Grenlandzki łącznik

Prezydent USA Donald Trump liczył na odkupienie Grenlandii (fot. PAP/EPA/RON SACHS / POOL)

Z wyjątkiem rosyjskiej agresji na Ukrainie, mocarstwa unikają dziś militarnego rozszerzania stref wpływów. Doskonale wiedzą, że jest o wiele silniejszy oręż – pieniądz. W ten profil wpisuje się ostatni pomysł prezydenta USA Donalda Trumpa, który upatrzył sobie odkupienie od Królestwa Danii Grenlandii. Wprawdzie Kopenhaga w ostrych słowach odrzuciła jakiekolwiek przymiarki, to jednak pomysł daje ważny wgląd w dalekosiężną strategię Białego Domu.

Premier Danii: Pomysł kupienia Grenlandii przez USA jest absurdalny

– Pomysł kupienia Grenlandii przez USA jest absurdalny – oświadczyła w niedzielę premier Danii Mette Frederiksen. To reakcja na słowa doradcy...

zobacz więcej

Przede wszystkim należy podkreślić, że inicjatywa nie jest pomysłem Trumpa na zasadzie, że skoro jest miliarderem to może wszystko kupić. Wpisy na Twitterze z kolejnymi odsłonami planu również nie są – jak w przypadku niektórych polskich polityków – sprawą nocnych włamań na ich konto.

Pod pewnymi względami Trump rzeczywiście mógł traktować zakup Grenlandii jako swoistą transakcję biznesową – wszak majątku dorobił się na handlu nieruchomościami. Kupić okazyjnie i osiągnąć zysk. Sprawa jest jednak o wiele głębsza. Wpisuje się w globalną strategię Stanów Zjednoczonych. W ten sposób prezydent ze swoim niebanalnym wdziękiem szuka rozwiązań w narastającym konflikcie z Rosją i Chinami.

Pekin dotąd nie zdecydował na otwarte zakupienie terytorium należącego do innego państwa, zresztą nie musiał. Swoją ekspansję ekonomiczną Chińczycy przeprowadzają w o wiele bardziej dyskretny sposób – inwestują gigantyczne środki w biednych krajach. Budują m.in. stadiony piłkarskie, drogi – od Kostaryki po Malawi i Kongo.

Kupowanie przychylności

Wszystko za darmo, jako gest przyjaźni, ale tak naprawdę to kupowanie przychylności. Do tego dochodzą pożyczki. Samej Wenezueli Chiny pożyczyły w ostatniej dekadzie około 60 mld dolarów. Oczywiście Xi Jinping doskonale zdaje sobie sprawę, że Wenezuela jest – cytując Ryszarda Kapuścińskiego – chudobiedna, dnem mieszka prześwitująca oraz że szanse na zwrot tych pieniędzy są praktycznie zerowe. W tym przypadku stawką jest kupienie sobie wdzięczności władz kraju, który posiada dwa razy większe złoża ropy naftowej niż Arabia Saudyjska.

Rozszerzanie strefy wpływów w wykonaniu Stanów Zjednoczonych to przede wszystkim system programów pomocowych i humanitarnych. Z jednej strony to chwalebna droga, ale również – a może przede wszystkim – bardzo wygodny mechanizm uzależniający. Kraje niepokorne, takie które podpadną Waszyngtonowi, są ustawiane do pionu wstrzymaniem pomocy albo groźbami, że tak się skończą igraszki.

„Konflikt handlowy był konieczny. Ktoś musiał zabrać się za Chiny”

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump ocenił, że obecny konflikt gospodarczy USA z Chinami był „konieczny”. Dodał, że Chiny nadal chcą...

zobacz więcej

Taka pochodna sankcji gospodarczych odbywa się jednak w ramach stosunków międzypaństwowych, choć ta metoda kija i marchewki jest stosowana także wobec nieposiadających swojego państwa Palestyńczyków, którzy również otrzymują pomoc finansową od USA. Co innego jednak zakupienie terytorium należącego do innego państwa i ustanowienie tam własnej administracji.

Informacje o pomyśle zakupu Grenlandii po raz pierwszy pojawiły się w dzienniku „The Wall Street Journal”. Wskazano, że Donald Trump podczas różnych spotkań z zainteresowaniem przysłuchiwał się dyskusjom o bogatych złożach surowców i znaczeniu geopolitycznym wyspy. Dwóch informatorów przyznało, że prezydent poprosił doradcę w Białym Domu o przyjrzenie się tematowi.

Ważny temat

Sam prezydent potwierdził, że ostatnio dyskutował ze swoimi doradcami o możliwości zakupu Grenlandii przez Stany Zjednoczone. – To jest temat, o którym rozmawialiśmy. Pojawiła się taka koncepcja i... jest ona strategicznie interesująca. Jesteśmy nią poważnie zainteresowani, ale nie rozmawialiśmy o tym dużo. W każdym razie to nie jest sprawa numer 1 dla rządu – przyznał.

Temat nie najważniejszy, ale z pewnością bardzo ważny, skoro Donald Trump poświęca mu tyle uwagi na Twitterze. Potrafił już wrzucić grafikę przedstawiającą sielski grenlandzki krajobraz z złotym wieżowcem z napisem „Trump” i zapewnieniem, że takich rzeczy to on nie będzie tam wprowadzał. Dało się wyczuć, że jest pewny, iż trochę jego jankeskiego uroku wystarczy, by Grenlandczycy sami chcieli zostać jak nie 51. stanem, to chociaż terytorium nieinkorporowanym Stanów Zjednoczonych, jak Portoryko czy Wyspy Dziewicze.

Wiele krajów jest bogatych w surowce. Sukcesem byłoby choćby wybicie Kazachstanu z orbity Rosji i Chin, choć to raczej miałoby minimalne szanse powodzenia. Trump zapewne liczył, że przejęcie administrowanej przez Danię wyspy zamieszkałej przez zaledwie 56 tys. osób, w dodatku z poważnymi problemami społecznymi i zależnej gospodarczo od macierzy, będzie korzystne dla każdej ze stron.

Zaledwie 56-tysięczna Grenlandia posiada bogate złoża surowców (fot. Pixabay/Thomas_Ritter)

USA chcą kupić Grenlandię? „To musi być prima aprilis”

Ministerstwo spraw zagranicznych Grenlandii poinformowało, że wyspa ta nie jest na sprzedaż. To reakcja na doniesienia dziennika „The Wall Street...

zobacz więcej

Pytanie, dlaczego akurat Grenlandia przykuła uwagę prezydenta? Magazyn „Business Insider” przeprowadził analizę, choć wydaje się, że niepełną. Po pierwsze, wyspa – na co zwrócili uwagę doradcy Białego Domu – posiada znaczne złoża surowców. To przede wszystkim ruda żelaza, ołów, cynk, nikiel diamenty, złoto i pierwiastki ziem rzadkich jak uran czy wolfram. Rzadkie metale wykorzystywane są w produkcji m.in. telefonów, komputerów czy aut elektrycznych, ich znaczenie jest zatem ogromne. Do tego dochodzi ropa naftowa, na którą Stany Zjednoczone mają zawsze ogromny apetyt. Bogate łowiska byłyby miłym bonusem.

Klimat dla biznesu

Klimat Grenlandii sprawia, że większość złóż pozostaje niewykorzystana, gdyż niemal 80 proc. powierzchni wyspy jest pokryta lodem. To długo sprawiało, że ich eksploatacja była nieopłacalna. Teraz jednak, ku przerażeniu ekologów i zadowoleniu firm wydobywczych, pokrywa lodowa na wyspie topnieje w zawrotnym tempie. Eksperci z NASA przedstawili analizę, z której wynika, że blisko 97 proc. powierzchni wyspy podlega procesowi topnienia. Ostatnio agencja poinformowała o zaobserwowaniu dwóch największych topnień w historii wyspy. Oznacza to ułatwiony dostęp do ukrytych pod ziemią bogactw.

Wyspa ma też strategiczne położenie. Na północno-wschodniej części wybrzeża Amerykanie mają od 1943 r. bazę lotniczą Thule ze stacją radarową, będącą elementem systemu wczesnego ostrzegania przed pociskami balistycznymi. Stąd też w czasie zimnej wojny wysyłano samoloty szpiegowskie do lotów zwiadowczych nad ZSRR.

Thule działała oficjalnie, za zgodą Kopenhagi, w tajemnicy była natomiast trzymana leżąca około 240 km dalej baza Camp Century. Obok tego rzekomego ośrodka naukowego była rozbudowana sieć podziemnych wyrzutni rakiet nuklearnych dalekiego zasięgu, połączona tunelami o łącznej długości 21 km. Wszystko doskonale ukryte przed wścibskimi kamerami samolotów szpiegowskich. O bazie noszącej kryptonim Iceworm nie wiedzieli nawet Duńczycy, sojusznicy w NATO. Dowiedzieli się o niej przypadkiem w 1995 r., gdy prowadzono śledztwo w sprawie katastrofy bombowca B-52 z pociskami nuklearnymi, do której doszło na wyspie kilka lat wcześniej.

Kluczowe jest jednak nie położenie Grenlandii między Europą a Ameryką Północną, tylko nad Oceanem Arktycznym. Właśnie Arktyka to obecnie najbardziej łakomy kąsek w geopolitycznej rywalizacji mocarstw oraz innych krajów, które kuszą znajdujące się tam złoża. USA, Rosja, Kanada i Dania poprzez Grenlandię mogą eksplorować swoje wyłączne strefy ekonomiczne do 200 mil morskich na północ od swojego wybrzeża. Rosja i Dania podnoszą, że należy wydłużyć im tę strefę, gdyż – dowodzą – platforma kontynentalna podległych im terytoriów sięga aż do bieguna północnego.

Trump odwołał wizytę w Danii, bo Kopenhaga nie chce sprzedać Grenlandii

Prezydent USA Donald Trump poinformowała we wtorek wieczorem czasu lokalnego na Twitterze, że odwołał zaplanowane na 2 września spotkanie z szefową...

zobacz więcej

Przymiarki Moskwy

O ile Kopenhaga jest za słaba, żeby rozpychać się łokciami i straszyć rakietami, Rosjanie już od kilku lat odbudowują dawne radzieckie bazy wojskowe i zakładają nowe m.in. na Wyspie Wrangla, wyspie Kotielnyj i na Przylądku Schmidta. Moskwa tworzy również oddziały specjalistyczne przygotowane do działania w warunkach silnych mrozów.

Rosja to jednak kolos na glinianych nogach. Wprawdzie zawsze znajdzie środki na militaryzację, lecz niskie ceny ropy i amerykańskie sankcje po agresji na Ukrainę powodują, że Kreml może przegrać cichą wojnę o Arktykę, gdyby Amerykanie poważnie zaangażowali się w tym regionie. Rosjanie znaleźli więc sposób. Zaprosili do współpracy Chiny, które wprawdzie nie posiadają żadnych terytoriów nad brzegiem Oceanu Arktycznego, za to dysponują ogromnymi środkami i mają ambicję bycia pierwszym supermocarstwem.

Pekin chce wprowadzić nowy status dla Arktyki. W imię sprawiedliwości region ten powinien zdaniem władz być „wspólnym dziedzictwem ludzkości”, a to gwarantowałoby Chinom takie same prawa jak innym państwom. W praktyce oznaczałoby to zatem wolny rynek wydobycia gazu, a szacuje się, że w rejonie Arktyki znajduje się jedna trzecia globalnych zasobów błękitnego paliwa. Oczywiście „wspólne dziedzictwo ludzkości” zostałoby szybko i w znacznej części opanowane przez Chińczyków.

Kraj Środka ku mroźnej północy pcha również chęć budowy „Polarnego Jedwabnego Szlaku” prowadzącego przez arktyczne trasy morskie, przez co nie trzeba byłoby korzystać z Kanału Sueskigo, a to skróciłoby połączenie z Europą. Celem jest także osiągnięcie jak nie przewagi, to choćby równowagi militarnej. Chińczycy rozbudowują flotę okrętów podwodnych mogących przenosić broń nuklearną. Już dysponują kilkoma jednostkami typu 094, a pracują nad nowym typem 096, a każdy taki okręt będzie mógł przenosić aż 24 pociski JL-3. To wystarczy, żeby zegar nuklearny znów przyspieszył i zaczął zbliżać się do północy.

Poprzez swoich miliarderów Pekin robił już przymiarki do kupna terytoriów na terenach leżących na Oceanie Arktycznym, bądź graniczących z nim, ale napotykał na opór. Zmieniono więc strategię i Chiny próbują się ułożyć z państwami należącymi do Rady Arktycznej (USA, Kanada, Rosja, Islandia, Dania, Norwegia, Szwecja i Finlandia). Na Waszyngton i Ottawę nie ma co liczyć, pozostają więc umizgi do krajów skandynawskich i Rosji.
Mocarstwa rywalizują o dominację na Oceanie Arktycznym (fot. US Navy)

Dlaczego Grenlandia topnieje? Wszystko przez... chmury

Naukowcy odkryli kolejną przyczynę szybkiego topnienia lodu na Grenlandii. Według brytyjskich badaczy winne są... chmury, a raczej ich brak.

zobacz więcej

Chiny mogą liczyć na czasową gościnność Rosji oraz pewien zysk polityczny dzięki inwestycjom w krajach skandynawskich. Atutem Kanady i Rosji jest ogromna linia brzegowa, dająca prawo do eksploracji Arktyki w większym zakresie. Islandia, Dania, Norwegia, Szwecja i Finlandia nie mają wielkiej siły przebicia i mogą co najwyżej blokować co bardziej stanowcze działania mocarstw, ale tak, żeby ich nadto nie zdenerwować.

Wreszcie Stany Zjednoczone – potencjał militarny i ekonomiczny mają ogromny, tylko wyłączna strefa ekonomiczna jest według Waszyngtonu niepokojąco krótka. Ogranicza się w zasadzie tylko do Alaski. Zdobycie Grenlandii, największej wyspy na Ziemi niebędącej kontynentem (2,16 mln km kwadratowych), znacząco wydłużyłoby strefę i powiększyło pole manewru. Dlatego właśnie pomysł z kupnem Grenlandii to nie kwestia fanaberii, lecz ma ogromne znaczenie strategiczne i zdecyduje o układzie sił w nasilającym się konflikcie o Arktykę.

Na drodze stanęło jednak Królestwo Danii, którego Grenlandia jest częścią składową. Duńska scena polityczna przyjęła pomysł Donalda Trumpa z niedowierzaniem. „To musi być prima aprilis. Jeśli Trump naprawdę to rozważa, jest to ostateczny dowód na to, że oszalał” – napisał na Twitterze były premier Lars Lokke Rasmussen z Partii Liberalnej.

Niedorzeczny pomysł

Soren Espersen z Duńskiej Partii Ludowej (DF) ocenił, że pomysł sprzedaży obywateli Danii jest „niedorzeczny”, zaś premier Mette Frederiksen nazwała go „absurdem”. – Grenlandia nie jest na sprzedaż. Grenlandia nie jest duńska. Grenlandia należy do Grenlandii. Mam nadzieję, że amerykański pomysł nie jest poważny – oświadczyła szefowa rządu.

W odpowiedzi Trump, trochę jak obrażona primabalerina, odwołał wizytę w Danii, gdzie miał się udać po obchodach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej w Polsce. Oświadczył również, że słowa premier Frederiksen były „paskudne” i że „nie rozmawia się ze Stanami Zjednoczonymi w ten sposób”.

USA wycofują się z traktatu o INF. Rosja i Chiny muszą się szykować na nowy wyścig zbrojeń

Stany Zjednoczone wycofały się z traktatu INF o likwidacji pocisków rakietowych średniego zasięgu. Dziś mija termin ultimatum, jaki Waszyngton i...

zobacz więcej

Trump to samiec alfa, więc odmowa Kopenhagi dotknęła go szczególnie, a nawet upokorzyła. Może mieć to poważne implikacje na arenie międzynarodowej. Rosja i Chiny pilnie obserwują ostatni zwrot wydarzeń wokół Grenlandii i jak na mało co liczyły na porażkę drażliwego prezydenta USA. Wiedzą, że Trump traktuje dyplomację w nieco inny sposób. Stąd obrażanie, łajanie, besztanie innych przywódców i próba udowadniania na każdym kroku, że jest najważniejszy.

Można pokusić się o stwierdzenie, że Trump źle zabrał się do przymiarek. Zamiast zacząć rozgłaszać na Twitterze, że chce kupić wyspę, bo się opłaci, powinien najpierw wysondować stanowisko Danii, cierpliwie poczekać, wykonać kilka ukłonów, stopniowo zwiększać obecność Stanów Zjednoczonych na Grenlandii, najpierw robić biznes, a dopiero potem ewentualnie zaproponować jakąś formę współrządzenia.

Ważne tu i teraz

To jednak nie byłoby w jego stylu. Dla niego liczy się tu i teraz. Kupno, sprzedaż, ale przede wszystkim pokazanie, kto tu rządzi. Trochę jak szeryf na Dzikim Zachodzie, on będzie decydował. To może robić wrażenie na wyborcach w Stanach Zjednoczonych, a przecież zbliżają się wybory prezydenckie, lecz taka bezceremonialna postawa już musiała wywołać opór Duńczyków.

Co ciekawe, pomysł zakupu Grenlandii przez Stany Zjednoczone przewijał się wcześniej w historii. Już w 1946 r. ówczesny prezydent Harry Truman oferował Królestwu Danii 100 mln dolarów za to terytorium (równowartość 1,3 mld dolarów dzisiaj). Truman skupiał się przede wszystkim na strategicznym położeniu wyspy, która miała stać się ważną bazą militarną u progu zimnej wojny. Baza powstała, ale terytorium pozostało podległe Kopenhadze.

W przeszłości Waszyngton kupował już zresztą tereny należące do innych państw i zwykle robił dobry interes. W 1803 r. odkupiono od Francji Luizjanę, przy czym nie był to tylko teren obecnego stanu, ale obszar o powierzchni 2,14 mln km kw. (około 8 razy większy od powierzchni Polski), ciągnący się od terenów obecnej Kanady. Paryż złamał tym samym traktat z San Ildefonso, podpisany trzy lata wcześniej z Hiszpanią, który obligował Francuzów do nieprzekazywania Luizjany żadnemu z państw trzecich. Ale interes to interes.

Prezydenci Rosji Władimir Putin oraz Chin Xi Jinping współpracują ws. Arktyki (fot. Kremlin.ru)

Rosjanie hakowali systemy wyborcze we wszystkich stanach USA

W trakcie kampanii wyborczej w 2016 roku Rosjanie hakowali systemy wyborcze we wszystkich 50 stanach USA – podała w raporcie Komisja do spraw...

zobacz więcej

Ta większa Luizjana kosztowała 78 mln franków, czyli 15 mln dolarów w ówczesnej walucie (równowartość około 310 mld w dzisiejszej) – dokładnie 60 mln franków (11,25 mln dolarów) oraz 18 mln franków (3,75 miliona dolarów) anulowanego długu francuskiego wobec USA. Waszyngton takich pieniędzy nie miał, dał 3 mln dolarów w złocie i musiał wziąć pożyczkę w brytyjskim Barings Bank. Bankierzy zgodzili się, choć Wielka Brytania wojowała wówczas z Francją. Ale interes to interes. Pokłosiem tego było kupienie później Florydy od Hiszpanii za 5 mln dolarów.

Złoty interes

Jeszcze lepszy biznes Amerykanie zrobili kupując w 1867 r. Alaskę od Imperium Rosyjskiego. Nieco ponad 1,5 mln km kw. pustkowi kosztowało 7,2 mln dolarów (około 122,6 mld w dzisiejszej walucie). Krytycy pukali się w głowę, kpili, że William H. Seward, sekretarz stanu w gabinecie prezydenta USA Andrew Johnsona, kupił „ogród niedźwiedzi polarnych”. Bezużyteczne, wydawało się terytorium, szybko stało się kopalnią złota i to dosłownie, gdy w latach 90. XIX wieku odkryto na tych terenach ogromne pokłady złota.

W międzyczasie w 1853 r. USA kupiły jeszcze od Meksyku terytoria, które weszły w skład stanów Arizona i Nowy Meksyk. Za 76,77 tys. km kw. terenów leżących na południe od rzeki Gila River i na zachód od Rio Grande zapłacono 10 mln dolarów (około 230 mld w dzisiejszej walucie). Ziemia ta była potrzebna pod budowę linii kolejowej do Kalifornii.

W 1917 r. natomiast Waszyngton wykupił należące do Królestwa Danii Wyspy Dziewicze. Żeby transakcja doszła do skutku, Duńczycy musieli najpierw opowiedzieć się w referendum. Amerykanie zapłacili 25 mln dolarów (około 400 mln w dzisiejszej walucie). Wyspy – do dziś nie mające statusu stanu i pozostające terytorium zależnym – stały się strategicznym przyczółkiem USA w rejonie Karaibów. Zwykle jednak Waszyngton rozszerzał strefy wpływów poprzez wykupywanie interesujących je ziem leżących w innych krajach przez amerykańskie koncerny. Tak m.in. Honduras i Salwador stały się republikami bananowymi.

Czasy się zmieniły i teraz nikt już nie kupuje terytoriów, przynajmniej oficjalnie. Stany Zjednoczone mają zatem niewielką szansę na przejęcie Grenlandii. Z drugiej strony, Dania proponuje wspólne interesy, gdy Donald Trump ochłonie, jako biznesmen powinien oszacować, że to jedyna szansa na osiągnięcie możliwie najlepszej pozycji w zbliżającej się rozgrywce mocarstw o mroźne wody Oceanu Arktycznego.

źródło:
Zobacz więcej