relacja turysty

– Piorun uderzył idącego przede mną mężczyznę. Był to zagraniczny turysta. Dochodziliśmy do Ciemniaka. Nagle nie wiadomo skąd, znalazłem się na...

zobacz więcej

Pan Marcin z Kostrzyna wybrał się w czwartkowy poranek na Kasprowy Wierch, na który dotarł po godz. 10 Na Kasprowym, jak mówi, była lekka mgła, ale potem „zrobiła się przepiękna pogoda”

Aura popsuła się, gdy zaczął wchodzić na Giewont, około trzy godziny później. W ciągu niecałej minuty rozpadał się mocny, zacinający deszcz. – Udało mi się zejść na delikatne wypłaszczenie, mniej więcej dwa metry pod Krzyżem. Schowałem się przed deszczem i wtedy uderzył piorun – opowiadał.

Według jego relacji grzmotów nie było widać ani słychać. – Było jakieś delikatne pstryknięcie. I potem uderzyło w nas. Było ogłuszenie, oślepienie, bardzo mocne spięcie ciała i ostry ból w stopie poczułem. Tak mnie poskładało na ziemię. Szybko udało mu się podnieść - wspominał pan Marcin. Poczuł swąd spalonej odzieży i spalonych włosów.

– Obraz tego wszystkiego, co zobaczyłem, to była jakaś masakra. Wszędzie leżały ciała. Pierwsze co zobaczyłem, to żółty trykot osłaniający przed deszczem takiej pani, która spadła z góry gdzieś na skały. Płacz dzieci, krzyk o pomoc. Widziałem, że wszyscy, którzy trzymali się łańcuchów zostali porozrzucani, po kilka metrów na boki. Ojciec trzymał chłopca całego poranionego i krzyczał o pomoc – wspomina.

Jak mówił, sam nie był w stanie nikomu pomóc. Miał poparzoną nogę i całkowicie sparaliżowaną prawą rękę. Zaczął więc się staczać z góry. – Jak udało mi się zjechać, to uderzył drugi piorun. Wtedy już nikt nie krzyczał – relacjonował.

Ludzi spotkał na szlaku do Kuźnic. Pytali go, czy ktoś został porażony. – Jakby tu był inny świat – wspominał. Pomógł mu jeden z napotkanych w drodze ratowników TOPR. – Nie czułem lewej nogi. Okazało, że nie mam na sobie nawet skarpetek, bo była taka temperatura, że się spaliły – mówi.

Po pobycie w szpitalu w Zakopanem pan Marcin wrócił do Kostrzyna. Ma poparzenia nogi drugiego stopnia i słabo słyszy na prawe ucho.

źródło:
Zobacz więcej