Seria niefortunnych zdarzeń w sprawie gangstera, którego pogrążył „Cygan”

Prawdziwe fatum zawisło nad sprawą o napaść i brutalne porwania mieszkańca Stalowej Woli, na której świadkiem miał być Dawid Kostecki (fot. arch.PAP/Darek Delmanowicz)

Prawdziwe fatum zawisło nad sprawą o napaść i brutalne porwania mieszkańca Stalowej Woli, na której świadkiem miał być Dawid Kostecki. Po raz kolejny nie udało się jej rozpocząć, ponieważ obrońca oskarżonego Tomasza G., nie zdążył zapoznać się z aktami i dopiero na sądowej sali, pierwszy raz zobaczył swojego klienta. Kolejny termin – 9 października.

Zeznania Kosteckiego pogrążały groźnego bandytę. Sprawa o porwanie i tortury

Sprawa, dla której ściągnięto Dawida Kosteckiego z Rzeszowa do Warszawy dotyczy napaści i brutalnego porwania mieszkańca Stalowej Woli. Jak ustalił...

zobacz więcej

Spiritus movens całego zmieszania jest obrońca Tomasza G. Pierwszy termin procesu był pierwotnie wyznaczony na 1 lipca. Ku zaskoczeniu składu sędziowskiego, prokuratora i oskarżonego, na sali rozpraw nie pojawił się radca prawny, który z urzędu reprezentuje Tomasza G. Oskarżony nie zgodził się, aby proces rozpoczął się pod nieobecność adwokata. I sprawa spadła z wokandy. Kolejny termin wyznaczono na 14 sierpnia. Nie dożył do niego, Dawid Kostecki, jeden z ważniejszych świadków oskarżenia. To do niego dzwonił z prośbą o pożyczkę, uprowadzony mężczyzna, który po uwolnieniu wskazał bokserowi Tomasza G., jako jednego ze swoich oprawców.

W środę 14 sierpnia, w sądzie stawiły się wszystkie strony. Obrońca oskarżonego G. przekonywał sąd, że nie stawił się w lipcu, ponieważ był na urlopie i dlatego nie odebrał awizowanego wezwania. Prawnik stwierdził, że nie może też skutecznie bronić swojego klienta, ponieważ nie mógł zapoznać się z aktami. W dodatku, dopiero na sali rozpraw, po raz pierwszy zobaczył swojego klienta. Sąd nie miał wyjścia i znowu odroczono rozpoczęcie procesu. Tym razem, aż do 9 października.

Tajemnica śmierci „Cygana”

Jednym ze świadków wezwanych na 1 lipca był Dawid Kostecki ps. Cygan, którego 18 czerwca przetransportowano do aresztu na stołecznej Białołęce z więzienia w Rzeszowie. I tu pojawia się pytanie, dlaczego nie odwieziono go z powrotem do Rzeszowa, tylko trzymano przez półtora miesiąca na Białołęce, gdzie osadzony był także Tomasz G. Choć znajdowali się w innych pawilonach, to jednak teoretycznie, G. mógłby próbować zastraszać „Cygana”.

Kostecki nie doczekał następnego terminu. 2 sierpnia znaleziono go martwego w celi. Miał się powiesić na leżąco na swojej pryczy.

„Cygan” siedział z grypsującymi złodziejami

W połowie lipca Dawid Kostecki miał wizytę u psychiatry. Trafił do niego, ponieważ miał kłopoty ze snem – dowiedział się portal tvp.info. Wiadomo...

zobacz więcej

Adwokaci rodziny, byłego boksera kwestionują przekonanie prokuratury, że było to samobójstwo. „Gazeta Wyborcza” dotarła do notatki służbowej prokuratora, który pierwszy oglądał ciało Kosteckiego. Napisał on, że na szyi boksera znajdują się dwie ranki, wyglądające jak ukłucia po igle. To by mogło wskazywać, że Kostecki nie popełnił samobójstwa, ale został zamordowany.

Prokuratura zdecydowanie zaprzeczyła, by wspomniane ranki, mogły powstać w wyniku nakłucia czy ukłucia i są to zadawnione strupki. – Prowadzący sekcje biegli przeprowadzili zewnętrze oględziny wskazanych zmian naskórka, a następnie dokonali otwarcia powłok skórnych szyi, nie ujawniając, aby opisane powyżej mikrourazy miały charakter inny niż wyłącznie powierzchowny – nie doszło do przebicia wewnętrznych powłok ciała. Ustalenia te znalazły odzwierciedlenie w sporządzonej przez nich opinii, a także w zapisie protokołu przeprowadzonej sekcji – mówił 12 sierpnia rzecznik Prokuratury Okręgowej dla Warszawy Pragi Marcin Saduś .

Śmierć Kosteckiego wywołała także poruszenie wśród polityków opozycji. Posłowie klubu Platforma Obywatelska-Koalicja Obywatelska, zapowiedzieli zwołanie specjalnego posiedzenia sejmowej komisji sprawiedliwości. Domagają się bardzo dogłębnego wyjaśnienia wszystkich okoliczności śmierci Kosteckiego. Pięściarz miał mieć bowiem wiedzę na temat działalności na Podkarpaciu agencji towarzyskich, kierowanych przez braci R. z Ukrainy. Ich przybytki były chronione przez oficerów CBŚP, a w lupanarach mieli się bawić lokalni politycy, urzędnicy i biznesmeni. Według jednego z byłych agentów CBA swawole vipów były nagrywane i wykorzystywane później do szantażu.

źródło:
Zobacz więcej