Samospaleniem postawił się komunistom. „Toczy się wojna między światłem a ciemnością”

Oskar Brüsewitz był ofiarą nazizmu i komunizmu (fot. Pixabay/TT)

Jan Palach, Ryszard Siwiec, Walenty Badylak, Jan Zajic, Romas Kalanta, Oleksa Hirnyk – lista osób, które dokonały samospalenia w proteście przeciwko działaniom komunistycznych władz w Europie Wschodniej jest długa. W tym gronie jest nawet duchowny – wschodnioniemiecki pastor Oskar Brüsewitz, który zdecydował się na popełnienie tego grzechu przeciw Bogu, żeby zademonstrować sprzeciw wobec prześladowań chrześcijan.

Kapłan wyklęty. Ks. Toufar zapłacił życiem za cud

O ile władze kościelne zwykle krytycznie patrzą na domniemane cuda, o tyle komunistyczna bezpieka – niezależnie od kraju – zawsze reagowała na nie...

zobacz więcej

Brüsewitz żył w jednych z najgorszych czasów, w jednym z najgorszych miejsc. Był ofiarą obu systemów totalitarnych, które tak straszliwie doświadczyły Europę – nazizmu i komunizmu. Urodził się 30 maja 1929 r. w Wilkiszkach koło Tylży na Litwie. W rejonie tym od wieków osiedlali się Niemcy i Austriacy.

Ojciec przyszłego męczennika i jego trójki rodzeństwa był ewangelikiem i kładł duży nacisk na wychowanie w wierze. W latach 1935-43 Oskar był uczniem szkoły powszechnej, po której zaczął szkolić się na handlowca, ale plany pokrzyżowała wojna.

W 1944 r. tysiącletnia III Rzesza już po 12 latach zmierzała ku klęsce. Niemieckie armie przegrywały na wszystkich frontach i Adolf Hitler rozkazał o powoływaniu do wojska coraz młodszych żołnierzy. Zaledwie 15-letni Brüsewitz został wcielony do Wehrmachtu. Służył jako strzelec w jednostce pancernej. Walczył w Warszawie, na Litwie oraz w Prusach Wschodnich, gdzie Armia Czerwona wzięła go do niewoli.

Wolność odzyskał już jesienią 1945 r. i wyjechał z rodziną do Melle w Niemczech (miasto przypadnie później RFN). Ukończył dwuletni kurs na mistrza szewskiego, w 1949 r. otworzył zakład zajmujący się produkcją obuwia dziecięcego, zakochał się i ożenił. Szczęście, na ile to było możliwe w zrujnowanej ojczyźnie, kwitło.

Ponure oblicze komunizmu

Już w 1951 r. Brüsewitz się jednak rozwiódł i po trzech latach wyjechał do Niemiec Wschodnich. Tam już komunizm zdążył pokazać swoje ponure oblicze. W 1953 r. wybuchło w NRD powstanie krwawo stłumione przez Armię Czerwoną. Nie zraziło to jednak młodego szewca. Tu ponownie się ponownie ożenił, a wybranką została pielęgniarka i diakonisa Christa Roland. Razem dochowali się dwóch córek i syna.

Wkrótce odezwało się jego powołanie. Zaczął studiować teologię w Szkole Kaznodziejskiej w Wittenberdze, ale musiał przerwać naukę ze względów zdrowotnych, cierpiał bowiem na wrzody żołądka. W tym czasie jego nowy zakład szewski w Weissenfels prosperował bardzo dobrze, Brüsewitz wkrótce zatrudniał już 10 pracowników.

„Pierwsza pochodnia”. Pół wieku temu Jan Palach dokonał aktu samospalenia

W kościele Najświętszego Zbawiciela w Pradze odprawiono we wtorek wieczorem mszę w intencji Jana Palacha, który przed 50 laty, 16 stycznia 1969...

zobacz więcej

Komuniści lepiej jednak od niego wiedzieli, jak powinna być zorganizowana praca i przekształcili zakład w spółdzielnię produkcyjną. Gdy pod koniec lat 50. utalentowany rzemieślnik przeżył trzy zapaści i najpewniej doznał zawału serca, po rocznej rekonwalescencji nie mógł już marzyć o ponownej pracy w warsztacie.

Czuł już coraz silniejszą potrzebę głoszenia Ewangelii. W 1964 r. pod wpływem rodziny podjął się studiów w seminarium luterańskim w Erfurcie, które ukończył w 1969 r. Po studiach został proboszczem w miasteczku Drossdorf-Rippicha. Stanowisko to przez pewien czas pozostawało nieobsadzone po tym jak poprzedni proboszcz zrezygnował, zniechęcony postawą władz.

Po drugiej stronie niemiecko-niemieckiej granicy Brüsewitz żyłby w spokoju, zapewne w miarę dostatnio, otoczony powszechnym szacunkiem, tu żył otoczony szpiclami, pod komunistycznym butem. Stasi była wszędzie. Historycy ustalili, że tajnymi współpracownikami wschodnioniemieckiej bezpieki było około 2 proc. społeczeństwa. Obywatele wiedzieli, że wtyki są wszędzie; donosili koledzy z pracy, rodzina, sąsiedzi. Ludzie bali się odzywać na polityczne, a nawet neutralne tematy, które mogły zostać uznane za polityczne i stać się podstawą do złożenia donosu.

Duchwni na celowniku

Na celowniku znaleźli się szczególnie duchowni. Sam Brüsewitz był rozpracowywany już od połowy lat 50. Stało to w sprzeczności z prawem. Konstytucja NRD z 1949 r. zagwarantowała wiernym prawa, zaś artykuł 39 nowej konstytucji z kwietnia 1968 r. zapewniał wszystkim obywatelom swobodę sumienia i wiary. Była to jednak zwyczajna obłuda.

Komuniści wykorzystywali Kościoły, nie tylko ewangelicki czy luterański, ale również katolicki, jak tylko mogli. Na początku lat 70. Federacja Ewangelickich Kościołów w NRD wprowadziła do swojej działalności formułę „Kościół w socjalizmie”. Był to konieczny kompromis, pomagający w uniknięciu poważniejszych represji. Mimo to propaganda Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED) ogłosiła, że Kościół ewangelicki jest największą niekomunistyczną organizacją popierającą republikę.

Dzięki ustępstwom na rzecz komunistów duchowni mogli liczyć na pewną niezależność – ustalono, że służby nie mogą nikogo aresztować na terenach kościelnych oraz że władze nie mogą zakazywać organizowania uroczystości religijnych i imprez kościelnych.

Trzeba nadmienić, że władzom nieszczególnie zależało na takim zakazie, gdyż spotkania te były idealną okazją do rozpracowywania wiernych i duchownych.

Duchowny podpalił się obok kościoła św. Michała w Zeitz (fot. Wiki 4.0/Tilman2007)

50. rocznica samospalenia Ryszarda Siwca. „Usłyszcie mój krzyk”

8 września 1968 roku na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, podczas centralnych uroczystości dożynkowych, Ryszard Siwiec – były żołnierz Armii...

zobacz więcej

Równolegle SED prowadziła politykę wymierzoną w Kościoły. Wachlarz działań był bardzo szeroki. Zdarzało się choćby szczególnie prymitywne ustawianie głośników przed domem duchownego i puszczanie komunikatów, uzupełnianych obelgami, że ten konkretny pastor czy ksiądz jest zdrajcą ojczyzny.

Były też metody urzędowe, jak choćby takie stosowanie prawa budowlanego, żeby nie można było remontować budynków sakralnych i te w konsekwencji popadały w ruinę (a wiele nadwyrężyły wojny), bądź zakazywanie budowania nowych kościołów. Podobnych działań było znacznie więcej.

Antyreligijna indoktrynacja

Przede wszystkim jednak na rozmaite sposoby ograniczano wiernym dostęp do duszpasterzy, szczególnie młodzieży. Młodzi mieli obowiązek wstępować do Organizacji Młodych Pionierów (JP) czy Wolnej Niemieckiej Młodzieży (FDJ), gdzie poddawano ich antyreligijnej indoktrynacji.

Wprowadzono też komunistyczny rytuał nazywany Jugendweihe, który miał stanowić świecką alternatywę dla praktykowanej w Kościele ewangelickim konfirmacji (to odpowiednik katolickiej pierwszej komunii i bierzmowania, ale sama w sobie nie jest sakramentem – przyp. red.). Teoretycznie uczestnictwo w Jugendweihe było dobrowolne, ale biada temu, kto odmawiał. Ci, którzy wymawiali się przekonaniami, mieli później problemy ze zdaniem matury, dostaniem się na studia czy otrzymaniem godnej pracy.

Było też ordynarne okradanie parafii ewangelickich. Kościół we wschodnich Niemczech otrzymywał pieniądze na działalność z centrali w RFN. Władze nakazały, że transfery mają się odbywać drogą oficjalną, a to oznaczało wymianę po kursie 1:1. Sęk w tym, że marka NRD była niewiele warta, na czarnym rynku za jedną płacono około 20 fenigów zachodnioniemieckich. Dzięki temu komuniści zyskiwali walutę, której niewydolna gospodarka enerdowska potrzebowała jak kroplówki.

Do tego dochodziła codzienna antykościelna propaganda. W latach 50. przedstawiano katolików i ewangelików jako szpiegów i sabotażystów działających na zlecenie USA oraz rewizjonistów z Bonn. Potem ta nagonka nieco zelżała, ale przykładowo w 1975 r. odbyła się kampania żniwna pod hasłem „Bez Boga i słońca o świcie zbierzemy nasze plony”.

Brüsewitz ocenił, że nie spotkała się ona z odpowiednią reakcją władz kościelnych. Pastor przygotował więc własną odpowiedź – na furmance napisał „Bez deszczu i bez Boga zbankrutuje cały świat” i pojechał nią do miasta Zeitz, gdzie spowodował korek.

Prof. Żaryn: Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski rozpaliła ogień wolności

Pierwsza pielgrzymka Jana Pawła II do Polski w czerwcu 1979 roku była przełomowym wydarzeniem w naszych dziejach. Miliony Polaków przekonały się o...

zobacz więcej

Tego typu działania sprawiały, że agenci Stasi określali go mianem „walczącego pastora”. Bezpiekę niepokoiło jednak szczególnie to, że jest niezwykle popularny wśród młodzieży. On sam oraz jego parafianie byli zastraszani przez agentów. Bezkompromisowy Brüsewitz nie zamierzał odpuszczać i organizował kolejne akcje protestacyjne i demonstracyjne, choć już od początku lat 70. grożono mu wysłaniem do szpitala psychiatrycznego.

Pomysłów nie brakowało

Duchowny miał wiele pomysłów, jak przyciągnąć młodzież i doprowadzić do szału komunistów. Przede wszystkim organizował spotkania w plenerze, mecze, jako uzupełnienie nabożeństw. Gdy władze oplakatowały kraj serią „25 lat NRD”, on przygotował własny plakat: „2000 lat Jezusa Chrystusa”.

Bojkotował również wybory, ogłaszając, że „już wybrał, mianowicie Chrystusa”. Na wieży kościelnej zawiesił również duży neonowy krzyż. Agenci Stasi domagali się usunięcia go, twierdząc, że zużywa dużo prądu, co ma powodować przerwy w dostawie energii dla zakładu produkcyjnego. W odpowiedzi pastor zaproponował, że wraz z rodziną powstrzyma się od korzystania z żyrandola w pokoju gościnnym.

Działacze SED mieli dość niepokornego kapłana. Władze naciskały na jego przełożonych. Sami hierarchowie byli zresztą zaniepokojeni, gdyż działania Brüsewitza mogły oznaczać kłopoty dla Kościoła. Pojawiły się plany przeniesienia charyzmatycznego pastora do innej parafii, co w zasadzie było przyznaniem racji komunistom, a nie księdzu...

W głowie Brüsewitza zrodziła się myśl o nowej formie protestu i czynił plany, by ją wcielić. Zainteresował się raportami medycznymi dotyczącymi samospaleń i latem 1976 r. zdecydował się na ten dramatyczny akt, stojący w sprzeczności z wiarą chrześcijańską.

Wiemy, że 18 sierpnia duchowny zjadł śniadanie wraz rodziną i poprosił córkę, żeby zagrała na fortepianie pieśń kościelną „Przyjmij moje ręce”. Następnie objął żonę i wyszedł z domu. Rodzina zeznała potem, że w jego zachowaniu nie było nic podejrzanego, zachowywał się normalnie. Wsiadł do wartburga i pojechał do Zeitz. Około godz. 10 zatrzymał się przed miejscowym kościołem św. Michała w centrum miasta.
W Polsce aktu samospalenia dokonał m.in. Ryszard Siwiec (fot. arch.PAP/Leszek Łożyński)

Skromny ksiądz, który porwał za sobą miliony. 34 lata temu SB uprowadziła Jerzego Popiełuszkę

19 października minęła 34. rocznica męczeńskiej śmierci bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Dokładnie tego dnia w 1984 r. został on porwany przez oficerów...

zobacz więcej

Na skrzyżowaniu umieścił dwa plakaty z napisem: „Funkspruch an alle: Die Kirche in der DDR klagt den Kommunismus an! Wegen Unterdrückung in Schulen an Kindern und Jugendlichen” – „Przesłanie dla wszystkich: Kościół w NRD oskarża komunizm o uciskanie dzieci i młodzieży w szkołach”, potem oblał się benzyną i podpalił. Świadkowie zeznali, że płomienie buchnęły na kilka metrów.

Do pastora natychmiast podbiegli ludzie i zaczęli go gasić, ale ten uciekał. Dopiero po kilku minutach udało się ugasić płomienie. Ktoś przyniósł krzesło i proboszcz usiadł na nim, spokojnie czekając na karetkę. Gdy przyjechała, sam do niej wsiadł. Co ciekawe, pierwsze co zrobili milicjanci po przyjeździe na miejsce, to usunęli plakaty.

Ciężko ranny Brüsewitz trafił do szpitala w Zeitz, a następnie przeniesiono go do placówki w Halle-Dölau, gdzie zmarł 22 sierpnia 1976 r. Gdy leżał na sali, agenci Stasi nie dopuścili do niego nawet żony, choć była przecież pielęgniarką.

„Długo walczyłem ze sobą i jestem zadowolony z tego, że daję znak mojemu Królowi i Przywódcy w tym pozornie spokojnym świecie... Nie powinniście ubolewać nade mną, gdyż mam spoglądać na tych, których bardzo kochałem, a troszczyć będzie się o nas Lepszy i Silniejszy... Oto ma nadejść godzina, gdzie nasza radość będzie całkowicie wspólna... Już teraz cieszę się, że będę całkowicie zjednoczony z moim Królem i Świętymi w Chrystusie... Niech Bóg bardzo wam błogosławi. To jest moja modlitwa i intencja i niech doprowadzi nas do siebie... Wasz tatuś” – napisał w liście pożegnalnym do rodziny.

Wojna światła i ciemności

Drugi list wystosował do parafian i innych księży w okręgu. „Do sióstr i braci okręgu kościelnego Zeitz. Umiłowani siostry i bracia. Bolesne jest dla mnie, że narażam was na taki wstyd. Do tego czynu powoli wzrastałem. Moim życiem nie zasłużyłem sobie, by należeć do wybranych. Moja przeszłość nie jest warta chwały. Tym bardziej cieszę się, że mój Pan i Król, i Generał powołał mnie do swych ukochanych świadków. Mimo że funkcjonuje pozornie głęboki pokój, który wniknął także do chrześcijaństwa i dobrze rokuje na przyszłość, toczy się między światłem i ciemnością potężna wojna. Obok siebie stają prawda i kłamstwo. Wszystkich serdecznie was pozdrawiam. Kochałem was, także ciebie, bracie Hildebrandt. Wasz Oskar. Za kilka godzin chcę doświadczyć, mam doświadczyć, że mój Zbawca żyje” – napisał.

Media propagandowe ogłosiły, że Brüsewitz był chory umysłowo, co było najczęstszą metodą stosowaną przez komunistów w podobnych przypadkach, o ile nie próbowano po prostu zataić niewygodnego faktu. Wyjątkowo ohydny artykuł ukazał się w dzienniku „Neues Deutschland”, będącym oficjalnym organem SED. Przekonywano w nim, że pastor był osobą chorą umysłowo i perwersyjnym psychopatą, który chciał się stylizować na męczennika. Podobny w wymowie był artykuł w „Neue Zeit”, dzienniku Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej. Tym razem jednak władze kościelne stanęły w obronie proboszcza i zaprzeczyły tym oszczerstwom.

Ks. Wąsowicz: Chwała powstańcom należy się na wieki

– Są takie momenty w naszym życiu, gdy trzeba być wiernym wartościom, w których się zostało wychowanym. Takim momentem było Powstanie Warszawskie....

zobacz więcej

Męczeńska śmierć Oskara Brüsewitza nie była daremna. Pokazała władzom i samym wiernym, że przymusowa ateizacja niekoniecznie musi się udać, że są osoby, które są w stanie poświęcić życie, walcząc o podstawowe prawa człowieka deptane przez zbrodniczą ideologię.

Dwa lata po dramatycznym akcie proboszcza doszło do spotkania przywódcy NRD Ericha Honeckera z ewangelickim biskupem Albrechtem Schönherrem. Honecker zadeklarował, że państwo nie będzie już rzucało Kościołowi kłód pod nogi. Deklaracja ważna, choć oczywiście komuniści do ludzi słownych nigdy nie należeli.

Kościół stał się ważnym ogniwem przemian społeczno-politycznych. Chronili się w nim opozycjoniści, korzystający z azylu, władze zapewniły bowiem, że nie będą zatrzymywać nikogo w obrębie świątyń. Pod koniec lat 80. z tego prawa korzystało już około 3 tys. osób. Tam rodził się duch, który obalił Mur Berliński.

Komuniści we wszystkich krajach demokracji ludowej pilnowali, by informacje o przypadkach samospaleń w miarę możliwości nie wydostawały się na zewnątrz. Mimo to wiele osób zdecydowało się na taką formę protestu. W Polsce najgłośniejszy był przypadek Ryszarda Siwca, który 8 września 1968 r. w proteście przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację dokonał samospalenia w czasie ogólnokrajowych dożynek na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie. Oblał się rozpuszczalnikiem i podpalił w obecności szefów PZPR, dyplomatów i około 100 tys. widzów.

„Protestuję”

Siwiec, były żołnierz Armii Krajowej i działacz opozycji, pisał i kopiował notatki, podpisując je pseudonimem Jan Polak. Po agresji na Czechosłowację ocenił, że trzeba wstrząsnąć sumieniem narodu. Na akt samospalenia zdecydował się po tragicznej śmierci mnicha buddyjskiego Thich Quang Duca, który pięć lat wcześniej zaprotestował w ten sposób przeciwko prześladowaniom wyznawców buddyzmu w Wietnamie rządzonym przez katolika Ngo Dinh Diema.

Przed podpaleniem się Siwiec rozrzucił w tłum ulotki. Krzyczał „Protestuję!” i nie pozwalał się gasić. Zmarł cztery dni później w Szpitalu Praskim w wyniku odniesionych obrażeń.

Gest Siwca również został przemilczany przez media. Służba Bezpieczeństwa wmawiała świadkom, że mężczyzna był niezrównoważony psychicznie. Podczas pogrzebu w Przemyślu agenci SB rozpuszczali plotki, jakoby Siwiec był niezrównoważonym psychicznie alkoholikiem. Polacy jednak wiedzieli, jaka jest prawda i pielęgnowali pamięć o tragicznym bohaterze.

16 stycznia 1969 r., około pół roku po dramatycznych wydarzeniach na Stadionie Dziesięciolecia, aktu samospalenia dokonał czeski student Jan Palach, również w proteście przeciwko inwazji. Palach nie wiedział o geście Siwca, informację o tym Radio Wolna Europa podało dopiero w kwietniu za sprawą Władysława Mazura, który wysłał relację do sztokholmskiego oddziału Radia. 25-letni Palach dokonał samospalenia wczesnym popołudniem obok Muzeum Narodowego na placu Wacława w Pradze. Zmarł po trzech dniach w klinice oparzeniowej przy ulicy Legere’a.

teraz odtwarzane
50. rocznica samospalenia Ryszarda Siwca. „Usłyszcie mój krzyk”

Ostatni kapelan Kozielska

Triduum Paschalne to wyjątkowy okres dla chrześcijan, szczególnie dla kapłanów. W Wielki Czwartek wspominamy Ostatnią Wieczerzę, podczas której...

zobacz więcej

Rzeźbiarz Olbram Zoubek zdjął potajemnie jego maskę pośmiertną, której odlew zaniesiono następnego dnia na plac Wacława. Jej kopia znalazła się na tablicy pamiątkowej, którą wmurowano dopiero po upadku komunizmu.

Pogrzeb studenta na cmentarzu Olszańskim w Pradze przerodził się wielotysięczną demonstrację. Tajna policja StB fotografowała i nagrywała jej uczestników, którzy byli potem prześladowani.

Przed śmiercią Palach napisał list, w którym napisał o sobie, że jest „pierwszą pochodnią”, mimo to zaapelował, żeby nikt nie szedł w jego ślady. „Mój czyn ma sens, ale nikt nie powinien go naśladować. Studenci powinni zachować życie, aby spełnić jego cele, by mogli żywi wesprzeć walkę” – napisał.

Kolejne pochodnie

Tym niemniej do końca kwietnia 1969 r. jeszcze 26 osób próbowało dokonać aktu samospalenia, a siedmioro zmarło, wśród nich Jan Zajic. „Nie robię tak dlatego, że jestem znudzony życiem! Robię to, bo cenię życie! Wierzę, że w ten sposób poprawię życie innych! Znam cenę życia! Wiem, że jest ono najcenniejsze!” – napisał 18-latek w liście do rodziców.

Szczególnie dramatyczny był gest Martona Moysesa, przedstawiciela mniejszości węgierskiej w Rumunii. Poeta próbował w 1956 r. ruszyć na pomoc rodakom walczącym z sowietami, ale nie udało mu się przekroczyć granicy. W 1960 r. został zadenuncjowany tajnej policji Securitate za napisanie trzech wierszy antypaństwowych. Podczas przesłuchań był torturowany. W obawie, by nie zdradzić przyjaciół, odciął sobie język kawałkiem nici.

Zadręczony, nie ustawał w oporze. W lutym 1970 r. dokonał samospalenia i w ciężkim stanie trafił do szpitala. Bezpieka nie pozwoliła podawać mu środków przeciwbólowych. Zmarł po trzech miesiącach męczarni. Władze nakazały spalenie jego wierszy i fotografii.

W Polsce na taki akt w marcu 1980 r. zdecydował się także Walenty Badylak, podobnie jak Siwiec również były żołnierz AK oraz emerytowany piekarz. Przykuł się łańcuchem do historycznej studzienki na krakowskim rynku, oblał benzyną i podpalił w proteście przeciwko przemilczaniu przez władze zbrodni katyńskiej.

Jest akt oskarżenia przeciwko zabójcom ks. Popiełuszki

Do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko zabójcom ks. Jerzego Popiełuszki w sprawie tzw. prowokacji na Chłodnej. Chodzi o podrzucenie przez Służbę...

zobacz więcej

Na piersi zmarłego znaleziono metalową tabliczkę, z której wynikało, że popełnił samobójstwo „za Katyń, za demoralizację młodzieży, za zniszczenie rzemiosła”. „Nie mógł żyć w kłamstwie, zginął za prawdę” – napisano na tablicy pamiątkowej na studzience, umieszczonej jednak dopiero w 1990 r.

Tragiczne gesty

Podobnych gestów w bloku wschodnim było więcej. Także w samym ZSRR. 14 maja 1972 r. Litwin Romas Kalanta dokonał samospalenia przed Teatrem Muzycznym w Kownie. Miejsce wybrał nieprzypadkowo. Właśnie tam w 1940 r. sowieci proklamowali przyłączenie Litwy do ZSRR.

Mimo usilnych starań władz śmierć Kalanty nie przeszła bez echa. Pociągnęła za sobą liczne demonstracje, które przeradzały się w starcia z milicją. Były to największe starcia od zakończenia II wojny światowej. Do końca roku jeszcze 13 osób dokonało gestu samospalenia.

Bohaterem narodowym Ukrainy został Oleksa Hirnyk, który 21 stycznia 1978 r. podpalił się i wbił nóż w serce obok grobu poety narodowego Ukrainy Tarasa Szewczenki, niedaleko Kaniowa.

„Protest przeciwko rosyjskiej okupacji Ukrainy. Protest przeciwko rusyfikacji narodu ukraińskiego! Niech żyje niepodległa Ukraina!” – napisał na ulotkach. „Tylko w taki sposób można protestować w Związku Radzieckim!” – podkreślił.

Komuniści robili wszystko, żeby nikt nie dowiedział się o tym geście. Wszystkie ulotki zostały zabrane. Informacja o tragedii Hirnyka przedostała się do opinii publicznej dopiero po upadku zbrodniczego reżimu.


Pisząc artykuł korzystałem m.in. z artykułu Adama Czabańskiego i Małgorzaty Czabańskiej-Rosady: „Formy oporu przeciw komunizmowi w Niemieckiej Republice Demokratycznej” (Forum Historyczno-Społeczne nr 5/2017).

źródło:
Zobacz więcej