Nie tacy Rangers straszni, jak ich malują. Cenny remis Legii

Legia Warszawa zremisowała u siebie z Rangers FC 0:0 (fot. PAP/Piotr Nowak)

Miała być różnica klas, wysoka porażka i błaganie o litość, był mecz walki, po którym ani jedni, ani drudzy nie mogą narzekać. Legia Warszawa zremisowała u siebie z Rangers FC 0:0 i przed rewanżem ma sporo powodów do optymizmu. To ostatni epizod walki o fazę grupową Ligi Europy.

Dziwny to sezon Legii. Zaczęli źle: porażki w meczach ligowych, żenujący pokaz nieporadności w starciu z wicemistrzem Gibraltaru, brak stylu, charakteru, no i wreszcie - trenera. Na palcach jednej ręki można policzyć takich, którzy wierzyli w Aleksandara Vukovicia i to, że przetrwa w stolicy choćby do zimy. Wypominano Serbowi nieporadność na wszystkich polach: słabo wypadał w mediach, w drużynie miały pojawiać się małe konflikty, a gra długimi fragmentami wołała o pomstę do nieba. Szczególnie w ataku.

Ostatnie tygodnie nie przyniosły może znaczącej poprawy w tym elemencie, ale mecz z Rangers był już szóstym z rzędu (licząc wszystkie rozgrywki), w którym Legia nie straciła bramki. To nie przypadek: formacja obronna, dowodzona przez Artura Jędrzejczyka, spisuje się bardzo pewnie, a reprezentantowi Polski świetnie współpracuje się z Igorem Lewczukiem, Pawłem Stolarskim i Luisem Rochą. Może Vuković nie jest jednak taki zły?

W czwartek wicemistrzowie Polski potwierdzili, że mechanizmy wypracowywane na treningach działają nie tylko na Śląsk czy Zagłębie Lubin, ale i znacznie bardziej renomowanych przeciwników. Nie przestraszyli się, nie spanikowali, dość pewnie radząc sobie z zawodnikami, których wycenia się na kilka czy nawet kilkanaście milionów euro. Alfredo Morelos, który szalał od początku sezonu (dziewięć goli w ośmiu meczach), przy „Jędzy” sobie nie pograł. Trochę zamieszania robił na lewym skrzydle wypożyczony z Liverpoolu Sheyi Ojo, ale - po kilku przegranych pojedynkach - Stolarski w końcu znalazł na niego sposób.

Nie był to porywający mecz. Obie drużyny skupiły się przede wszystkim na tym, by nie stracić, choć trzeba oddać, że pierwsza połowa znacząco różniła się od drugiej. Lepiej zaczęli goście, którzy prezentowali lepszą kulturę gry, długo utrzymywali się przy piłce i cierpliwie budowali kolejne akcje. Wysokim pressingiem i agresywnymi wejściami skutecznie odbierali wicemistrzom Polski radość z gry. Na drugą część spotkania Legia wyszła odmieniona. Gospodarze atakowali z impetem, świetną sytuację już na samym początku miał Walerian Gwilia, a chwilę później - po dośrodkowaniu z rzutu rożnego - bramkarza gości mógł pokonać Igor Lewczuk. Obaj jednak minimalnie chybili.

Najbliżej strzelenia gola byli jednak... Szkoci. W 63. minucie kapitalne podanie z środka pola dostał Morelos, który uciekł obrońcom i pognał sam na sam z Radosławem Majeckim. Młody bramkarz Legii skrócił jednak kąt, odważnie wyszedł i nogami odbił nie najlepszy strzał Kolumbijczyka. Do końca spotkania polski zespół miał więcej z gry, przeważał, ale nie był w stanie sforsować szyków drużyny Stevena Gerrarda. Na wynik 0:0 w stolicy narzekać jednak nie mogą. Ani jedni, ani drudzy nie opuszczą dziś Łazienkowskiej niezadowoleni.


Legia to ostatni polski klub, który pozostał na europejskim froncie. Wcześniej na tarczy wracali Piast Gliwice, Cracovia i Lechia Gdańsk. Za tydzień walka o „być albo nie być": rewanż na Ibrox Park zapowiada się pasjonująco. Legioniści już wiedzą, że wcale nie muszą się przed rywalem z Glasgow położyć...

źródło:
Zobacz więcej